Wasz 14. album studyjny zatytułowany „Far from God” ukaże się na rynku 3 lipca 2026 roku. Gdybyś miał opisać go jedynie przy użyciu trzech słów, to jakie słowa najlepiej go opisują i dlaczego?
Fernando Ribeiro: Gotycki, głęboki i piękny. Dlaczego gotycki? Bo chcieliśmy w pewnym stopniu wrócić do gotyckometalowego brzmienia. Tęskniliśmy za nim, kochamy je i myślę, że potrafimy tworzyć właśnie taką muzykę.
Głęboki, ponieważ – jak na każdym albumie Moonspell – staramy się nie ograniczać do zwykłych tekstów. Chcemy skłonić ludzi do refleksji, przede wszystkim nad dystansem, jaki czasem tworzymy wobec samych siebie. Bycie daleko od Boga może oznaczać również bycie daleko od samego siebie, od wewnętrznego światła czy przewodniego ducha. Nie musi to wcale oznaczać Boga w rozumieniu islamu, katolicyzmu czy buddyzmu – chodzi raczej o odnalezienie siebie.
Piękny, ponieważ uważam, że te utwory są po prostu piękne. Nie są ekstremalne – są znacznie bardziej melodyjne, bardziej chwytliwe. Myślę, że właśnie tego potrzebowaliśmy. Moonspell zawsze stawiał przede wszystkim na piosenki – czasem bardziej ekstremalne, czasem nieco łagodniejsze, ale zawsze chodziło o tworzenie pięknych melodii i, powiedziałbym, wspomnień.
Brzmienie Moonspell przez lata znacznie ewoluowało, ale zawsze zachowywało równowagę między mrokiem a pięknem. Jak te kontrasty zostały odzwierciedlone na nowym albumie?
F.R.: Myślę, że kontrast na nowym albumie jest bardzo wyraźny. Dlatego niektórzy mówią, że to „Irreligious XXI wieku” (2. album studyjny Moonspell z 1996 roku, który uznawany jest za krążek, który zdefiniował brzmienie zespołu), ponieważ tamten album powstał jeszcze w ubiegłym stuleciu. Postanowiliśmy więc nie tworzyć bardzo „gęstego”, wielowarstwowego albumu. Zamiast tego skupiliśmy się na kilku podstawowych elementach. Czasami słychać tylko bas, perkusję i wokal, ale dzięki temu muzyka nabiera bardzo intymnego, bliskiego charakteru i emanuje melancholią – nazwijmy to w ten sposób. Myślę, że ten kontrast jest naprawdę uderzający i doskonale podkreśla to, czym Moonspell chce być w 2026 roku, czyli zespołem, który łączy dwa główne style: metal – pełen mocy i wywołujący silne emocje – oraz gotyk, który dodaje tej muzyce klasy i elegancji. Jeśli więc szukacie właśnie takiego kontrastu między mrokiem a światłem, myślę, że „Far from God” jest albumem dla was.
Mrok i melancholia od zawsze są wyraźnie obecne w twórczości Moonspell. Jaką rolę, Twoim zdaniem, odgrywają te aspekty w ludzkim życiu i w jaki sposób Wasza muzyka je zgłębia i odzwierciedla?
F.R.: Cóż, pochodzę z Portugalii i choć większość ludzi kojarzy ten kraj – zresztą słusznie – z dobrą kuchnią, sportem, pięknymi plażami, morzem i słońcem, Portugalia od zawsze była bardzo melancholijnym krajem. To ogromny kontrast – podobnie jest z twórczością Moonspell, a także z naszą tradycyjną muzyką, czyli fado. Samo słowo oznacza „los” lub „przeznaczenie”. Jeśli posłuchasz fado w Lizbonie, może być pogodne, ale równie dobrze może opowiadać o złamanym sercu. Myślę, że Portugalczycy są z natury trochę smutni. Być może wynika to z niespełnionego potencjału – kiedyś byliśmy wielkim narodem odkrywców, ale dziś sytuacja w kraju wygląda zupełnie inaczej. Czasami w Portugalii robi się naprawdę mrocznie. Poza tym nigdy nie interesowała mnie szczególnie radosna muzyka, taka stworzona wyłącznie do zabawy. Oczywiście od czasu do czasu dobrze jest poczuć taki nastrój i posłuchać zespołu, który w swoich utworach niekoniecznie skłania do refleksji nad życiem. Ja jednak zawsze lubiłem metal i gotyk, ponieważ traktują o tematach egzystencjalnych. Ta muzyka zmusza do myślenia, sprawia, że cierpisz, jest bardzo emocjonalna. Dlatego uważam, że Moonspell podąża właśnie tą drogą. Moim zdaniem melancholia odgrywa w naszym życiu ogromną rolę, ponieważ jest ona oznaką inteligencji. Przejawem inteligencji jest także uświadomienie sobie, że nie wszystko, co dzieje się na świecie, jest w porządku i że życie to coś więcej niż tylko jedzenie, spanie i współżycie. Jest jeszcze kultura, polityka, społeczeństwo. Współczesność stawia przed nami wielkie wyzwania, bo uważam, że historia ludzkości w dużej mierze opiera się na konfliktach. Weźmy choćby Boga – można go nienawidzić, kochać, modlić się do niego albo zaprzeczać jego istnieniu. Nie istnieje jedna prosta droga. Każdy z nas przechodził przez takie etapy i myślę, że to właśnie jest nasza droga. Uważam, że kiedy zaakceptujemy swoją melancholię, depresję i smutek – nie znaczy to oczywiście, że mamy żyć w takim stanie każdego dnia – możemy też pełniej cieszyć się lepszym życiem, bo wiemy, skąd pochodzimy.
Wspomniałeś o obecnej sytuacji na świecie, o konfliktach i tym podobnych sprawach. Od czasu wydania waszego poprzedniego krążka „Hermitage” minęło ponad pięć lat i w tym czasie na świecie wydarzyło się naprawdę wiele. Czy jakieś konkretne zdarzenia – społeczne, polityczne lub osobiste – wpłynęły na proces twórczy i warstwę liryczną nowego albumu?
F.R.: Zdecydowanie tak, bo przecież nie ma sensu uciekać od współczesnego świata. Myślę, że Moonspell jest zespołem mocno zakorzenionym w duchu swoich czasów – tworzymy muzykę, która odzwierciedla ducha epoki. Oczywiście nasza muzyka nie opowiada się po żadnej stronie politycznej. Jest bardzo romantyczna i eskapistyczna – daje ludziom możliwość ucieczki od rzeczywistości. Ale kiedy nadajemy albumowi tytuł „Far from God”, nie możemy uciec od tematu przemocy i religii we współczesnym świecie. Każdy uważa, że to właśnie on jest bliżej Boga i że wyznaje tę jedyną „właściwą wersję Boga”. Widzimy to choćby w islamskim terroryzmie czy w konflikcie między Izraelem a Palestyną. To nie jest nowy problem, ale dziś jego skutki są wyjątkowo dotkliwe – może nawet gorsze niż wcześniej. Do tego dochodzą tacy politycy jak Bolsonaro (Jair Bolsonaro – były prezydent Brazylii skazany na ponad 27 lat więzienia za próbę zamachu stanu i przynależność do organizacji przestępczej – red.) czy Trump. Można to także zaobserwować tutaj, w Polsce, patrząc na próby mieszania polityki z katolicyzmem. Moim zdaniem to nie jest dobre, bo ci ludzie są tak naprawdę bardzo daleko od Boga. Nie podejmują właściwych decyzji i z pewnością nie postępują zgodnie z tym, czego uczą ich święte księgi ani z najbardziej humanistycznym wymiarem religii – o ile jeszcze taki istnieje. Album „Hermitage” (13. album studyjny Moonspell wydany w lutym 2021 roku – red.) napisaliśmy jeszcze przed wybuchem pandemii. Opowiadał o oddaleniu ludzi od siebie nawzajem. Kiedy pandemia rzeczywiście nadeszła, nie chcieliśmy, żeby ten album był odczytywany w tym kontekście, ale było już za późno. To był niefortunny zbieg okoliczności. Dziś wciąż zajmuję się tym samym tematem – dystansem – ale bardziej chodzi mi o dystans wobec samych siebie.
Z informacji prasowej dowiedzieliśmy się, iż jedną z inspiracji artystycznych dla pierwszego singla, który jest również utworem tytułowym nowego albumu „Far from God”, był film „Nosferatu” w reżyserii Roberta Eggersa. Czy jakieś inne formy sztuki, np. literatura czy malarstwo znacząco wpływają na Twój proces twórczy, a także wywarły wpływ na Ciebie podczas tworzenia tego albumu?
F.R.: Tak, również teledysk był mocno zainspirowany tą produkcją. Obejrzałem ten film i bardzo mi się spodobał. Lubię też bardzo stare wersje o Nosferatu – zwłaszcza tę w reżyserii F.W. Murnaua. Uwielbiam również książkę i wiele innych interpretacji tej historii. Kiedy ludzie pytają mnie, skąd czerpię inspirację, myślę, że najlepsza odpowiedź brzmi: z twórczości innych ludzi. Dla mnie „Nosferatu” Roberta Eggersa przywrócił postaci Drakuli powagę i ciężar gatunkowy. A to dla mnie bohater równie ważny jak Doktor Faust Goethego czy Dorian Gray z powieści Oscara Wilde'a. To jedne z tych tragicznych postaci, które spotykamy w naprawdę wielkich dzieła i które pozwalają nam dostrzec tragiczny los człowieka. Historia Drakuli przez lata była opowiadana w bardzo określony sposób, a Robert Eggers postanowił się temu przeciwstawić. Współcześnie Drakula stał się w hollywoodzkich filmach po prostu starym rumuńskim czy węgierskim księciem spragnionym krwi, bohaterem filmów romantycznych, ale także wielu dzieł, które po prostu z tej postaci drwiły. Motyw z filmu Francisa Forda Coppoli, mówiący o tym, iż „prawdziwa miłość nigdy nie umiera”, po prostu się już opatrzył. Podobnie jak romantyczna wizja miłości naznaczonej cierpieniem. Dlatego czytam bardzo dużo książek – i wcale nie muszą być one o wampirach. Słucham też ogromnej ilości muzyki. Jednym z albumów, które najmocniej zainspirowały mnie podczas pracy nad „Far from God”, była płyta zaprzyjaźnionego zespołu Tribulation ze Szwecji. Mieli w 2024 roku niesamowity album zatytułowany „Sub Rosa In Æternum”. Kilku znajomych zadzwoniło do mnie i zapytało: „Czy śpiewasz na nowym albumie Tribulation?”. Odpowiedziałem: „Nie, dlaczego?”. „Bo brzmi jak Moonspell albo ma pewne wpływy Moonspell” – usłyszałem. Znam Tribulation i nigdy nie słyszałem w ich twórczości żadnych bezpośrednich odniesień do Moonspell. Więc postanowiłem to sprawdzić, spodobało mi się, kupiłem winyl i pokazałem go pozostałym muzykom, mówiąc: „Hej, jeśli Tribulation zrobiło taki album, wyobraźcie sobie, co my możemy zrobić z naszą muzyką?”. Poza tym zawsze czytam książki – zarówno literaturę piękną, jak i non-fiction. Książki to moje szczęśliwe miejsce. Pracuję też w Portugalii jako edytor książek, a także piszę własne powieści i tomiki poezji. Literatura od zawsze była dla mnie ogromną inspiracją, zwłaszcza jeśli jesteś muzykiem metalowym. Weźmy choćby Iron Maiden – mają „Rime of the Ancient Mariner” Coleridge’a, bardzo znany utwór. Metallica także inspirowała się literaturą, jak chociażby w utworach „The Call of Cthulhu”, oparty na twórczości Lovecrafta, czy „For Whom the Bell Tolls” Hemingwaya. Jeśli chodzi o Moonspell, to oczywiście „Opium” i Fernando Pessoa. Jest też wiele rzeczy, które czytam, oglądam lub słucham, i które ostatecznie trafiają do mojej muzyki. Myślę, że to cały proces, cała istota twórczości.
Przed naszą rozmową (odbyła się ona 26 czerwca, czyli dokładnie na tydzień przed ukazaniem się nowego krążka – red.) miałam okazję przesłuchać kilkukrotnie „Far from God” i moim zdaniem jest niesamowity. Mam także kilka ulubionych kawałków. Zastanawiałam się, czy jest jakiś utwór, który Twoim zdaniem najbardziej reprezentuje obecnego ducha Moonspell, oraz jaki jest Twój ulubiony kawałek na tym albumie, jeśli taki masz?
F.R.: Tak, mam ulubione kawałki, choć to w zasadzie się zmienia. Obecnie bardzo lubię „The Great Wolf in the Sky” (4. utwór na krążku – red.). Myślę, że bardzo dobrze oddaje to, gdzie jesteśmy w 2026 roku, ponieważ zawiera wszystko: charakterystyczne elementy Moonspell, świetny refren, ciężkie fragmenty oraz bardziej melodyjne partie. Naprawdę lubię utwór, który na pewno będziemy grać na żywo – nazywa się „Our Freedom to Fall” (7. piosenka na płycie – red.) i jest on także prawdopodobnie najcięższym kawałkiem. Ale ostatnio coraz bardziej podoba mi się też „Biblical” (utwór numer 3. – red.). Na krążku jest osiem utworów, więc nie chodzi o ilość, tylko o jakość – mam nadzieję. Myślę, że cały album – zwłaszcza te utwory – przez niektórych określany jest jako „klasyczny Moonspell”, ale nie zgadzam się z tym w 100%. Uważam, że jest nadal nowoczesny, wciąż pojawiają się w nim świeże pomysły. Być może ludzie oczekiwali czegoś bardziej eksperymentalnego, jak „Hermitage”, ale z Moonspell nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać, ja też nie wiem, czego się spodziewać, więc tym razem cały album jest moim zdaniem bardzo reprezentatywny. Zawsze zachęcam ludzi, żeby nie zatrzymywali się tylko na singlach – bo single są czasem wybierane dość losowo – a na albumach istnieje pewna narracja, która jest dla nas bardzo ważna i którą warto poznać, słuchając całości.
Powiedziałeś, że osiem utworów, które nagraliście, to wcale nie jest dużo, ale wasze piosenki są znane z długości – są dość rozbudowane – więc mimo to, wcale nie jest taki krótki.
F.R.: To jeden z naszych największych albumów, i był ku temu powód. Myślę, że naprawdę chcieliśmy dopracować osiem utworów tak, aby całość miała około 45-50 minut – żeby zmieściła się na jednej płycie winylowej, zamiast na podwójnej, ponieważ nasze poprzednie albumy miały zawsze 60-70 minut muzyki. Czasami w trakcie słuchania albumu po prostu gubi się gdzieś niektóre niuanse. Myślę, że to świetne, kiedy ludzie – także my sami – chcą więcej i oczekują więcej. Dlatego taki krótszy album jest też fajny, bo zostawia więcej przestrzeni na stworzenie nowych rzeczy w przyszłości.
Moonspell jest określany mianem zespołu grającego gothic metal. Muzyka gothic i dark metalowa znacząco zmieniła się od czasu, gdy Wasza kapela pojawiał się na przełomie lat 80. i 90. Jak oceniasz obecną kondycję tej sceny?
F.R.: Jeśli chodzi o gothic metal, myślę, że istnieje pewne zamieszanie terminologiczne. Niektórzy ludzie uważają nawet, że Evanescence to zespół gotycki. Nie zgadzam się z tym, nie dlatego że nie lubię tego zespołu – szanuję ich – ale to raczej bardziej melodyjny metal albo coś w tym stylu. Widziałem też wywiad z Amy Lee, w którym mówiła, że w ogóle nie identyfikuje się jako gotka. Myślę, że temu zespołowi brakuje bólu i mroku tak charakterystycznych dla tej muzyki – jest bardzo „nastolatkowy” i to jest ich publiczność. Miałem też wrażenie, że wszystko zaczęło być zbyt „ładne i wypolerowane” – nie „piękne”, ale właśnie „wygładzone”, idące bardziej w stronę piosenek w stylu Eurowizji. Brakowało tam trochę, z braku lepszego słowa, odrobiny mroku i bólu. Nie chodzi o to, że jesteśmy zbawcami gothic metalu, ale z drugiej strony, jeśli spojrzeć na zespoły takie jak Twin Tribes, French Police, La Bande Son-imaginaire – nowsze grupy gotyckie, ale też klasyczne, jak She Past Away czy London After Midnight – to mam wrażenie, że w końcu po latach zapomnienia o tym gatunku, następuje powrót do tego brzmienia i estetyki. Właśnie niedawno zagraliśmy na Wave-Gotik-Treffen w Lipsku w Niemczech. To festiwal poświęcony kulturze gotyckiej i byliśmy jednym z nielicznych zespołów z perkusją i ciężkimi gitarami, ale mimo to zachowaliśmy gotycki charakter, i publiczność bardzo dobrze nas przyjęła. Myślę, że to bardzo udane połączenie. Nie my je wymyśliliśmy – uważam, że pierwszym zespołem, który zrobił coś takiego, był Celtic Frost, który zapoczątkował to utworem „Tristesses de la Lune” i album „Into the Pandemonium”. Później jednak pojęcie gothic metalu skrystalizowało się przede wszystkim za sprawą Paradise Lost, gdzieś w latach 1993-1994. Lata 90. były moim zdaniem szczytowym okresem dla muzyki gotyckiej. Potem ten nurt poszedł trochę za bardzo w stronę schematu „Piękna i Bestia” i stał się nieco zbyt ckliwy. My zawsze przemycaliśmy takie elementy – na przykład na albumie „Night Eternal” z 2009 roku nagraliśmy utwór „Scorpion Flower”, który jest właściwie hymnem gothic metalu. Był to jednak tylko jeden czy dwa utwory utrzymane w takim klimacie. Natomiast na „Far from God” chcieliśmy, żeby cały album był spójny i oddawał elegancję gotyku. Kiedy dorastałem i chodziłem do liceum, a później na studia, słuchałem przede wszystkim metalu, zwłaszcza ekstremalnego i undergroundowego – Celtic Frost, Vadera, Behemotha, wielu polskich zespołów i grup z innych krajów. Miałem jednak przyjaciół, którzy pokazali mi wspaniałą muzykę, taką jak Dead Can Dance, Depeche Mode czy The Sisters of Mercy. Moja siostra była wielką fanką Type O Negative, Bauhaus, Fields of the Nephilim i innych podobnych zespołów. Uwielbiałem tę muzykę. Poza metalem była moją ulubioną. Dlatego, kiedy Paradise Lost stworzyli swoje brzmienie gothic metalowe i zaczęli czerpać z tych wpływów, pomyśleliśmy: „To właśnie styl, w którym też chcemy grać”.
Skoro mówimy o współczesności – media społecznościowe i serwisy streamingowe w ostatnich latach niemal całkowicie zmieniły branżę muzyczną. Czy uważasz, że pomogły młodym ludziom odkrywać muzykę, zwłaszcza w przypadku zespołów metalowych? Dziś przecież wszystko musi być dostosowane do TikToka czy podobnych platform i to właśnie często z nich młodzi ludzie dowiadują się o istnieniu jakiegoś zespołu.
F.R.: To naprawdę ich wybór. Mam czternastoletniego syna i pamiętam, że kiedy był młodszy, przyszedł do mnie i zaczął śpiewać: „Satanas, Lucifer” (słowa intro utworu „Year Zero” Ghost – red.). Pomyślałem: „Przecież to Ghost!”. Ucieszyłem się, bo mam album, z którego pochodzi ten utwór. A on na to: „Nie, tato, to nie Ghost, tylko filmik z kotem z TikToka”. Myślę więc, że trochę za bardzo to wszystko analizujemy. Zawsze pojawiały się nowe sposoby tworzenia i odkrywania muzyki i żaden z nich nie jest z definicji lepszy od innych. Oczywiście każdy niesie ze sobą inne wyzwania. Kiedyś sprzedaliśmy 80 tysięcy egzemplarzy albumu „Irreligious”, a dziś już takich wyników nie osiągamy. Z drugiej strony prawdopodobnie więcej ludzi słucha teraz tego albumu, ponieważ mogą zrobić to praktycznie za darmo w serwisach cyfrowych. Dlatego uważam, że nie warto się tym zbytnio przejmować – trzeba po prostu znaleźć własną drogę. Wiem, że dla młodych zespołów to często trudna sytuacja. Ale jeśli spojrzymy na Bad Omens, Sleep Token czy Turnstile, to po prostu ich rzeczywistość wygląda inaczej. Te zespoły powstały już w erze nowych technologii, więc nie muszą ich ani wychwalać, ani nie powinny być uznawane za mniej autentyczne od starszych grup, tylko dlatego, że my jeździliśmy w trasę starym vanem, wydawaliśmy płyty CD czy wymienialiśmy się kasetami. To po prostu inne czasy. Myszliśmy z duchem technologicznych zmian, oni powstali w okresie ich obowiązywania. Pamiętam czasy, kiedy muzyka ukazywała się na płytach winylowych, a potem pojawiły się płyty CD i wszyscy oszaleli na ich punkcie ze względu na jakość dźwięku. Z kolei miłośnicy winyli mówili wtedy: „Nie, to cyfrowy diabeł”. Dlatego staram się nie krytykować nowych rozwiązań. To kwestia wyboru. Na przykład nie mamy konta na TikToku, bo po prostu nie potrafię się w tym odnaleźć. Nie znam tego formatu. Wiele osób mówi mi: „Musisz tam być!”. A ja odpowiadam: „Dobrze, ale po co?”. Mam ku temu swoje powody. Poza tym nie chodzi o to, że nasza muzyka tam nie pasuje, bo dziś przecież muzyka musi pasować do każdej dostępnej technologii. Już i tak mamy mnóstwo obowiązków związanych z mediami społecznościowymi, YouTube'em i całą resztą. Nigdy nie miałem ambicji, żeby stać się artystą mainstreamowym albo dotrzeć do jak największej liczby ludzi. Dziś można to osiągnąć właściwie tylko dzięki silnej obecności w mediach społecznościowych. To, co ja chcę robić, jest znacznie bardziej romantyczne. Chcę, korzystając z różnych sposobów, np. przyjeżdżając osobiście do takich miejsc jak tutaj (wywiad odbył się w barze Beer&Bones w dniu spotkania Fernando z fanami w Warszawie we wspomnianym barze), grając koncerty i spotykając ludzi, odnajdywać osoby o podobnej wrażliwości. Nie masy, ale tych właściwych ludzi. Myślę, że mamy wystarczająco wielu fanów, którzy nas wspierają. Nie musimy nagrywać śmiesznych filmików na TikToka tylko po to, żeby dotrzeć do nowych odbiorców. A jeśli to się wydarzy, to świetnie. Mój syn ma już 14 lat i czasami mówi: „Widziałem cię na TikToku”, a przecież nawet nie mamy tam oficjalnego konta, więc jakoś tam docieramy. Najwyraźniej ludzie sami publikują nasze materiały. Pewnie wrzucają jakieś filmiki. Podobnie było z zespołem Crowbar. Przez lata mieli bardzo wierną, ale stosunkowo niewielką grupę fanów. Dzięki mediom społecznościowym ich muzyka dotarła do znacznie szerszego grona odbiorców, i szczerze mówiąc, uważam, że to świetna sprawa. Dobrze dla nich, bo przez wiele lat ciężko pracowali na swoją pozycję i zasłużyli na to, żeby zdobyć nowych fanów. Dlatego uważam, że to dobre zjawisko. Jestem przygotowany zarówno na to, że coś takiego spotka również nas, jak i na to, że się nie wydarzy. Ale nie stawiam wszystkiego na jedną kartę. Nadal wierzę, że jest wielu ludzi, którzy chcą kupować nasze koszulki, nasze płyty i wspierać zespół. A scena metalowa wciąż bardzo temu sprzyja.
Czy postrzegasz ten rozwój technologiczny jako zagrożenie? Mam na myśli zwłaszcza nowe zespoły. Ta fala popularności zyskana dzięki mediom społecznościowym przecież nie musi trwać wiecznie – bo jak sam wspomniałeś, w tej branży wszystko szybko się zmienia.
F.R.: Branża muzyczna wyciśnie z ciebie wszystko, co się da, a kiedy już nie będzie czego wyciskać, przerzuci się na kolejną rzecz. Trzeba się z tym pogodzić. W muzyce w obrocie są ogromne pieniądze, ale pod tym względem niewiele zmieniło się od lat 90. Muzycy jako pierwsi tworzą wartość, a jako ostatni dostają za nią wynagrodzenie, i to raczej nigdy się nie zmieni. Chyba że sami muzycy wymyślą sposób, by uniezależnić się od obecnego systemu. Mamy przecież nasz katalog w serwisach streamingowych i mogę mieć milion odtworzeń, a zarobić z tego około stu euro, a to zdecydowanie zbyt mało. Owszem, w Stanach Zjednoczonych platformy streamingowe były pozywane o wyższe stawki dla artystów, ale niewiele się zmieniło, bo przecież mają ogromne pieniądze i całe armie prawników. Na szczęście istnieją też serwisy takie jak Bandcamp, które bardzo cenię, bo pozwalają kupować muzykę bezpośrednio od zespołów. Możesz wesprzeć artystę i kupić jego album bez pośredników. To kwestia wyboru i tego, na jaki kompromis z muzyką jesteśmy gotowi. Prawdziwy fan Moonspell idzie na całość – kupuje winyle, kasety i inne wydania. Czasami czuję się z tym trochę nieswojo, ale to również jest biznes. Bilety, płyty, gadżety... Z drugiej strony są ludzie, dla których muzyka jest po prostu dodatkiem do codziennego życia, i uważam, że to też jest w porządku. Muzyka po prostu pełni dziś inną rolę niż kiedyś. Natomiast jedno muszę skrytykować – dziś wszystko jest bardzo mocno podporządkowane pieniądzom. Mam na myśli płatne spotkania z fanami (meet & greet), specjalne edycje albumów, pakiety VIP i tym podobne rzeczy. Czasami jest tego po prostu za dużo. Jednocześnie, jako przedsiębiorca, rozumiem, skąd to się bierze. Przez wiele lat, od czasów Napstera, ludzie przestali kupować płyty. Słuchali wszystkiego za darmo i był to bardzo trudny okres dla branży muzycznej. Ale kiedy przyjeżdżam do Warszawy i wiem, ile naprawdę kosztuje wyprodukowanie koszulki, to nie zamierzam sprzedawać jej za 65 euro. Sprzedaję je za 30–35 euro i to już jest bardzo dobry wynik dla zespołu. Właśnie dlatego nie mamy dziś menedżerów, bo wielu z nich patrzy na wszystko wyłącznie przez pryzmat zysku. Oczywiście, to jest biznes, klub musi sprzedać piwo, my musimy zagrać koncert i wszyscy doskonale rozumiemy, jak to działa. Ale jeśli można prowadzić ten biznes uczciwie, bez chciwości, to właśnie tak powinno się to robić. Myślę, że to właśnie chciwość jest tym zagrożeniem, o którym mówisz i nie dotyczy ona wyłącznie muzyki. To problem obecny wszędzie. W wielu firmach – choćby w Portugalii – prezesi zarabiają miliony, podczas gdy zwykły pracownik otrzymuje około 900 euro miesięcznie. Ta przepaść jest po prostu ogromna. W Moonspell sami zarządzamy zespołem. Czasami mówimy sobie: „Na tym festiwalu czy tym koncercie nie zarobimy pieniędzy, ale to świetna okazja dla zespołu”, więc jedziemy, nawet jeśli honorarium pokrywa tylko koszty. Zdarza się też, że za jeden dzień pracy możemy zarobić naprawdę dobre pieniądze, bo wcześniej ciężko na to zapracowaliśmy. Myślę, że dla młodszych pokoleń najważniejsze jest dokładnie to samo – umieć dostrzec okazję i ją wykorzystać, a przynajmniej nauczyć się ją rozpoznawać. Nawet jeśli czasem masz wrażenie, że ktoś cię wykorzystuje, to i tak prędzej czy później ci się to przydarzy. Są jednak także pośrednie sposoby, by dojść do celu. Trzeba również realistycznie podchodzić do własnych oczekiwań, bo muzyka to coś, co wymaga czasu. Nam zajęło ponad trzydzieści lat, zanim sprzedaliśmy osiem–dziesięć tysięcy biletów na koncert z orkiestrą w Lizbonie. To nie wydarzyło się z dnia na dzień. Bad Omens też istnieją od wielu lat, a prawdziwy hype na nich to dość świeża sprawa. Niedawno byłem również na koncercie Turnstile. Szczerze mówiąc, nie do końca mi się podobało, ale poszedłem z przyjaciółmi. Sam koncert był świetnie przygotowany – bardzo radosny, bardzo pozytywny, dla mnie może nawet trochę zbyt pozytywny. Ale rozumiem, skąd to się bierze. Mam 51 lat, niedługo skończę 52. Mimo to zawsze staram się być na bieżąco z tym, czym żyją młodsze pokolenia, bo dziś to metalcore i deathcore są najpopularniejszymi odmianami metalu. Czy nam się to podoba, czy nie, właśnie na takie koncerty chodzą młodzi ludzie. Oni mają swoją energię. Kiedyś podobnie było z death metalem, black metalem, a w latach 90. także z gothic metalem.
Masz rację, to znak zmieniających się czasów. Dobrze, iż mimo to, Wy nadal jesteście wierni temu, co robicie. Wspominałeś o portugalskim dziedzictwie, które jest bardzo wyraźnie obecne również w waszej muzyce – nagraliście nawet cały album śpiewany wyłącznie po portugalsku. Jak ważne jest dla Ciebie podkreślanie własnych korzeni i miejsca, z którego pochodzisz, i co chciałbyś, żeby międzynarodowa publiczność z tego wyniosła?
F.R.: Myślę, że publiczność znakomicie to rozumie. Kiedy zaczynaliśmy, nie było wielu portugalskich zespołów metalowych grających taką muzykę jak my. Dzisiaj jest już choćby Gaerea – zespół istnieje od około dziesięciu lat i są moimi dobrymi przyjaciółmi. Jestem z nich bardzo dumny. Oczywiście ich muzyka bardzo różni się od tego, co robi Moonspell, ale jednocześnie osiągają coś, co dla portugalskiego zespołu jest naprawdę trudne. Mają podobny etos pracy jak my. Choć reprezentują zupełnie inne pokolenie, to kiedy my zaczynaliśmy w latach 90., nie byliśmy jedyni. Były norweskie zespoły z własnym dziedzictwem, szwedzkie zespoły z własną tożsamością, greckie sceny z własną tradycją, polskie zespoły z własnym dorobkiem. Myślę, że właśnie to jest naszą przepustką do świata poza Portugalią – pokazywanie naszej kultury i naszej tożsamości. To sprawia, że jesteśmy inni, bo mamy coś, czego zespoły spoza Portugalii po prostu mieć nie mogą. Najlepszym przykładem jest Sepultura z Brazylii. Mimo iż językiem urzędowym w tym kraju jest portugalski, to oni po prostu brzmią po brazylijsku – nawet akcent mają inny – i właśnie to jest wspaniałe i autentyczne. Kiedy zaczynaliśmy na portugalskiej scenie, najbardziej przeszkadzało mi to, że wszyscy chcieli być „portugalskim Iron Maiden”, „portugalską Sepulturą” albo „portugalską Metallicą”. Nikt natomiast nie chciał stworzyć czegoś własnego ani wypracować własnej muzycznej tożsamości. Oczywiście każdy ma swoje inspiracje, ale trzeba mieć też własne cechy charakterystyczne. Wielu ludzi mówiło wtedy, że to się nie uda, bo słuchacze i tak wybiorą tylko najbardziej znane zespoły. A jednak się udało, ponieważ zrobiliśmy coś, czego nikt się nie spodziewał – wnieśliśmy do muzyki własne brzmienie, własną tożsamość i własną kulturę. Uważam, że to niezwykle ważne, zwłaszcza kiedy większość zespołów pochodzi ze Szwecji i choć jest tam mnóstwo znakomitych grup, to są też takie, które po prostu nie trafiają w mój gust. To nie znaczy, że są złe – po prostu mi się nie podobają. Wiele zespołów pochodzi również z Finlandii czy Niemiec, a czasami ludzie chcą posłuchać czegoś trochę innego. Dla wielu odbiorców zespół z Portugalii grający gothic metal jest czymś egzotycznym. Myślę, że właśnie w tym tkwi nasz klucz do sukcesu międzynarodowego.
Skoro mówimy o zespołach ze Szwecji i Finlandii, to z pewnością znasz nową grupę na scenie gothic rockowej – Cemetery Skyline? Co sądzisz o ich twórczości?
F.R.: Bardzo lubię tych chłopaków, ale nie przepadam za tym zespołem. Moim zdaniem to grupa muzyków, którzy mają właściwe intencje i dobre inspiracje, zwłaszcza Type O Negative, ale nie uważam, żeby byli to aż tak wybitni przedstawiciele gatunku. Mają wielu fanów, ale mnie ich muzyka nie przekonuje. Przesłuchałem album i pozostawił mnie dość obojętnym. Zdecydowanie bardziej wolę ostatnią płytę Tribulation „Sub Rosa In Æternum”, a nawet nasz album. Wiem, że to tzw. supergrupa, oni może nie chcą, żeby ich tak nazywano, ale w praktyce nią są, jednak, żeby grać gotyk, potrzeba bólu, cierpienia, melancholii, tego poczucia mroku, a czasem nawet depresji, która w krajach ich pochodzenia panuje przez sporą część roku. Nie wiem... Po prostu czegoś mi w tej muzyce brakuje. Każdy z nich ma też inne projekty – deathmetalowe, progresywne i różne inne, które są znakomite, ale w tym projekcie, przepraszam, chłopaki, ale nie czuję tego. To, że założysz kapelusz, nie sprawi jeszcze, że stajesz się gotem. To świetni muzycy, Mikael Stanne (wokalista Cemetery Skyline oraz Dark Tranquillity i The Halo Effect – red.) to niezwykle utalentowany człowiek, świetny frontman, ale nie jest osobą z gotyckiego świata. Oczywiście każdy ma prawo realizować własne projekty. Ja też mam różne poboczne przedsięwzięcia. Po prostu nie wiem, co skłoniło ich do założenia właśnie takiego zespołu. Nigdy nie spotykam ich na gotyckich imprezach ani w tej kulturze. Może po prostu są zbyt zajęci, żeby żyć tym życiem. Tak czy inaczej, kiedy ludzie pytali mnie o opinię, mówiłem szczerze, że nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. Spodziewałem się czegoś bardziej oryginalnego, a dostałem muzykę dość... schematyczną. To może niezbyt miłe słowo, oni wiedzą, że to nie jest nic osobistego, ale wiesz, o co mi chodzi. Dla mnie brzmi to tak, jakby ktoś miał książkę kucharską z przepisem na gothic metal i po prostu odhaczał kolejne składniki. Wszystko jest na swoim miejscu, ale brakuje tego jednego elementu, który nadaje muzyce własny smak i sprawia, że naprawdę cię porywa. Nawet porównuję to z naszym albumem albo z płytą Tribulation, na przykład „The Children of the Night” czy „Down Below”. To jest gotyk, tam jest odpowiednia równowaga i atmosfera. Tutaj słyszę bardzo dobrych instrumentalistów i świetnych autorów piosenek, ale końcowy efekt... nie robi na mnie większego wrażenia.
Nie mogę nie zapytać o plany koncertowe. Wraz z wydaniem nowego krążka wszyscy czekają na kolejną trasę. Wiem, że tego lata gracie na kilku festiwalach, jednak czy w najbliższym czasie możemy liczyć na trasę europejską i powtórną wizytę w Polsce?
F.R.: Tak, już niedługo zagramy między innymi w Bolkowie podczas festiwalu Castle Party, który odbywa się w bardzo pięknym miejscu. Graliśmy tam już wiele lat temu, ale teraz jest tam jeszcze lepiej. Mam wrażenie, że festiwal bardzo się rozrósł. Występowaliśmy na jednej z jego pierwszych edycji i to miejsce, które jest oddalone od wszystkiego, tylko dodaje festiwalowi wyjątkowego klimatu. Atmosfera jest tam fantastyczna, doskonale również pasuje do naszych utworów i naszego klimatu. Moonspell jest właściwie cały czas w trasie. W tym roku zdążyliśmy już zagrać tournée po Ameryce Łacińskiej z zespołami Wolfheart i Before the Dawn, które okazało się dużym sukcesem. Później zagraliśmy też kilka festiwali i do końca września będziemy praktycznie cały czas w trasie festiwalowej. Wystąpimy między innymi na Dark River Festival w Finlandii, Posada Rock w Rumunii i na wielu innych festiwalach, które można znaleźć w naszym harmonogramie. Następnie prawdopodobnie ogłosimy trasę koncertową po Stanach Zjednoczonych, choć szczegóły nie są jeszcze ustalone. W marcu 2027 roku ruszamy w naszą własną trasę i mam nadzieję, że odwiedzimy również Polskę. Zawsze wspaniale jest tu wracać, to już właściwie tradycja. Kochamy polskich fanów i wiemy, że oni odwzajemniają to uczucie. Jednak niczego nie traktujemy jako oczywistości, po prostu konsekwentnie idziemy naprzód, krok po kroku. Nigdy nie wiadomo, jak zostanie odebrana nowa płyta Moonspell, ale dostajemy coraz więcej propozycji koncertowych. Wygląda na to, że nasz kalendarz będzie wypełniony zarówno w 2026, jak i w 2027 roku. Później chcielibyśmy wrócić do albumu „Sin/Pecado” (3. album studyjny Moonspell wydany w 1998 roku – red.), być może nagrać go ponownie, ponieważ nigdy nie byliśmy w pełni zadowoleni z jego brzmienia. Zamierzamy też zagrać serię koncertów z okazji 30-lecia „Sin/Pecado”, więc będzie to świetna okazja, żeby do tego wrócić. Potem zapewne zabierzemy się za kolejny nowy album.
Ale chyba nie każecie nam znowu czekać pięciu lat?
F.R.: Nie, absolutnie nie. Tym razem wydarzy się to znacznie wcześniej.
Zatem pozostaje nam mieć nadzieję, iż będziecie mieć kilka okazji, aby znów przyjechać do Polski.
F.R.: Z pewnością tak! Nasz ostatni koncert w 2025 roku, który zagraliśmy z Dark Tranquillity był zdecydowanie najlepszym na tej trasie, dlatego czekam na kolejny koncert w Waszym pięknym kraju.