„Zachowajmy melancholię i sprawmy, żeby dało się przy tym tańczyć” – Cemetery Skyline o idei przyświecającej powstaniu zespołu i wydaniu debiutanckiego albumu [WYWIAD]

2026-05-24 21:32

Cemetery Skyline to projekt, który od samego początku wzbudził ogromne zainteresowanie fanów i krytyków muzycznych. Zespół określany jest mianem supergrupy, i trudno się temu dziwić, gdyż tworzą go muzycy znani z najważniejszych formacji współczesnej sceny metalowej. W składzie znaleźli się wokalista Mikael Stanne (Dark Tranquillity, The Halo Effect, Grand Cadaver), gitarzysta Markus Vanhala (Insomnium, Omnium Gatherum), klawiszowiec Santeri Kallio (Amorphis), basista Victor Brandt (Dimmu Borgir) oraz perkusista Vesa Ranta (ex-Sentenced). Choć nazwiska członków zespołu kojarzą się przede wszystkim z melodyjnym death metalem i black metalem, Cemetery Skyline podąża nieco inną ścieżką. Ich twórczość czerpie inspiracje z mrocznego rocka gotyckiego i melancholijnych brzmień lat 80. i 90. Przed koncertem zespołu w Sztokholmie udało nam się porozmawiać z założycielami – Markusem Vanhalą i Santerim Kallio, którzy opowiedzieli nam o historii zespołu, powstaniu debiutanckiego albumu i planach na przyszłość.

„Zachowajmy melancholię i sprawmy, żeby dało się przy tym tańczyć” – Cemetery Skyline o idei przyświecającej powstaniu zespołu i wydaniu debiutanckiego albumu

i

Autor: Justyna Klorek

Wygląda na to, że lubicie być ciągle zajęci. Mimo że każdy z was gra już w kilku zespołach, postanowiliście założyć nową grupę. Markus, to właśnie głównie Tobie zawdzięczamy powstanie tej grupy. Jak ten pomysł zaczął kiełkować w Twojej głowie i dlaczego akurat rock gotycki?

Markus Vanhala: To trochę tak, jak z piciem napojów wyskokowych. Wiesz, że to może mieć zły wpływ na twoje życie, jednak nigdy z tym nie kończysz. Pomysł założenia nowej kapeli właściwie nie wyszedł ode mnie, bo mieliśmy osobę z zewnątrz, która w pewien sposób zainicjowała powstanie tej grupy. Był to Adrian Erlandsson znany, chociażby z The Haunted i At The Gates, który ostatecznie… nie znalazł się w zespole. Byliśmy na rejsie „70 000 Tone of Metal” po Karaibach, siedzieliśmy w sportowym barze i piliśmy piwo. Nagle zaczął mnie naciskać i mówić: „W końcu musimy założyć zespół”. A ja odpowiedziałem: „Okej, ale jaki zespół?”. I wtedy powiedział: „Obecnie na świecie brakuje gotyckiego metalu w stylu lat 90.”. Co jest zgodne z prawdą i całkowicie się z tym zgodziłem. Więc powiedziałem: „Okej”. Tak mniej więcej zrodziła się ta idea. Oczywiście byłem fanem tego rodzaju muzyki w latach 90. Bardzo lubiłem takie formacje, jak Type O Negative, Sisters of Mercy, The Mission, Fields of Nephilim, stare Paradise Lost i tym podobne, stąd uznałem, że to świetny pomysł. Potem jakoś wszystko się rozkręciło i oto jesteśmy. To w zasadzie w skrócie historia powstania tego zespołu.

Jak wybraliście nazwę zespołu? Muszę przyznać, że jest dość intrygująca i rzeczywiście utrzymana w duchu gotyckiego klimatu.

M.V.: Rzucaliśmy różne pomysły i wydaje mi się, że to był pomysł Victora (Brandta basisty znanego z występów w norweskiej black metalowej formacji Dimmu Borgir – red.).

Santeri Kallio: Hmm, nie pamiętam już dokładnie, kto wpadł na tę nazwę, możliwe, że był to Victor.

Ale nazwa nie pojawiła się zanim rozkręciliście cały projekt, tylko w trakcie tego procesu, prawda?

M.V.: Nie, nie, nie. Przez jakiś czas nazwa zespołu brzmiała „Suomen Ruotsalaiset”, czyli w wolnym tłumaczeniu „Fińscy Szwedzi”. Co było całkiem trafne, biorąc pod uwagę pochodzenie członków Cemetery Skyline. To właściwie nazwa naszej grupy na WhatsAppie. Więc mniej więcej przez pierwsze dwa lata nie mieliśmy tak naprawdę nazwy.

S.K.: Dokładnie. Nie pamiętam, żebyśmy mieli nazwę na początkowym etapie tworzenia formacji. Ale znalezienie nazwy zawsze jest skomplikowane, bo później musisz żyć z tym wyborem, a opcji jest naprawdę mnóstwo. Większość zaangażowanych osób rzuca jakieś pomysły i w końcu zostajesz z ogromną stertą nazw i musisz coś z tego wybrać. Wydaje mi się, że mimo wszystko wybranie tej właśnie nazwy przyszło nam dość łatwo. Nie mieliśmy aż tak wielu propozycji dla nazwy zespołu, jednak mieliśmy wtedy mnóstwo pomysłów na nazwę albumu, bo ostatecznie znalazło się na nim dziesięć utworów. Myślę, że ostatecznie daliśmy Mikaelowi (Stanne, wokalista Dark Tranquillity oraz The Halo Effect – red.) całkowitą swobodę w wyborze nazwy. Było jednak naprawdę wiele opcji.

M.V.: To prawda, rzucaliśmy różne pomysły, ale tak to zwykle wygląda. Myślę, że ta nazwa idealnie pasowała do pierwszej idei tego zespołu. Bo od razu pojawiła mi się w głowie pewna wizja, kiedy ktoś z wytwórni Century Media (to właśnie pod jej szyldem zespół wydał swój debiutancki album – red.) chcąc zorganizować sesję zdjęciową dla jednego z moich zespołów, pokazał mi zdjęcie zabytkowego cmentarza w Nowym Jorku, który znajduje się na Brooklynie (chodzi o Green-Wood Cemetery – red.). Od razu, kiedy ktoś rzucił nazwę „Cemetery Skyline”, w mojej głowie pojawił się automatycznie ten obraz i wszystko spięło się w jedną całość: Brooklyn, Nowy Jork, Type O Negative, Cemetery Skyline. To była po prostu doskonała synchronizacja.

Najbardziej wyczekiwane koncerty rockowe i metalowe w Polsce w 2026 roku

Markus, choć wspomniałeś, że to nie do końca był Twój pomysł z założeniem zespołu, to właśnie na samym początku Wasza dwójka zaczęła pracować nad projektem. Jak zdecydowaliście, kogo zaprosić do zespołu i czy mieliście jakiś plan awaryjny, na wypadek gdyby ktoś z nich odmówił? Kiedy w ubiegłym roku rozmawiałam z Mikaelem, mówił, że dla niego nie była to łatwa decyzja, głównie dlatego, że musiał śpiewać czystym wokalem.

M.V.: Tak, dla niego jest to rzeczywiście coś nietypowego. Cóż, pamiętam, że rozmawialiśmy i żartowaliśmy podczas trasy, którą dawno temu graliśmy z Amorphis (zespół, w którym klawiszowcem jest Santeri Kallio – red.) i Omnium Gatherum (drugi obok Insomnium zespół, w którym gra Markus Vanhala – red.) i Santeri był pierwszą osobą, która przyszła mi do głowy, kiedy już zacząłem na poważnie myśleć o tym zespole. Jego także jako pierwszego zaprosiłem do współpracy i na szczęście nie wahał się ani chwili i w zasadzie natychmiast powiedział: „Tak, wchodzę w to”.

S.K.: Gdyby nie ta długa rozmowa w amerykańskim autobusie podczas trasy, pewnie powiedziałbym: „Nie, nie ma mowy”. Ale mieliśmy świetną rozmowę podczas trasy po USA. Pewnej nocy, no cóż, trochę wypiliśmy, to w sumie nic nadzwyczajnego, ale naprawdę dobrze się wówczas poznaliśmy. Oczywiście już się znaliśmy wcześniej, ale wtedy zaczęliśmy rozmawiać o tym, że powinniśmy wspólnie coś stworzyć. Dlatego kiedy nagle do mnie zadzwonił i powiedział: „Hej, mam już pomysł. Klimat lat 90., w duchu Sisters of Mercy, Type O Negative, Paradise Lost i tym podobnych rzeczy. Nadal jesteś zainteresowany?” – to podjęcie decyzji było bardzo proste. A, że były czasy pandemii, więc i tak nie było za wiele do roboty. Od razu pomyślałem: „Cholera, to brzmi świetnie”. W zasadzie całą swoją młodość spędziłem w barach lat 90. w Helsinkach i Niemczech, gdzie bez przerwy leciała muzyka gotycka, nu metal albo crossover. Wszystkie te świetne zespoły, których dziś już właściwie nie ma, albo może nadal coś robią, ale nie są już tak obecne na co dzień w naszej świadomości, nie grają tak wielu koncertów czy na każdym festiwalu, jak miało to miejsce w tamtym okresie. Więc bardzo łatwo było przystać na tę propozycję. Potem zaczęliśmy zastanawiać się nad wokalistą, i nie wiem skąd pojawił się pomysł na Mikaela. Dużo razem koncertowaliśmy, więc go znaliśmy. Wiedzieliśmy też, że śpiewa trochę czystym wokalem, jednak w zespołach, z których go znamy, raczej tego unika i tych partii jest niewiele, mimo że brzmią naprawdę świetnie. Pomyśleliśmy, że ten facet ma znacznie większy potencjał niż tylko growl i okazjonalne używanie tego charakterystycznego, melodyjnego wokalu prowadzącego. I niespodziewanie powiedział „tak”, kiedy się do niego zwróciliśmy. Może przemyślał to później i trochę żałował, ale cieszymy się, że się zgodził. Nie pamiętam, żebyśmy mieli jakieś plany awaryjne czy coś w tym rodzaju. Tak naprawdę nie mieliśmy żadnego planu B, więc nie wiem, czy ta grupa by powstała, gdyby Mikael powiedział "nie".

M.V.: Wbrew temu, co niektórzy sądzą, nie planowaliśmy stworzyć czegoś w rodzaju supergrupy. Po prostu zaczęliśmy rozmawiać ze znajomymi. Rzeczywiście wyszła z tego supergrupa, ale to jedynie świadczy o tym, że ma się super przyjaciół, którzy przy okazji są wspaniałymi muzykami.

S.K.: Tak, to nie było planowane. Ale oczywiście całkiem naturalne jest zapraszanie znajomych z branży, bo koncertowanie jest naprawdę wymagające. Stworzenie czegoś naprawdę dobrego, jak „Nordic Gothic”, to ciężka praca, więc dobrze mieć wokół siebie prawdziwych profesjonalistów. Ale, jak wspomniał Markus, naszą intencją nie było naprawdę stworzenie supergrupy. Z drugiej strony chyba po prostu szukaliśmy ludzi z super umiejętnościami, z którymi łatwo się współpracuje. Bo wcześniej koncertowałem z Dimmu Borgir, a my obaj graliśmy też trasy z Dark Tranquillity. Potem została już tylko kwestia znalezienia perkusisty. Pierwotny wybór, czyli Adrian Erlandsson, nie miał czasu, bo zajmował się triathlonem i to pochłaniało praktycznie cały jego czas poza graniem z zespołami. Więc zaczęliśmy myśleć o Vesie (Vesa Ranta – perkusista rozwiązanej w 2005 roku fińskiej grupy Sentenced). W tamtym momencie już trochę wiedzieliśmy, że zaczyna robić się z tego supergrupa, bo w składzie mieliśmy członka Dimmu Borgir, był Mikael i my. Nie szukaliśmy więc po prostu jakiegoś przypadkowego gościa. Zaczęliśmy myśleć o perkusistach i wtedy uświadomiliśmy sobie: „Hej, Vesku nadal jest aktywny. Kiedyś grał w Sentenced i jest naszym dobrym przyjacielem”. Tak naprawdę, to on faktycznie przeszedł przez tę epokę gotyckiego rocka. Ja byłem w Amorphis, ale nie powiedziałbym, że na jakimkolwiek etapie naszej kariery byliśmy gotyccy. Markus też nie ma żadnej gotyckiej historii, podobnie jak Mikael. Więc zaczęliśmy myśleć, że Vesa może przeprowadzić nas przez cały ten proces, bo on robił to jeszcze w złotej erze tego gatunku. Kiedy się zgodził, zaczęliśmy już na poważnie kończyć przygotowania materiału i zaczęliśmy nagrywać album.

Muzyka, którą prezentujecie na „Nordic Gothic”, mocno różni się od tego, co prezentujecie w swoich macierzystych zespołach. Czy dzięki temu było Wam łatwiej tworzyć utwory na tę pytę? Mieliście poczucie większej artystycznej swobody, żeby stworzyć coś nowego? A może właśnie było trudniej, kiedy już wszyscy dowiedzieli się, kto za tym stoi, ich oczekiwania były chyba niezwykle wygórowane?

M.V.: Powiedziałbym, że było łatwiej. Z pewnością znacznie rozsądniej było stworzyć coś, co różni się od tego, co robimy na co dzień. Świat naprawdę nie potrzebował kolejnej supergrupy melodic death metalowej z ludźmi z Amorphis i Dark Tranquillity. To oczywiście byłoby pójście na łatwiznę i trochę tandetne.

S.K.: Nie chcieliśmy brzmieć jak kolejny Amorphis czy kolejne Insomnium, bo to nie byłoby interesujące ani dla nas, ani dla odbiorców i pewnie skończyłoby się tylko na jednym albumie.

M.V.: Oczywiście szukaliśmy czegoś nowego dla nas samych, czegoś, co wniesie coś świeżego i nie jest tym samym starym, ciągle powtarzającym się schematem

S.K.: To było bardzo wyzwalające – móc wydobyć z siebie bardziej popowy i bardziej rockowy klimat. Jestem w Amorphis od prawie 30 lat, a ta muzyka jest jednak mocno oparta na riffach, growlu, agresywnych elementach i tym podobnych rzeczach. Zawsze brakowało mi zespołu, w którym mógłbym pójść trochę bardziej w stronę chwytliwych i bardziej popowych melodii. Fani Amorphis pewnie wiedzą, że to ja napisałem większość najbardziej popowych utworów zespołu. W technicznym zespole metalowym istnieją pewne ramy, w których się poruszasz, i można tworzyć utwory spoza tego schematu, ale najczęściej takie rzeczy ostatecznie nie przechodzą w procesie tworzenia, bo zawsze są pewne oczekiwania, gdyż jest to przecież zespół metalowy. W przypadku tego zespołu rozmawialiśmy nawet o czymś w rodzaju cięższego brzmienia: sekcji perkusyjnej opartej na podwójnej stopie, agresywnej perkusji i tym podobne elementy. Ale naprawdę postanowiliśmy i liczyliśmy, że tego nie będzie, bo nie chcieliśmy być zespołem metalowym. Myślę, że chcieliśmy być mrocznym, melancholijnym hard rockiem, bo przecież każdy z nas jest już w metalowym zespole.

M.V.: Właściwie w utworze „Dream Delusion”, który został wydany w zeszłym tygodniu na reedycji naszej płyty w wersji Deluxe, był dosłownie jeden wers z growlem Mikaela i obaj powiedzieliśmy: „Nie, nie rób tego”.

S.K.: Nadal są tam podwójne stopy w perkusji, ale tylko po to, żeby podkręcić trochę tempo. Tak, naprawdę miło mieć zupełnie inny rodzaj zespołu po tym, jak przez 30 lat było się już w czymś o niezwykle określonej strukturze. To także sposób na inne wyrażanie siebie – nie musisz tworzyć ciągle tego samego rodzaju muzyki. Nie jesteś zamknięty w jednym pudełku. A teraz mamy kolejne pudełko do wypełnienia pomysłami.

Jeśli chodzi o proces twórczy i nagrywanie albumu – czy tym razem postanowiliście podejść do tego nieco inaczej, zarówno pod względem samego procesu kreatywnego, jak i produkcji albumu, czy raczej zabraliście się za to, tak samo, jak w przypadku waszych macierzystych zespołów?

S.K.: Cóż, tym razem nie korzystaliśmy z pomocy żadnego zewnętrznego, światowej klasy producenta, mimo że mieliśmy na to środki. Myślę, że po prostu chcieliśmy sami to wszystko poskładać w całość i odkryć, czym właściwie jest Cemetery Skyline i jak chcemy brzmieć. Dość mało interesującym podejściem byłoby zebranie pięciu gości, stworzenie kilku piosenek, a potem oddanie całej roboty producentowi. Naprawdę się cieszę, że tego nie zrobiliśmy. Nie sądzę też, żebyśmy tego potrzebowali. Uważam, że „Nordic Gothic” jest bardzo spójnym albumem i poszczególne utwory są ze sobą połączone i rezonują ogólnym stylem naszej muzyki. Myślę, że dzięki temu czuć na tym albumie swego rodzaju „organiczną atmosferę”, bo tak naprawdę nie mieliśmy żadnej osoby, która narzucałaby nam, czym tak naprawdę Cemetery Skyline ma być, i bardzo mnie to cieszy. Nadal mamy możliwość skorzystania z pomocy zewnętrznego producenta w przyszłości, ale najpierw musieliśmy sami ukształtować ten zespół. Naprawdę się cieszę, że tak zrobiliśmy.

M.V.: Mieliśmy mnóstwo rozmów na ten temat. Sądzę, że każdy zespół musi przejść przez pewien etap, żeby odnaleźć własną tożsamość samodzielnie, a nie polegać na jakimś „przypadkowym” producencie, który mówi: „Zróbcie tak”. Myślę, że u nas to znalezienie własnej tożsamości przyszło dość szybko. Nasze utwory szybko zaczęły mieć podobną paletę brzmień i funkcjonować w tym samym muzycznym świecie. Sądzę, że rzeczywiście to odnalezienie własnej ścieżki, którą chcemy podążać przyszło nam zaskakująco łatwo.

S.K.: Nie próbowaliśmy na siłę być wyjątkowi czy niezwykli. Dema, które tworzyliśmy w naszych domowych studiach, zaczęły przybierać formę dość prostych, melodyjnych struktur i wszystkie miały w sobie coś w rodzaju nostalgicznego klimatu. Ale nawet nie próbowaliśmy brzmieć jak nasi muzyczni idole. Oni bardziej prowadzili nas przez cały proces. „Zachowajmy melodyjność, zachowajmy melancholię i sprawmy, żeby dało się przy tym tańczyć” – taki mniej więcej kierunek obraliśmy.

M.V.: Co odróżniało ten proces od mojego zwykłego sposobu pracy i było największym i zarazem najciekawszym wyzwaniem, to komponowanie muzyki na jedną gitarę, bo zawsze grałem w zespołach, w których są dwaj gitarzyści. W Cemetery Skyline jest tylko jedna gitara i nastawienie na mocniejszą sekcję klawiszową. Można też bardziej „zaufać” liniom wokalnym, bo są tylko czyste wokale. Nie trzeba było więc przerzucać całego ciężaru melodii na gitary, co było naprawdę bardzo odświeżające.

S.K.: Z drugiej strony było to też większe wyzwanie, bo w klasycznym death metalu niekiedy jeśli masz jakiś fragment i nie wiesz, jak go zaaranżować, to zawsze możesz po prostu na niego wrzucić growl i to załatwi sprawę. Tutaj było trudniej, bo wszystkie melodie wokalne, teksty i cała reszta musiały być naprawdę mocne, w przeciwnym razie dynamika utworu by siadała, a atmosfera zostałaby zniszczona. To nie było łatwe – może dlatego, że nigdy wcześniej nie mieliśmy takiego zespołu. Mieliśmy mnóstwo pomysłów i dużo swobody, żeby po prostu móc je zrealizować.

M.V.: A potem, po cichu, Mikael zbudował wokół tego wszystkiego naprawdę cholernie ciekawy świat i stworzył świetną koncepcję w swoich tekstach. To prawie jak album koncepcyjny. Pracował nad tym trochę w ukryciu – nawet nie wiedzieliśmy, że nad tym siedzi. Na samym końcu doszedł jeszcze Valnoir (właśc. Jean-Emmanuel Simoulin), grafik, który stworzył całą stronę wizualną. I tak niemal „przypadkiem” wszystkie puzzle ułożyły się w jedną, spójną całość.

S.K.: Można powiedzieć, że trochę „przypadkiem”, ale oczywiście mamy już za sobą długą karierę, więc wiemy też, jakie błędy można łatwo popełnić, jeśli zacznie się za bardzo kombinować. Dlatego byliśmy dość rygorystyczni podczas procesu tworzenia i naprawdę sporo rzeczy dopracowywaliśmy. Bardzo mocno zajęliśmy się preprodukcją, bo zaczynaliśmy praktycznie od zera, nie ćwiczyliśmy też razem jako zespół i tak naprawdę nie omawialiśmy zbyt wielu rzeczy. Wszystkie utwory powstawały w domowych studiach, potem dodaliśmy do tego perkusję, wokale itp. Dlatego bardzo dużo pracowaliśmy nad preprodukcją, żeby wszystko było tak dobre i mocne, jak tylko się da. I co ciekawe, wszyscy zgodziliśmy się nawet co do utworów bonusowych, co normalnie w zespołach praktycznie się nie zdarza. Zawsze są jakieś ulubione utwory i różne preferencje. W końcu wpada się w pętlę niekończących się kompromisów, bo każdy ma swoje zdanie. Ale my zgodziliśmy się nawet co do bonusowych kawałków, a teraz mamy już gotową edycję deluxe, na której znalazły się wszystkie bonusowe utwory, i niespodzianka – wszystkie są dobre.

Słuchając Waszej opowieści, mogłoby się zdawać, że cały proces przebiegł niezwykle gładko. Jednak wiemy, że zaczęliście prace nad albumem w 2020 roku, czyli w momencie, kiedy wybuchła pandemia. Każdy z Was ma też inne zobowiązania wobec swoich macierzystych zespołów, a poza tym, mieszkacie w różnych miejscach. Co stanowiło dla Was największe wyzwanie w całym tym procesie formowania zespołu, tworzenia muzyki i nagrywania płyty?

M.V.: Oczywiście nasze grafiki były największym wyzwaniem...

S.K.: No i oczywiście fakt, że dwóch członków mieszka w Szwecji, jeden mieszka w Oulu, na północy Finlandii, Markus mieszka na wschodzie. Więc myślę, że największym wyzwaniem było to, że nie mogliśmy po prostu grać tych utworów wspólnie i tym samym znaleźć własnego sposobu na ich aranżację.

M.V.: To prawda, właściwie tego nie zrobiliśmy. Ani razu nie zagraliśmy razem przed wejściem do studia.

S.K.: Zagraliśmy razem tylko raz przed pierwszym koncertem, ale aranżować i poskładać wszystko musieliśmy całkowicie osobno. Na szczęście dzisiejsza technologia jest już tak dobra, że naprawdę można to zrobić. W latach 90. byłoby to dość problematyczne, albo wręcz niemożliwe. Wtedy musielibyśmy spotkać się w jednym miejscu, najpierw ćwiczyć, a potem zacząć nagrywać album i kłócić się o każdy cholerny drobiazg. W tym przypadku każdy miał swobodę działania.

M.V.: Wiem, że to brzmi, jak jakiś tekst reklamowy, ale taka jest prawda. Oczywiście wszyscy znaliśmy się wcześniej z różnych miejsc, ale pierwszy raz, kiedy cała nasza piątka znalazła się razem w jednym miejscu, był wtedy, gdy po raz pierwszy spotkaliśmy się na cmentarzu podczas kręcenia teledysku do „Violent Storm”. Czterech z naszej piątki spotkało się wieczór wcześniej w tym samym barze, ale Victora tam nie było. Więc tak naprawdę pierwszy raz spotkaliśmy się wszyscy dopiero na cmentarzu.

S.K.: To prawda. Bardzo szybko nakręciliśmy teledysk. W zasadzie to nawet nie wiedziałem, że Patric (Ullaeus – szwedzki reżyser i fotograf, który tworzył teledyski dla takich zespołów, jak Arch Enemy, Katatonia, Apocalyptica czy Dynazty) miał tę wizję, której potrzebowaliśmy. Odkryliśmy to dopiero później. I tak jak Markus wspomniał, to był właściwie pierwszy raz, kiedy spotkaliśmy się wszyscy razem. Wcześniej był tylko nasz wspólny chat na WhatsAppie.

M.V.: Czyż można wyobrazić sobie coś bardziej gotyckiego niż pierwsze spotkanie zespołu na cmentarzu?

Kiedy rozmawiałam z Mikem w ubiegłym roku przy okazji koncertu Dark Tranquillity w Polsce, było to już po Waszym pierwszym koncercie na John Smith Festival w Finlandii, i zapytałam go o to, czy istnieje możliwość, że zespół wyruszy w trasę koncertową, wówczas powiedział, że raczej nie. Pamiętam, że na początku w ogóle nie myśleliście o koncertowaniu. A teraz jesteśmy tutaj, w Sztokholmie – podczas Waszej pierwszej europejskiej trasy. Co właściwie sprawiło, że zmieniliście zdanie? Bo z pewnością nie to, że mieliście za dużo wolnego czasu, bo akurat na brak zajęć nie możecie narzekać.

M.V.: To krótka trasa, więc to się jeszcze nie liczy jako prawdziwe tournée.

S.K.: Oczywiście, że się liczy! Łącznie z koncertami w Finlandii gramy piętnaście koncertów, to całkiem sporo. Ale wracając do pytania, to początkowo nie myśleliśmy o koncertowaniu, bo sądziliśmy, że jak to zwykle bywa, zespoły muszą ciężko pracować, nagrać wiele albumów, by dostać się na duże festiwale i móc wyruszyć w trasę koncertową. Jednak reakcja na album „Nordic Gothic” była szalona. W Finlandii od razu wskoczyliśmy na trzecie miejsce na oficjalnej liście sprzedaży. Przed nami była chyba tylko dwójka raperów. Dostaliśmy więc mnóstwo świetnych propozycji zagrania na festiwalach, potem przyszła oferta z USA, a następnie także propozycja trasy po Ameryce Południowej. Pojechaliśmy do Meksyku, Chile, Argentyny, Brazylii i Kolumbii. Tak naprawdę nie chcieliśmy wykonywać tej „brudnej roboty”, gdzie „starzy wyjadacze”, jak my, zaczynają właściwie od zera, grając w małych klubach dla dziesięciu osób i potem prosić się o trasy jako support. Jednak nagle się okazało, że mamy wszystkie zasoby, których potrzebowaliśmy, żeby grać koncerty jako headliner. Mamy do dyspozycji pełną ekipę techniczną i dzięki temu także możliwość przygotowania naprawdę dobrych koncertów. Myślę, że to był moment przełomowy, w którym stwierdziliśmy, że to może naprawdę się udać.

M.V.: A do tego zainteresowała się nami sama legenda, Andy Farrow, czyli człowiek stojący za takimi „małymi” zespołami, jak Opeth, Devin Townsend czy Trivium, który chciał być naszym booking agentem, a takiej osobie się nie odmawia.

S.K.: Dodatkowo mnóstwo świetnych recenzji, fantastyczne reakcje na wydany album, wygraliśmy nawet kilka nagród, między innymi za album roku, a potem byliśmy nominowani do fińskich Grammy w kategorii rockowego albumu roku. Więc jakiś czas po wydaniu krążka zaczęliśmy myśleć: „Cholera, przecież naprawdę możemy grać koncerty, i powinniśmy to robić – żeby uszczęśliwić fanów i znaleźć swoje koncertowe brzmienie”. Szczerze mówiąc, bycie tylko zespołem studyjnym jest dość nudne, przynajmniej dla mnie. Uwielbiamy grać, a koncerty są zawsze najlepszą częścią całego tego procesu. Tak naprawdę nienawidzę nagrywania albumów. Najfajniejsze jest właśnie wyjście na scenę, granie tych utworów, wspólne spędzanie czasu i obserwowanie reakcji fanów oraz słuchanie, co o tym wszystkim myślą. Bo robimy to wszystko dla fanów, i oczywiście, w jakiejś części dla samych siebie. Kiedy reakcje, na to co się stworzyło, są tak pozytywne, nie da się powiedzieć „nie” – to po prostu trzeba to zrobić, to przecież nasza praca.

Wracając do samego albumu, to zaledwie kilka dni temu (koncert w Sztokholmie miał miejsce 12 maja 2026 – red.) ukazała się nowa wersja, rozszerzona edycja Waszego debiutanckiego albumu „Nordic Gothic”. Powiedzcie nam trochę więcej o wersji delux, która się właśnie ukazała.

S.K.: W tej chwili jest na 7. miejscu fińskiej online listy i na 2. miejscu listy fizycznych wydań.

M.V.: Jak na reedycję to było naprawdę cholernie fajne, że tak wysoko weszła na listy.

S.K.: Na wersji delux znalazły się kawałki z oryginalnego albumu, wszystkie utwory bonusowe, a także kilka utworów z akustycznego występu z okazji premiery albumu, który miał miejsce w Nowym Jorku, oraz trzy remixy (chodzi o utwory: „In Darkness”, „Torn Away”, „Violent Storm” – red.), które dostaliśmy od różnych twórców, między innymi od Gost i Gost Bells. Więc to taki pakiet z dodatkową płytą CD i winylem. Do tego jest książeczka z historią naszej kariery, różnych wydarzeniach oraz o drodze do założenia formacji i wydania albumu. To naprawdę bardzo fajne wydanie.

Z racji tego, iż Mikael jest wokalistą, słuchając tej płyty, zastanawiała się, jak te kawałki brzmiałyby, gdyby śpiewał je standardowo, czyli growlując. Czy myśleliście o zrobieniu jakiejś wersji, w której Mike używałby growlu? Czy raczej nie, gdyż wymagałoby to dużych zmian aranżacyjnych, aby wszystko pasowało do całej koncepcji?

S.K.: Rozmawialiśmy o tym trochę na początku. Ale byłem fanem Type O Negative, The Mission, Sisters of Mercy i innych, to były nasze inspiracje, i tam w zasadzie nie ma growlu. Nie ma też metalowych riffów. I doszliśmy do wniosku, że gdybyśmy zrobili to w taki właśnie sposób, to trochę zniszczyłoby samą ideę tego, co chcieliśmy stworzyć. Nasze założenie było takie, że nawet fan Depeche Mode powinien móc postawić „Nordic Gothic” obok albumów wymienionych artystów. W tym przypadku robienie technicznego metalu z growlem nie miałoby sensu.

M.V.: Myślę, że nowa wersja „Nordic Gothic” powinna iść właśnie bardziej w stronę Depeszów, czyli jak najdalej od metalu, nawet dalej niż to, co słyszymy teraz.

S.K.: Dodatkowo warstwa liryczna jest bardzo emocjonalna. Nie potrafię sobie tak naprawdę wyobrazić, jaki byłby sens wykrzykiwanie tego wszystkiego? No może w jednej z piosenek są jakieś fragmenty, które można by zaaranżować w taki sposób. Dla nas to właśnie melodie są motywem przewodnim i to do nich dopasowujemy partie wokalne, a nie odwrotnie.

M.V.: Na szczęście Mikael ma szansę wykrzyczeć wszystkie swoje emocje w trzech innych zespołach.

S.K.: Tak, chyba w skali krzyku osiągnął już najwyższy pułap.

Obecnie żyjemy w pewnym sensie w cyfrowym świecie, gdzie można mieć ulubioną muzykę na platformach cyfrowych, a mimo to z Waszymi zespołami nadal wydajecie nowe albumy również w fizycznej formie. Czy czujecie, że nadal istnieje potrzeba i sens wydawania takich kopii?

M.V.: Mamy szczęście działać w tej małej niszy muzycznej, czyli metalu i rocku, gdzie ludzie wciąż są kolekcjonerami i pasjonatami w tej dziedzinie, i rzeczywiście nadal kupują albumy.

S.K.: W zasadzie są to zaskakująco duże liczby sprzedaży fizycznych nośników jeśli chodzi o scenę metalową. Nie mówię, że to wróciło do dawnych czasów, kiedy kupowało się każdy album, ale sądzę, że dla fanów muzyki rockowej, indie rockowej i metalowej zakup płyty jest ważnym elementem doświadczenia muzycznego. Nie sądzę, żeby raperzy, którzy znajdują się na szczytach list przebojów, sprzedawali dziś wiele fizycznych albumów, bo tam raczej ludzie słuchają tego właśnie na platformach streamingowych. Ale w rocku i cięższych brzmieniach sprzedaż płyt i winyli ma się świetnie. Obecnie płyty CD wróciły do łask dzięki pewnemu odświeżeniu, ludzie znów je kupują, może nawet młodzi, którzy nigdy wcześniej ich nie widzieli. Dla nich to też pewnego rodzaju „nowinka technologiczna”, bo zastanawiają się, co to w ogóle jest.

M.V.: Wielu ludzi, nawet jeśli nie są kolekcjonerami, mówi, że po prostu chcą wspierać zespół i dlatego kupują płyty. Myślę, że dzięki temu, nadal jest sens wydawania fizycznych albumów.

Jesteście w branży muzycznej od wielu, wielu lat i doświadczyliście wielu zmian w branży. Obecnie dużo mówi się o sztucznej inteligencji i jej wpływie na każdy aspekt naszego życia, także na muzykę. Jak widzicie przyszłość branży muzycznej?

S.K.: To przerażająca wizja…

M.V.: W zeszłym roku byliśmy przez dwa tygodnie na tournée w Chinach. Wyjście gdziekolwiek było naprawdę niepokojące. W zasadzie w każdym barze praktycznie cała muzyka była generowana przez AI. Taka totalnie bezsensowna, nudna, generyczna i niezwykle powtarzalna. W miejscach publicznych używają tego typu muzyki i moim zdaniem to beznadziejne. Oczywiście przeciętny Kowalski pewnie nie zwróci nawet uwagi na to, czy muzyka, którą właśnie słyszy, została wygenerowana przez AI czy nie. To jest przerażające i dystopijne, ale na szczęście w „naszym małym światku metalu i rocka” AI raczej nie będzie wielkim problemem i zagrożeniem. Może niektórzy będą używać AI do komponowania muzyki, ale mnie osobiście to nie przekonuje.

S.K.: Tak, to okropny pomysł. Jeśli chcesz być muzykiem, najpierw powinieneś nauczyć się grać na instrumencie, a to wymaga naprawdę ciężkiej pracy. Potem musisz nauczyć się tworzyć dobre utwory, później występować na scenie i tak dalej. Teraz w zasadzie każdy, kto nigdy nie miał nawet jednej lekcji gry na instrumencie, będzie mógł zostać muzykiem i kompozytorem. To jest bardzo przerażające, i szczerze mówiąc, jest to okropny pomysł. Dla mnie to w żaden sposób nie brzmi interesująco i z czasem wszystko zaczyna brzmieć tak samo i jest takie bezosobowe. Nagle pojawiają się osoby, które nie mają pojęcia o grze na instrumencie, nigdy nie były w żadnym zespole, wciskają jeden przycisk i mówi: „Od teraz będę wydawać muzykę i mogę zacząć grać koncerty”. To jest naprawdę przerażające, że dzieje się to praktycznie we wszystkich dziedzinach sztuki: w muzyce, filmach, a szczególnie w malarstwie.

M.V.: AI prawdopodobnie całkowicie zastąpi muzykę promocyjną, na przykład do reklam i podobnych rzeczy. Kiedyś była cała rzesza ludzi w branży zajmujących się komponowaniem muzyki do reklam i materiałów promocyjnych. Szczególnie muzyka, którą słyszymy np. w windach, ona już praktycznie teraz została całkowicie zastąpiona przez wytwory sztucznej inteligencji.

S.K.: Świat zmierza ku zagładzie i komputery przejmą władzę nad światem, jak w „Terminatorze”.

Może lepiej porzućmy ten temat i skupmy się na muzyce. Markus, skoro już rozmawiamy, nie mogę nie skorzystać z okazji i nie zapytać Cię o plany Insomnium. Widziałam w mediach społecznościowych, że pracowaliście nad nowym teledyskiem. Od wydania Waszego ostatniego krążka „Anno 1696” mija trzy lata, a wczoraj ogłoszono trasę koncertową u boku Amorphis, która rozpocznie się w styczniu 2027 roku. Czy to oznacza, że jeszcze w tym roku usłyszymy nowy album Insomnium?

M.V.: Tak, jest taka szansa… Jeśli wystarczająco mocno w to uwierzymy, to wtedy wszystko jest możliwe. Ale coś się szykuje. Nic więcej Ci nie powiem.

Rozumiem, że na tym etapie nie możesz nam nic zdradzić, ale wiem, że pracowaliście nad nowymi utworami. Czy kolejny album będzie, podobnie, jak „Anno 1696”, albumem koncepcyjnym i jego kontynuacją?

M.V.: Mogę jedynie zdradzić, iż nie będzie on oparty na tej samej kanwie opowieści i nie będzie to taki typowy album koncepcyjny. Raczej bardziej to „normalny” album Insomnium.

Na koniec pytanie, które nurtuje Waszych fanów: czy jest szansa na nową muzykę od Cemetery Skyline w najbliższym czasie?

S.K.: Pracujemy nad tym na etapie demówek. Mamy naprawdę dużo pomysłów na nowy album. Osobiście myślę, że mamy już może około 20 utworów, a kolejne wciąż powstają. Oczywiście później wybierzemy te najlepsze, te, które najbardziej ze sobą współbrzmią, żeby zacząć już nad nimi finalnie pracować. Mikael pracuje teraz nad partiami wokalnymi dla The Halo Effect, ale myślę, że za kilka miesięcy zacznie się koncentrować na naszych kawałkach. One już teraz są naprawdę dobrze przygotowane, więc zasadniczo moglibyśmy rozpocząć proces tworzenia albumu prawdopodobnie – mam nadzieję – następnej jesieni. Teksty i aranżacja wokali to działka Mikaela, ale melodie i cały koncept są najtrudniejsze, a to już można powiedzieć w duże mierze mamy. Więc tak, zdecydowanie będzie kolejny album!

W takim razie czekamy na nowy album Cemetery Skyline oraz mamy nadzieję na Wasz pierwszy koncert w Polsce.

S.K.: Przyjedziemy, obiecuję. Nie wiem kiedy, ale postaramy się to zorganizować przy okazji kolejnej trasy.

---------------------------------------

Z Markusem Vanhalą i Santerim Kallio przed koncertem Cemetery Skyline w Sztokholmie, który odbył się 12 maja 2026, rozmawiała Justyna Klorek.