Evergrey o zmianach personalnych w zespole i nowym albumie: „Musisz być kapitanem własnego statku i wiedzieć, dokąd zmierzasz, bo inaczej się rozbijesz” [WYWIAD]

Evergrey to formacja, która w swojej twórczości łączy ciężkie, metalowe brzmienie z melodyjnymi partiami, progresywnymi aranżacjami oraz emocjonalnymi tekstami. Zespół wystąpił podczas tegorocznego Mystic Festivalu w Gdańsku, a tuż przed ich koncertem udało nam się porozmawiać z założycielem i wokalistą Tomem S. Englundem, basistą Johanem Niemennem oraz klawiszowcem Rikardem Zanderem między innymi o ich nowym krążku oraz zmianach personalnych, które w ostatnim czasie zaszły w składzie grupy.

Trzej muzycy zespołu Evergrey siedzą na tle plakatów Mystic Festivalu. O nowym albumie przeczytasz na EskaRock.
Autor: Justyna Klorek Evergrey, Mystic Festival 2026

W składzie zespołu zaszło ostatnio wiele zmian. W 2024 roku z zespołu odszedł Jonas Ekdahl, a na początku tego roku Henrik Danhage zdecydował się rozstać z Evergrey po 21 latach. Czy odejście tych dwóch muzyków było czymś, czego się spodziewaliście, czy spadło to na Was jak grom z jasnego nieba?

Tom S. Englund: Gdy tylko dowiadujesz się, że ktoś odchodzi albo musi odejść, to oczywiście zawsze jest to skomplikowana sytuacja. Ale kiedy do zespołu dołączają nowi członkowie, jest to zawsze pozytywna zmiana, ponieważ wnosi to świeżą krew, przynosi nową energię i lepszą atmosferę, a najczęściej także oczyszcza tę złą aurę. Więc zmiany personalne często są potrzebne i zarazem niezwykle odświeżające. Czy się tego spodziewaliśmy? Cóż, myślę, że kiedy jest się w zespole tak długo jak my, to jeśli pojawiają się jakieś problemy, to z czasem tylko narastają i wtedy zaczynasz się zastanawiać, jak z tej sytuacji wybrnąć i często kończy się tak, że ktoś po prostu odchodzi.

Johan Niemann: Tak, dokładnie. Więc w takich przypadkach, albo się z tymi problemami mierzycie, rozwiązujecie je i idziecie dalej, albo nie – i w końcu dochodzicie do momentu, w którym dalsza współpraca po prostu przestaje działać i wówczas najlepiej jest, kiedy każdy pójdzie w swoją stronę.

W jaki sposób zmiany w składzie zespołu wpłynęły na proces powstawania waszego ostatniego albumu? Przecież wraz z odejściem Jonasa straciliście jednego z głównych kompozytorów i producentów.

T.S.E.: W zasadzie to Johan skomponował bardzo wiele utworów na nasz nowy album, na poprzedni zresztą także.

J.N.: Oczywiście, zająłem się jedynie aranżacjami muzycznymi, nie warstwą liryczną, za którą tradycyjnie odpowiada Tom.

T.S.E.: Ponownie, muszę przyznać, że te zmiany personalne pozytywnie wpłynęły na cały proces tworzenia tego albumu, ponieważ dostaliśmy dodatkową motywację. Album stworzyliśmy w składzie: ja, Rikard, Johan i Simon i podczas pracy nad nim pojawiło się w nas takie poczucie, iż chcemy wszystkim pokazać, iż mimo tych zawirowań i tak damy radę i nagramy znakomity krążek. I oto jest!

Rikard Zander: Sam proces twórczy niewiele różnił się od tego, jak robiliśmy to podczas pracy nad poprzednią płytą. Johan napisał dużo muzyki, Tom odpowiada za wszystkie partie wokalne i teksty, ja dorzuciłem kilka pomysłów. W zasadzie dokładnie tak samo wyglądało to przy poprzednim albumie. Więc pod tym względem właściwie nic się nie zmieniło.

Wczoraj miał premierę wasz piętnasty album studyjny „Architects of A New Weave” (rozmowa odbyła się 6.6.2026. – red.) Tytuł jest dość intrygujący. Czy czujecie, że właśnie budujecie nowe podwaliny kolejnego etapu w twórczości Evergrey?

T.S.E.: Myślę, że każdy z nas robi to przez całe życie i właśnie takie jest znaczenie tego tytułu. Musisz być kapitanem własnego statku i wiedzieć, dokąd zmierzasz, bo inaczej się rozbijesz. O to właśnie w tym chodzi. Wiele rzeczy w życiu jest ze sobą powiązanych, przede wszystkim poprzez sposób, w jaki się zachowujemy i jakie podejmujemy decyzje. Jeśli zmienisz jedną drobną rzecz, może ona wywrzeć ogromny wpływ trzydzieści lat później. Taka właśnie była idea stojąca za tym tytułem.

Na okładce znajduje się wiele ukrytych znaczeń i symboli. Nie udało mi się jeszcze połączyć wszystkich elementów, ale przyznam, że to świetna zabawa. Czy moglibyście opowiedzieć o tym trochę więcej? Odkryć nieco rąbka tajemnicy, a także zdradzić, skąd pomysł, aby umieścić te zaszyfrowane symbole na okładce?

T.S.E.: Nie ma mowy! To wy musicie wykonać tę pracę i sami odnaleźć właściwe znaczenie.

R.Z.: To świetna zabawa!

J.N.: Przynajmniej dla nas była to znakomita zabawa. Kiedy byliśmy dzieciakami i oglądaliśmy okładki Iron Maiden, zawsze było na nich mnóstwo szczegółów. Można było siedzieć godzinami, wpatrywać się w nie i nagle doznawałeś oświecenia: „O, tego wcześniej nie zauważyłem!”. Chodziło nam właśnie, aby stworzyć coś takiego.

R.Z.: Fani nie mieliby żadnej frajdy, gdyby członkowie Iron Maiden podczas wywiadów od razu wyjaśniali wszystko. „To oznacza tamto, a tamto oznacza to”. O wiele fajniejsze jest to, że przy pierwszym spojrzeniu nie wszystko jest oczywiste. Trzeba się naprawdę przyjrzeć i samemu odkrywać: „O, tutaj coś jest… a tam jeszcze coś innego”. Myślę, że odkrywanie tego, to niezła zabawa.

Albumy Evergrey poruszają bardzo osobiste tematy. Jakie emocje chcieliście przekazać słuchaczom za pośrednictwem „Architects of a New Weave”?

T.S.E.: Nie piszę z myślą, że to, co zawieram w swoich tekstach, będzie dla kogoś szczególnie ważne. Piszę przede wszystkim po to, żeby wyrzucić to z siebie. Większość tekstów to po prostu moje refleksje na temat życia. Tak było od zawsze. Wiesz, zmagam się ze swoimi demonami… a nie ze smokami. Demonami – tak, ale smoków jeszcze nigdy nie spotkałem, więc trudno byłoby mi o nich pisać. Tak naprawdę nic się pod tym względem nie zmieniło. Teksty na przestrzeni piętnastu albumów opowiadają o mnie, o ludziach wokół mnie i po prostu o życiu.

Wiele osób odnajduje w twoich tekstach odbicie własnych problemów i życiowych zmagań. Czy dla Was proces twórczy jest pewnego rodzaju formą katharsis, autoterapii, sposobem na uwolnienie się od trudnych emocji?

T.S.E.: W pewnym sensie tak. Ale mam wrażenie, że dostrzegam to dopiero z perspektywy czasu. Kilka albumów później mogę wrócić do swoich tekstów i uświadomić sobie: „Aha, właśnie w takim miejscu byłem wtedy w swoim życiu”. Dopiero wtedy naprawdę to rozumiem. To zresztą przypomina jedną z metod stosowanych w psychoterapii – opisujesz własne uczucia i dzięki temu lepiej rozumiesz samego siebie. To naprawdę świetna metoda.

A jak to wygląda u Was, jako kompozytorów? Wyrażacie swoje emocje poprzez melodie, więc jest to trochę inny sposób niż u Toma, który może je wyrazić za pomocą słów. Czy czujecie, że proces twórczy zależy od waszego stanu emocjonalnego albo od tego, przez co akurat przechodzicie?

R.Z.: W moim przypadku jest tak, że kiedy postanawiamy nagrać nowy album, wtedy zaczynają pojawiać się pomysły. Potrzebuję takiego impulsu na start: „Teraz robimy płytę, mamy konkretny cel”. Oczywiście pomysły przychodzą mi też w innych momentach, ale dobrze jest mieć coś, nad czym można pracować, mieć przed sobą jakiś cel. Nie jest to w sumie uzależnione z żadnym stanem emocjonalnym, bardziej traktuję to zadaniowo.

J.N.: Ja piszę cały czas. Nieustannie siedzę przed komputerem i po prostu tworzę. Zapisuję wszystko, co przychodzi mi do głowy. Zauważyłem jednak, że kiedy czuję się fatalnie, właściwie nie potrafię nic napisać. Mam wtedy zbyt duży chaos w głowie. Dopiero gdy przez to przejdę, mogę jakoś uporządkować ten bałagan i znaleźć w nim coś wartościowego.

Najbardziej wyczekiwane koncerty rockowe i metalowe w Polsce w 2026 roku

Evergrey istnieje od 1993 roku i przez ten czas stworzyliście oczywiście ogrom muzyki. Czy zdarza Wam się wracać do starych pomysłów? Czy raczej każdy nowy album zaczynacie od zera, nie oglądając się wstecz?

T.S.E.: To zależy, zazwyczaj jest to kombinacja nowych idei i tych, które już kiedyś mieliśmy. Na przykład przy tej płycie napisaliśmy o cztery czy pięć refrenów więcej, niż ostatecznie trafiło na album. Myślę, że wykorzystamy je przy okazji komponowania następnego. Ale zawsze powstaje też muzyka, którą po prostu piszesz, choć nigdy nie znajdzie się na płycie. Więc to działa w obie strony. Jednak około 95% materiału, który wydajemy, to zupełnie nowe utwory, napisane od początku z myślą o danym krążku.

Na tej płycie szczególnie poruszyły mnie dwa utwory. Jednym z nich był utwór „Oxygen”, który po raz pierwszy usłyszałam w Warszawie, kiedy graliście z Katatonią (koncert odbył się w listopadzie 2025 – red.), którego nie ma na podstawowej wersji albumu. A także utwór, w którym gościnnie śpiewa Mikael Stanne, czyli „A Burning Flame”. Zastanawiałam się, dlaczego zdecydowaliście się zaprosić go do zaśpiewania czystych partii wokalnych – tak jak robi to w Cemetery Skyline – zamiast użyć jego growlu, którym śpiewa w Dark Tranquillity, gdyż to mogło stworzyć ciekawy kontrast z wokalem Toma.

T.S.E.: Tak, to mógłby być ciekawy kontrast i interesujące połączenie, ale nie chciałem, aby śpiewał tym doskonale wszystkim znanym głosem. Dokładnie taką wersję jego wokalu usłyszałem w swojej głowie podczas komponowania tego utworu i dopracowywania partii wokalnych. Nie był to jego wokal z Dark Tranquillity, a głos, który znam z Cemetery Skyline. Przyjaźnimy się od trzydziestu lat, a nigdy wcześniej z nim nie współpracowaliśmy, więc fajnie było w końcu zrobić coś wspólnie z kimś tak utalentowanym.

R.Z.: Myślę, że to byłoby najbardziej oczywiste rozwiązanie: zaprosić kogoś, kto słynie z growlu, i po prostu pozwolić mu growlować. Mikael odwala kawał dobrej roboty w Cemetery Skyline i zdecydowaliśmy, że chcielibyśmy słyszeć więcej go właśnie w takiej wersji, a nie tej, którą wszyscy znają z Dark Tranquillity czy The Halo Effect.

Co było największym wyzwaniem podczas komponowania i nagrywania materiału na ten album i z czego to wynikało?

T.S.E.: Szczerze mówiąc, samo stworzenie albumu jest ogromnym wyzwaniem. To bardzo wyczerpujący proces, który wiele od ciebie wymaga. Myślę, że pracowałem nad nim codziennie przez co najmniej pięć miesięcy. Zarówno nad komponowaniem, jak i produkcją. Tak właśnie doszliśmy do efektu, który dziś słyszycie. Zaczęliśmy chyba w marcu, a miks skończyliśmy w listopadzie. Pracowaliśmy praktycznie bez przerwy. Nie było jednak niczego szczególnego w tym albumie, co czyniłoby go trudniejszym od poprzednich. Przynajmniej nie pod względem twórczym.

R.Z.: Może jedynie zmiana spowodowana odejściem Jonasa. To chyba było jedyne takie doświadczenie, zwłaszcza dla Ciebie, Tom.

T.S.E.: Tak, to prawda, ale kiedy do pomocy przy produkcji dołączył Vikram, w pewnym sensie przejął on rolę, którą wcześniej pełnił Jonas. Tego właśnie najbardziej się obawiałem, kiedy Jonas odszedł. Pomyślałem wtedy: „Cholera, teraz we trzech będziemy musieli nad tym siedzieć i się męczyć”. Ale nie myślcie sobie, że jesteśmy aż tacy źli, jak widać, poradziliśmy sobie. Ale Jonas był naprawdę świetny w „przekładaniu pomysłów” z mojej głowy na konkretny materiał, tak żeby brzmiał przynajmniej podobnie do tego, co sobie wyobrażałem. Vikram potrafi zrobić to dokładnie tak samo, więc to bardzo nam pomogło podczas komponowania i nagrywania nowego albumu.

Jak już wspominaliśmy, jesteście na scenie od wielu lat. Przez ten czas branża muzyczna bardzo się zmieniła. Przez wielu jesteście uznawani za przedstawicieli prog metalu. Jak z waszej perspektywy zmieniała się przez te lata scena progresywna?

T.S.E.: Trudno mi to ocenić, bo nigdy nie uważałem, że należymy do tej sceny. A zespoły progresywne, których słuchałem przez lata, to właściwie tylko Dream Theater i to w zasadzie tyle. Ty Johan, słuchasz teraz więcej takiej muzyki.

J.N.: Nie wiem, trudno powiedzieć. Mam wrażenie, że dziś istnieje mnóstwo różnych podgatunków i wiele z nich czerpie inspirację z muzyki progresywnej.

T.S.E.: Tak jak my.

J.N.: Tak, u nas też można znaleźć takie wpływy. Tak samo zresztą jest z Iron Maiden, ale czy ktoś uważa ich za zespół progresywny? Chyba nie. A jednak słychać u nich takie wpływy. I wydaje mi się, że z nami jest podobnie. Nie wiem jednak, czy scena muzyki progresywnej się rozrasta, czy kurczy. Naprawdę nie mam pojęcia.

R.Z.: Szczerze mówiąc, też nie wiem. Mówimy o progresywnym metalu czy o muzyce progresywnej w ogóle? Bo prog to przecież także stare zespoły w rodzaju Genesis czy jazz rock. Natomiast progresywny metal właściwie zaczął się od Dream Theater. A potem wszyscy zaczęli brzmieć jak Dream Theater. Jeśli to rzeczywiście jest osobny gatunek, to trudno mi powiedzieć. Ale nie sądzę, żebyśmy naprawdę do niego należeli.

Po festiwalu niemal od razu ruszacie w trasę jako support Iron Maiden. Przez te wszystkie lata osiągnęliście naprawdę bardzo wiele, jednak dla wielu zespołów możliwość zagrania przed Iron Maiden to spełnienie marzeń. Czy jest jeszcze jakiś artystyczny cel, którego nie udało wam się osiągnąć, a który chcielibyście zrealizować w przyszłości?

T.S.E.: To zdecydowanie jest jeden z takich celów. Bez dwóch zdań. To trochę jak spełnienie marzenia, o którym nawet nigdy nie śniłeś, bo zdawało się być zbyt nierealne do zrealizowania. Zresztą w zeszły czwartek również graliśmy na tej samej scenie co oni. To szalone, że w końcu dostaliśmy szansę zrobić coś takiego, to naprawdę ogromny zaszczyt.

R.Z.: Następnym razem może to oni będą grali jako support przed nami. To myślę byłby całkiem niezły cel do osiągnięcia.

W takim razie tego Wam życzymy! Kto wie, może następnym razem spotkamy się przy takiej właśnie okazji.

-----------------------------------------

Evergrey wystąpił podczas ostatniego dnia Mystic Festival 2026. Zdjęcia z ich koncertu znajdziecie w galerii poniżej.