Wacław „Vogg” Kiełtyka (Decapitated): „Gdyby Witek był z nami, na pewno gralibyśmy inaczej” [WYWIAD]

Decapitated to jeden z najbardziej rozpoznawalnych polskich zespołów deathmetalowych, który zdobył uznanie zarówno w kraju, jak i za granicą. Mimo trudnych momentów w historii zespołu, grupa zdołała kontynuować działalność i pozostać jednym z najważniejszych przedstawicieli polskiego metalu na świecie. Podczas tegorocznej edycji Mystic Festivalu formacja świętowała trzydziestolecie istnienia. Z założycielem Decapitated Wacławem „Voggiem” Kiełtyką rozmawialiśmy między innymi o spełnieniu młodzieńczych marzeń, wyborze nowego wokalisty, współczesnej polskiej scenie metalowej, nadchodzącym albumie grupy oraz o kontynuacji współpracy z Machine Head.

Wacław „Vogg” Kiełtyka (Decapitated): „Gdyby Witek był z nami, na pewno gralibyśmy inaczej”
Autor: Justyna Klorek Wacław "Vogg" Kiełtyka, Mystic Festival 2026

Podczas tegorocznej edycji Mystic Festivalu świętujecie 30-lecie działalności zespołu. To szmat czasu i niewielu zespołom udaje się tak długo funkcjonować. Czy patrząc wstecz, czujesz się spełniony jako muzyk? Czy Twoim zdaniem Decapitated jest obecnie tam, gdzie chciałeś, aby był, kiedy zakładałeś kapelę jako nastolatek?

Vogg: Myślę, że wiele z moich marzeń się spełniło i sądzę, że mam jeszcze, wydaje mi się, dużo do zrobienia. Ale jako muzyk, kompozytor, czy muzyk jeżdżący w trasy i przy okazji zwiedzający świat, odwiedzający różne miejsca, myślę, że mogę powiedzieć, że czuję się spełniony w tym momencie. Nawet nie chodzi o te 30 lat, bo to faktycznie jest szmat czasu, ale udało nam się przez ten okres naprawdę dużo osiągnąć i spełnić wiele naszych dziecięcych marzeń, mówię o sobie w tym momencie, marzeń, które nosiłem w sobie. Marzeń o graniu, o jeżdżeniu w trasy, o nagrywaniu, to wszystko się wydarzyło i mogę powiedzieć, że jestem spełniony jako muzyk w tym zespole i grając w innych zespołach, grając na dużych festiwalach, na dużych scenach. Generalnie zobaczyłem to wszystko, byłem tam, osiągnąłem to wszystko, te ważne rzeczy w życiu muzyka. Jeśli chodzi o takie spełnienie się jako muzyk czy kompozytor, to mogę śmiało powiedzieć, że jestem spełniony także dlatego, że naprawdę wielu ludzi podchodziło do mnie, i nadal podchodzi, i opowiada o swoich przeżyciach związanych ze słuchaniem mojej muzyki i jaki miała ona na nich wpływ. Mówili o różnego rodzaju wpływie, np. na ich sytuację życiową, w jakichś gorszych momentach emocjonalnych, ale też spotykałem się z wieloma muzykami profesjonalnymi czy mniej profesjonalnymi, którzy szczerze opowiadali mi o tym, że moje kompozycje i gra miała czy ma na nich duży wpływ. Więc kiedy słyszysz, że jakaś płyta czy jakiś utwór, czy twoja gra, technika grania zmienia czyjeś życie albo wpływa na kogoś, że ktoś sam zaczyna grać albo jego kompozycje są inspirowane twoją twórczością, to myślę, że to już jest też powód ku temu, aby czuć się spełnionym. Czuć, że jesteś dla kogoś inspiracją, to naprawdę bardzo wiele znaczy. Jako muzyk jestem także dobrze wspominany, bo zagrałem mnóstwo koncertów, niebawem będę miał swoją sygnowaną gitarę. Grałem w Machine Head, występowałem na największych festiwalach w Europie, odwiedziłem kilka kontynentów. Więc myślę, że osiągnąłem dużo, i jeśli miałbym jeszcze coś więcej osiągnąć tutaj, to nie wiem, co by to było, pewnie Grammy i trasa z Metallica albo jakimś zespołem tego pokroju. Więc z tym, co udało mi się osiągnąć, mogę śmiało umierać.

Jak wiemy, los Was nie oszczędzał. Wy jednak zawsze znajdowaliście w sobie siłę, aby się podnieść i wrócić jeszcze silniejsi. Czy zdarza Ci się zastanawiać nad tym, jak mogła potoczyć się Wasza kariera, gdyby nie te tragiczne wydarzenia?

Vogg: Najtragiczniejsze wydarzenie, które zaważyło na moim życiu i na karierze tego zespołu, to była śmierć Witka, i to, co się przydarzyło Kowanowi później po wypadku i to, w jakim jest cały czas stanie. Ja straciłem praktycznie cały zespół i straciłem brata, który był moim najlepszym przyjacielem w życiu i najlepszym muzykiem, z którym mogłem grać. Więc to zupełnie zmieniło wszystko i na pewno wpłynęło na dalszy bieg i drogę zespołu, na brzmienie zespołu, na wszystko. Po tym wydarzeniu już byliśmy innym zespołem i też muzyka była inna, brzmienie było inne. Gdyby Witek był z nami, to możliwe, że bylibyśmy jeszcze dalej. Na pewno gralibyśmy inaczej, brzmielibyśmy inaczej. Ciężko powiedzieć tak naprawdę, ale to, jakie brzmienie mieliśmy, gdy graliśmy wspólnie, to było naprawdę coś bardzo unikalnego, bo takie brzmienie, które wypracowujesz razem z bratem, czy z siostrą, to jest takie totalne porozumienie, które nie potrzebuje nawet słów. Dorastając razem, słuchając tej samej muzyki, mając więzy krwi, to ma ogromne znaczenie dla soundu, i to jest niepodrabialne. To jest nie do wypracowania później nawet z najlepszym muzykiem. Widać to bardzo dobrze na przykładach innych braterskich duetów, jak na przykład bracia Van Halen, Cavalera, czy Duplantier. To jest dokładnie to samo, co ja miałem z Witkiem, czyli takie totalne połączenie. Także myślę, że moglibyśmy wypracować wspólnie coś wspaniałego. Ciężko jest też mówić o tym, co by było, gdyby. Ja od czasu do czasu wracam do tego i myślę o tym, i użalam się nad tą sytuację, bo wiem, że to by było naprawdę coś wyjątkowego. Pomimo tego, że jestem bardzo zadowolony z tego, jak gramy, jak brzmimy, jestem zadowolony z tego składu zespołu w tym momencie, ale jednak straciłem pewien element, który też od początku zdecydował, dlaczego ten zespół wyszedł z podziemia i dlaczego zaistniał. Ten element straciliśmy nieodwracalnie wraz ze śmiercią Witka.

Najbardziej wyczekiwane koncerty rockowe i metalowe w Polsce w 2026 roku

Niewielu polskim zespołom, tak jak Wam, Vaderowi czy Behemothowi udało się wypłynąć na szerokie wody i zdobyć międzynarodowe uznanie. Z drugiej strony w kraju gracie raczej rzadko i choć scena metalowa w Polsce cięgle rośnie, to liczbę polskich kapel na festiwalach można niemalże policzyć na palcach jednej ręki. Jak myślisz, z czego to wynika? Czy masz wrażenie, że rodzime formacje są w Polsce traktowane nieco po macoszemu? Przecież wiele zagranicznych zespołów gra u nas nawet kilka razy w roku.

Vogg: Mówi się, że w domu cię nie docenią, a docenią cię obcy i coś w tym na pewno jest. Zawsze ta trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie. I faktycznie można zauważyć, że to trochę działa w ten sposób. Aczkolwiek to nie jest powód, dla którego ostatnio rzadziej pojawiamy się w kraju, bo zazwyczaj graliśmy często. Kilka lat wcześniej graliśmy regularnie trasy w Polsce i graliśmy nie tylko w głównych miastach, ale także w mniejszych miejscowościach i mniejszych klubach. Ostatnio rzeczywiście zaczęliśmy grać mniej z jakiegoś powodu. Nie wiem, bardziej jeździmy na Zachód, na południe Europy, czy do Stanów, Kanady, a tutaj pojawiamy się tak okazjonalnie, bardziej jako część większej trasy europejskiej. Powiem szczerze, że jak przyjeżdżamy z częścią trasy europejskiej, to na pewno wtedy jest to mocniejszy skład. Możemy liczyć na większy koncert, na większą frekwencję, dlatego że mamy mocniejszy pakiet, który składamy dużo wcześniej i myślimy, jak złożyć ten pakiet zespołów w kontekście całej Europy i myślę, że jest to jakoś ciekawsze dla fanów w Polsce. Stricte taką trasę w Polsce, myślę, że zagramy w przyszłym roku. Może nie jakąś długą, ale podejrzewam, że będzie kilka koncertów. Te ostatnie koncerty w Krakowie i Warszawie (odbyły się w maju 2025 roku – red.) były genialne i zauważyłem, że przez ostatnie kilka lat przybyło nam więcej fanów – młodych fanów, takich w zasadzie dzieciaków, które przychodzą na te koncerty. To też pokazuje, że ta muzyka ciągle trafia do ludzi, że pojawiają się nowi fani, dzieciaki, które tego słuchają, dla których my już jesteśmy takim trochę starszym zespołem. Szczerze mówiąc, jak my weszliśmy na scenę w 2000 roku z pierwszą płytą i pojawiliśmy się od razu na okładce „Thrash'em All” i mieliśmy taki hype tutaj w Polsce, to ja pamiętam, że to nie było też tak zbyt dobrze odebrane. Ja wtedy tego tak nie ogarniałem, nie rozumiałem tej sytuacji, ale wiem teraz po latach, że to było traktowane na zasadzie: „Ooo, jacyś młodzi kolesie, nie wiadomo skąd, pojawili się i nagle są na okładce „Thrash'em All”, grają na dobrych pozycjach na koncertach, grają trasę z Vaderem, grają poza Polską, w Europie, już mają deal z angielską wytwórnią”. Ja wyczułem, że to chyba, musiała się pojawić jakaś taka zazdrość, coś, co mogło się nie spodobać starszym kolegom, którzy już od wielu lat byli na scenie, a tutaj nagle my robimy jakieś „rozpierduchę”.

Pozostańmy w temacie młodych zespołów. Śledzisz trochę to, co dzieje się obecnie na polskiej scenie metalowej? Widzisz jakieś potencjalne kapele, które mogłyby powtórzyć Wasz sukces?

Vogg: Są ludzie w zespole, którzy bardziej się tym interesują i śledzą to naprawdę wnikliwie. Wiem, że jest dość mocna scena doomowa, jest trochę black metalu. Nie mogę się wypowiedzieć za bardzo, ale wydaje mi się, że jest dużo takiej alternatywnej sceny metalowej. Nie powiem, Furia czy Mgła, bo to już nie są młode zespoły. Mgła jest rozpoznawalna za granicą, Furia bardzo dobrze sobie radzi w Polsce, ale to już nie jest młody zespół. Nawet się posiłkuję plakatem festiwalu teraz... Czerń to jest też ciekawy zespół, Hostia także. Ten poziom polskiej sceny metalowej jest dosyć wysoki. Czy te zespoły mają to coś, żeby wybić się za granicę, żeby zdobyć wytwórnię zagraniczną, agencję koncertową i pchać to dalej za granicą? Czy mają też tyle determinacji w sobie? To już jest inna historia. Ale sama scena jako taka, wydaje mi się, jest na całkiem niezłym poziomie.

Na przestrzeni lat w Waszych szeregach zaszło wiele zmian personalnych. W 2024 roku po prawie 15 latach odszedł Rasta, który był z Wami od momentu reaktywacji zespołu, co dla wielu z pewnością było swoistym szokiem. Wówczas na chwilę w składzie pojawił się Wasz pierwszy wokalista Wojciech „Sauron” Wąsowicz, co z kolei było miłym zaskoczeniem dla fanów Waszej wczesnej twórczości. Nie myśleliście wtedy, aby ponownie zacząć działać wspólnie?

Vogg: On tylko gościnnie zaśpiewał na jednym koncercie i zupełnie nie braliśmy takiej opcji pod uwagę, ponieważ on nie jest zainteresowany powrotem do zespołu. Od czasu do czasu gdzieś tam się pojawiał albo gościnnie, albo na przykład z zespołem Masachist parę lat temu, ale raczej już nie jest aktywnym muzykiem, który regularnie koncertuje. Już w momencie, kiedy odchodził ze zespołu, to było lata temu, w 2005 chyba, to już wtedy stwierdził, że nie chce w ten sposób egzystować. Nie chce żyć na walizkach, w autobusie i tak dalej. Więc to nie jest jakby coś, co on widzi jako część swojego życia, jako jego sposób na życie. I to się nie zmieniło po tym gościnnym występie z nami. Dlatego nawet nie było żadnych podchodów czy rozmowy na ten temat. To był tylko gościnny udział, bo graliśmy taki specjalny set na jednym z festiwali w Birmingham, podczas którego prezentowaliśmy całą płytę „The Negation” (wydany w 2004 roku 3. album studyjny Decapitated – red.). Wojtek wystąpił tam jako gość specjalny w kilku utworach. Ten koncert był zarazem debiutem naszego nowego wokalisty, Eemeli Bodde, który jest Finem. Trzeba przyznać, że nie miał lekkiego zadania, żeby na pierwszym koncercie wykonać całą płytę „The Negation”, nauczyć się tego. Plus jeszcze dodatkowe numery, cały set 75 czy 80 minut, czyli sporo materiału na dzień dobry. Gdzie wiadomo było, że ktoś to nagra i zaraz będzie ocenianie, co akurat w pełni akceptuję i rozumiem. Stąd też zaproszenie Saurona na ten koncert.

Powiedz, jak doszło do tego, że to właśnie on dołączał do Decapitated? Ja go znam z zespołu Mors Subita z Finlandii, gdzie wykonywał kawał dobrej roboty i jak ogłosiliście, że to on będzie nowym wokalistą, to byłam przekonana, że znakomicie się w tej roli spełni.

Vogg: Tak, zgadza się, on był w tym zespole. Przyznam, że znalezienie wokalisty było dla mnie niełatwym zadaniem.

Szukałeś kogoś w Polsce, czy w ogóle nie myślałeś w kategoriach lokalizacji, kiedy rozglądałeś się za wokalistą?

Vogg: Zastanawiałem się nad różnymi opcjami. Wiadomo, najlepiej byłoby znaleźć kogoś w Polsce. Oczywiście, to nie było tak, że ja chcę mieć kogoś zza granicy, ale nie mogłem nikogo znaleźć, nie widziałem nikogo, nie znałem nikogo w kraju, kto mógłby do nas dołączyć. Nawet sprawdzałem, chodziłem po koncertach takich mniejszych zespołów, które ściągają po 30 osób w jakichś piwnicach w Krakowie. Sprawdzałem jakieś młodsze, też totalnie undergroundowe kapele w Krakowie. Zacząłem sprawdzać wszystkie plakaty festiwalowe i wszystkie nazwy europejskie w poszukiwaniu wokalisty. To jest bardzo ciężkie zadanie, żeby znaleźć frontmana, do zespołu, który musi mieć frontmana. Frontmana, który już ma jakąś wypracowaną pozycję, jakąś wypracowaną charyzmę sceniczną, jakieś doświadczenie, no i przede wszystkim dobry wokal. Więc to jest arcytrudne zadanie, bo trzeba znaleźć w jednej osobie wiele składników. Ale zacząłem szukać i dodatkowo nie miałem dużo czasu też, bo już mieliśmy na horyzoncie te zabookowane koncerty, których nie chcieliśmy odwołać. Więc tak wertowałem, spotify'a, plakaty festiwalowe, sprawdzałem każdy możliwy pojedynczy zespół, oczywiście z Europy, bo nie brałem pod uwagę Stanów ani Kanady, bo jednak odległość tutaj stanowi problem, a Europa jest teraz dla nas otwarta, więc tutaj nie ma problemu, żeby ktoś wsiadł do samolotu i był w godzinę lub dwie w Krakowie. Więc na początku poszukiwań miałem kilku wokalistów z Danii. Jeden z nich już prawie był zdecydowany, później jednak zrezygnował. Nazwa jego zespołu była jednocześnie, jak się okazało, tytułem jednego z utworów Mors Subita. Wpisałem w YouTube'a nazwę tej duńskiej kapeli, niestety nie mogę przypomnieć sobie jej nazwy w tym momencie, gdyż było to już jakiś czas temu, ale nazwa tej kapeli była tytułem jednej z piosenek zespołu, w którym był Eemeli (najprawdopodobniej chodzi o duński zespół Blood Eagle. Utwór o tym tytule znajduje się na wydanym w 2023 roku krążku Mors Subita zatytułowanym „Origin of fire” – red.). Wtedy właśnie wyskoczył mi ten numer na YouTube'ie w wersji live, gdzie Eemeli był nagrany ze sceny i akurat wykonywał numer, który był taki trochę Decapowy, można powiedzieć. Więc od razu zwrócił moją uwagę, bo był precyzyjny, miał dobry wokal, dobrze prezentował się na scenie. I mówię: „Może trzeba będzie do niego napisać?”. Napisałem do niego i zaczęliśmy rozmawiać, wysłał mi swoje nagrania, a że jest bardzo ogarniętym człowiekiem i szybkim, jeśli chodzi o jakieś działania i uczenie się, to cała akcja poszła bardzo sprawnie. Dodatkowo okazało się, że to jest mega inteligentny, otwarty i przyjazny człowiek, z którym mam, ze wszystkimi mam dobry kontakt, ale mam z nim bardzo dobre porozumienie. Naprawdę miałem bardzo dużo szczęścia i teraz skupiamy się na tym, aby iść do przodu.

Mówiąc o tym parciu do przodu, niedawno wrzuciliście na Wasze Social Media informację o koncertach, które zagracie przed wejściem do studia, więc wszystko wskazuje na to, że długi okres wyczekiwania na Waszą kolejną płytę („Cancer Culture” ukazał się na rynku w 2022 roku – red.) niebawem dobiegnie końca. Czy możesz nam nieco opowiedzieć o nadchodzącym krążku?

Vogg: Tak, zgadza się, wchodzimy do studia. Nowy album z pewnością ukaże się pięć lat od momentu wydania ostatniego krążka. Mam już skończonych kilka numerów w tym momencie, jeszcze pracuję nad ostatnimi – dwa, może trzy numery jeszcze muszę zrobić… Zbieram pomysły, dużo teraz gramy, jeszcze z Machine Head byłem na trasie i też zbierałem podczas tej trasy pomysły gdzieś po hotelach, po backstage'ach. Jeżeli mam czas, to się rozstawiam z jakimś nagrywaniem i sobie tam zbieram pomysły. Więc tych pomysłów mam już dosyć dużo. Najtrudniejszy etap to jest zaaranżowanie tego i zlepienie tego w całość i nad tym się teraz aktualnie męczę, aczkolwiek na trasie tego nie robię. Po tej trasie zostanie mi jeszcze kilka miesięcy na zakończenie i zamknięcie tego albumu.

Mówisz o tym nieustannym zbieraniu pomysłów i poszukiwaniu inspiracji. Na przestrzeni lat z pewnością stworzyłeś mnóstwo riffów i różnych kompozycji, które nie ujrzały światła dziennego. Czy wracasz czasami do tych pomysłów przy pracy nad nowym materiałem, czy raczej proces tworzenia każdego nowego krążka rozpoczynasz od czystej karty?

Vogg: Zdecydowanie traktuję to jako czystą kartę. Nie mam tak, że wymyśliłem jakiś sprawdzony patent, chociaż może powinienem, bo mogłoby mi to ułatwić życie. Praca twórcza to jest jednak bardzo ciężka praca umysłowa. Najtrudniejsze też jest znalezienie przestrzeni i czasu na to, żeby nic cię nie odrywało od tego zadania, co jest dzisiaj niezwykle ciężkie. Co chwilę jest jakiś telefon, jakaś wiadomość. Ja mam też dwójkę dzieci i ciągle walczę o to, żeby wyłuskać z rzeczywistości codziennej ten spokój, który jest niezbędny do komponowania muzyki. Nie jestem też jedną z tych osób, która ustala, że nie interesuję się całą resztą i tylko siedzę w jednym pokoju od tej do tej i proszę do mnie się nie odzywać, nie pukać do drzwi itp. Mam jakieś swoje inne obowiązki i walczę o to, aby sobie zorganizować jakieś środowisko do pracy twórczej.

Proces kreatywny bywa bardzo skomplikowany, złożony i czasochłonny, to fakt.

Vogg: Jest przede wszystkim nudny i ciężki, bo przez wiele godzin siedzisz i na przykład wychodzisz z pokoju z niczym i powtarzasz albo słuchasz w kółko trzech tych samych motywów i zastanawiasz się, co z nimi zrobić, aby jakoś dalej poprowadzić tę kompozycję. Czasami to jest nudne i frustrujące. Czekasz na ten moment, kiedy „wskakuje to coś”, pojawia się ta magia i wtedy można lecieć dalej.

Nawiązując do tej złożoności procesu kreatywnego i trudności z nim związanych. Jeśli miałbyś wymienić album lub albumy Decapitated, które były dla Ciebie największym wyzwaniem pod względem kompozycyjnym, to które by to były i dlaczego?

Vogg: Były to różne przeszkody w zależności od albumu. Na przykład album „Blood Mantra” (6. album studyjny wydany w 2014 roku – red.) był dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. Pisałem pierwszy raz samodzielnie bębny do tego albumu na programie, musiałem się tego nauczyć, więc to był pierwszy taki challenge dla mnie. Później w studiu te utwory były trochę już inaczej komponowane i to był ten punkt, gdzie zmieniłem zupełnie kierunek. Czułem pewne ryzyko, nie wiedziałem, czy nie jest to zbyt duża zmiana, zastanawiałem się, jak to zostanie odebrane. Chociaż zazwyczaj nie powinno się przejmować takimi rzeczami, jak coś będzie odebrane, powinno się bazować na swojej intuicji. To był ciężki czas i ciężki okres w studiu, bo z jakiegoś powodu trochę się męczyliśmy i z wokalami, i z gitarami. Oczywiście do tego wszystkiego doszła ambicja, wysoko zawieszona poprzeczka, chęć zadowolenia własnych oczekiwań. Pamiętam, że była to ciężka sesja i ciężki mix również, ale jakoś w końcu spięliśmy to w całość i wyszło ok. Myślę teraz z perspektywy czasu, że może było tam o jedną kompozycję za dużo, zbyt wiele rzeczy, których w ogóle nie powinno tam być, które nie musiałyby się pojawić, a zamęczyły nas trochę. Nie wiem, dlaczego tak się stało, może dlatego, że wcześniej graliśmy z Meshuggah dwie trasy i wpłynęło to na nas jakoś, na sposób słuchania, na sposób analizowania numerów, na komponowanie. Więc gdzieś te wpływy zawiesiły nam wyżej poprzeczkę, do której musieliśmy dociągnąć. Za każdym razem musieliśmy dociągnąć do pewnej poprzeczki, przeskoczyć na wyższy poziom, więc to też z pewnością miało wpływ na to, iż była to ciężka sesja. Nagrywanie „The Negation” było ciężką sesją dla mnie, bo wtedy byłem na studiach, kompletnie nie miałem warunków do pisania, dzieliłem mieszkanie z moim jednym ziomkiem w jakiejś przestrzeni wielkości tego pokoju (mniej więcej 2x2 metry – red.). Plus byłem cały czas, jakby to powiedzieć w delikatny sposób... takim trochę gościem, jak to mawiają, który „chodzi po mieście cztery centymetry ponad chodnikiem”. Więc w ogóle zorientowałem się, na jakiś miesiąc przed wejściem do studia, że ja mam płytę nagrywać, a nie miałem prawie materiału. Bardzo mnie ta sesja stresowała. Dodatkowo byłem także w nie najlepszym momencie psychicznym i mocno korzystałem z uroków życia studenckiego. Ale np. sesja „Antikult” (wydany w 2017 roku – red.) fajnie poszła, podobnie jak „Cancer Culture”. Myślę, że to jest tak, że człowiek nabiera doświadczenia. Dążysz do tego, żeby sesje nie były jakąś katorgą, tylko czymś nawet przyjemnym, z pozytywnym procesem twórczym.

Ostatnie pytanie, które na pewno nurtuje bardzo wielu. Wspominaliśmy Twoje występy z Machine Head. Niedawno po raz kolejny z nimi zagrałeś na europejskiej trasie, choć w 2024 roku oficjalnie się z nimi pożegnałeś. Czy tym razem kończysz ten etap definitywnie?

Vogg: Ja się z nimi żegnam i wracam. Nie mówię, że to już definitywnie i na zawsze. Wziąłem sobie wszystkie te ubrania koncertowe. Zostawiłem je sobie, więc jakby co, to będę je miał. Oni wiedzą, że zawsze mogą zadzwonić. Rob bardzo by chciał, żebym ja był w zespole na stałe.

Nie brałeś tego nigdy pod uwagę?

Vogg: Brałem i próbowałem łączyć dwa zespoły, ale się po prostu nie dało, bo ciągle nachodziły na siebie koncerty, trasy. Po prostu coś było kosztem czegoś, a ja nie chcę poświęcać Decapitated dla Machine Head. Pomimo tego, że grając w Machine Head masz fajne pieniądze, masz fajne warunki, masz rockstarowe warunki do grania, do jeżdżenia w trasę. Grasz na największych festiwalach w Europie jako headliner, nie musisz się o nic martwić, masz wszystko, masz po prostu, jak żartujemy „rockstar sh*t”. To jest totalnie rockstarowe środowisko, w dobrym tego słowa znaczeniu, jeśli chodzi o warunki pracy. To jest wymarzona pozycja dla kogoś, kto jest gitarzystą i gra metal. Granie w Machine Head to jest po prostu spełnienie marzeń. Dla mnie to było spełnienie marzeń. Ja uwielbiam grać w tym zespole i czuję się tam po prostu znakomicie. Wychodzisz na scenę, przed liczną publiczność, przed fanów, którzy przychodzą właśnie na ten zespół i cała sala śpiewa, to jest coś niesamowitego. Uwielbiam ten zespół, uwielbiam grać w Machine Head, ale niestety, czasami trzeba w życiu dokonać wyboru i na ten moment schodzę nieco niżej, ale ze swoim zespołem.

Co nie oznacza, iż spadasz w muzycznej hierarchii, bo Decapitated nadal należy do grona kapel szanowanych na świecie, a Ty jesteś takim Lewandowskim metalowej sceny.

Vogg: Muszę to zaznaczyć, żeby trochę połechtać swoje ego, że chyba po Pawle Mąciwodzie, który gra w Scorpionsach, to jestem na drugim miejscu jeśli chodzi o hierarchię polskich muzyków w światowej klasy kapelach. Cieszę się, że chłopakowi z Krosna, i w ogóle komuś z Polski, udało się dotrzeć do takiego poziomu, bo nie jest łatwo sprostać oczekiwaniom tak wymagających zespołów jak Machine Head. Więc podsumowując, nie żegnam się definitywnie z Machine Head, drzwi mam otwarte, więc zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Zobacz zdjęcia z 1. dnia Mystic Festival 2026, podczas którego wystąpił zespół Decapitated.