Jak żegnać się ze Stocznią, to dokładnie w takim stylu! Choć każdego roku organizatorzy ściągają na festiwal wielkie gwiazdy, to piąta i zarazem ostatnia edycja na terenie industrialnej Stoczni Gdańskiej z pewnością przejdzie do historii. Kiedy około godziny 14 wchodziłam na teren festiwalu, przed główną bramą ustawiła się już długa kolejka, która sięgała parkingu. Wielu opracowywało strategię dobiegnięcia do sceny głównej i zajęcia najlepszego miejsca, w końcu tego dnia na Main Stage czekała na nas prawdziwa trashowa uczta, którą zakończył koncert legendy gatunku – Megadeth. Choć najprawdopodobniej był to ostatni koncert ekipy Dave’a Mustaine'a w naszym kraju, to w oczach fanów nie było widać smutku, a raczej wdzięczność za wszystkie wydane płyty i możliwość zobaczenia zespołu na żywo raz jeszcze.
Jednym z najciekawszych momentów czwartku okazał się być indyjski fenomen Bloodywood. Muzycy pojawili się na Park Stage późnym popołudniem i od pierwszych sekund pokazali, dlaczego są dziś jednym z najciekawszych zespołów współczesnej sceny metalowej. Połączenie groove metalu, nu metalu, rapu oraz tradycyjnych indyjskich instrumentów zabrzmiało niezwykle świeżo. Publiczność, początkowo jeszcze rozproszona pomiędzy scenami, błyskawicznie zgromadziła się pod estradą, wypełniając także niemalże całą przestrzeń wokół i skandując nazwę zespołu. Choć dla wielu Bloodywood może zdawać się być jedynie egzotyczną ciekawostką przywiezioną do Europy, to podczas koncertu zdecydowanie było widać, iż formacja, która istnieje od dziesięciu lat, przyciągnęła wierną rzeszę fanów. Rysem charakterystycznym formacji z New Dehli jest rytm i brzmienie bębna dhol. To nieoczywiste połączenie z ostrymi gitarowymi riffami Karana Katiyara sprawia, iż ich muzyka brzmi nie tylko potężnie, ale również działa na zmysły i emocje. Wyjątkowa jest nie tylko muzyka formacji, ale także ich wizerunek. Bloodywood pozostając wierni swojej kulturze i ojczyźnie, występują na scenie w tradycyjnych indyjskich strojach z metalowym akcentem. Od chwili, gdy pojawiają się na scenie, energia jest wręcz elektryzująca. Zespół nie traci ani chwili na zbędne wprowadzenie i od razu serwuje swoją charakterystyczną mieszankę ciężkich riffów, potężnych bębnów oraz tradycyjnych indyjskich instrumentów. Wokalista, Jayant Bhadula z ogromną swobodą wykonuje zarówno tradycyjne indyjskie partie, śpiewając czystym wokalem, jak i agresywne growle. Od pierwszej minuty całkowicie panuje nad publicznością, angażuje i zachęca ją do wspólnej zabawy i widać, że sam bawi się równie dobrze jak publiczność, a taka energia jest zawsze zaraźliwa. Występ Bloodywood był z pewnością jednym z najciekawszych doświadczeń tegorocznej edycji Mystic Festivalu.
Polecany artykuł:
Overkill – thrash metal w najczystszej postaci
Tego dnia na Main Stage trwało prawdziwe święto amerykańskiego thrashu. Pierwsza na scenę wkroczyła Heathen, a kolejną gwiazdą na scenie głównej byli weterani z Overkill. Już sam widok Bobby'ego "Blitza" Ellswortha wywołał entuzjazm publiczności. Charyzmatyczny frontman mimo upływu lat nadal imponuje energią, której mogliby pozazdrościć mu znacznie młodsi wokaliści. Overkill nie zamierzał bawić się w sentymentalne wspominki – od początku postawił na bezpośredni atak. W Gdańsku usłyszeliśmy takie trashowe hymny, jak „Rotten to the Core”, „Hello From the Gutter” czy „Elimination”. Nie zabrakło również „Ironbound” oraz „Electric Rattlesnake”, a także numerów z wydanego w 2023 roku albumu „Scorched”, jak tytułowy „Scorched” czy „The Surgeon”. Zespół zaprezentował koncert oparty na szybkości, agresji i klasycznych thrashowych riffach, czyli wszystkim tym z czego są od lat doskonale znani. Pod sceną natychmiast pojawiły się większe młyny, a kolejne utwory przyjmowane były z entuzjazmem przez publiczność, która doskonale znała repertuar Amerykanów. To nie był najbardziej spektakularny występ dnia pod względem produkcyjnym, ale prawdopodobnie jeden z najbardziej autentycznych. Overkill przypomniał wszystkim, dlaczego pozostaje jednym z najważniejszych przedstawicieli złotej ery thrash metalu. Co ciekawe pierwsze rzędy wypełnione były młodszymi uczestnikami, możliwe, iż wygrali oni wyścig do barierki ze starszymi kolegami, którzy pamiętają zespół z czasów, kiedy tych młodszych nie było jeszcze na świecie.
Decapitated – polska siła rażenia
Jeżeli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości, że Decapitated należy do światowej ekstraklasy death metalu, koncert na Park Stage rozwiał je całkowicie. Od pierwszych dźwięków uderzyła perfekcyjna selektywność brzmienia. Gitara Vogga brzmiała potężnie, sekcja rytmiczna pracowała niczym precyzyjna maszyna, a całość miała charakterystyczną dla zespołu „mechaniczną”, niemal futurystyczną brutalność. Publiczność reagowała natychmiast. Mosh pity pojawiały się jeden za drugim, a pod sceną można było zobaczyć zarówno wieloletnich fanów pamiętających początki grupy, jak i młodszych słuchaczy poznających polską legendę ekstremalnego metalu. Co ciekawe, zawsze spotykam osoby, które są zdziwione faktem, iż zespół jest z Polski i nie chodzi jedynie o to, że jego wokalistą obecnie jest znany z fińskiej formacji Mors Subita – Eemeli Boode, ale o fakt, iż Decapitated od lat prezentuje brzmienie przepełnione technicznym kunsztem, łamiącą kości brutalnością i precyzją na najwyższym światowym poziomie. Decapitated podczas Mystic Festivalu świętowali 30-lecie istnienia formacji i od pierwszych minut porwali publiczność niszczycielską intensywnością doskonale naoliwionej maszyny. Nie było zbędnych przemówień czy przestojów, ale nieustający młyn, który także kręcił się od pierwszych minut na wypełnionej po horyzont Park Stage i przestrzenie wokół niej. Wokalista Eemeli Boode zachwycił nie tylko przeszywającymi na wskroś wokalami, ale również znajomością języka polskiego. Podczas koncertu widać było także jego uznanie dla kunsztu kompozytorskiego i gitarowej wirtuozerii Vogga, który od trzydziestu lat na swoich barkach dźwiga ciężar Decapitated, wskazując na niego podczas niemalże każdej wygrywanej przez niego solówki. Występ założonej w 1996 roku w Krośnie formacji udowodnił, że Decapitated słusznie zajmują miejsce w czołówce technicznego metalu.
Cavalera – Chaos A.D. wraca do życia
Jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń dnia był występ braci Cavalera poświęcony legendarnemu albumowi „Chaos A.D.”. Dla wielu uczestników był to powrót do jednego z najważniejszych wydawnictw w historii metalu lat dziewięćdziesiątych. Przed rozpoczęciem koncertu publiczność głośno skandowała nazwisko braci Cavalera, a następnie „Sepultura”. Nic dziwnego, ponieważ dla wielu zespół ten, który w tym roku oficjalnie kończy swoją czterdziestoletnią przygodę, zakończył się wraz z odejściem Maxa i Igora Cavalerów. Koncert miał wyjątkowy charakter. Nie był jedynie odgrywaniem klasycznego albumu. Był celebracją epoki, która zmieniła oblicze ciężkiej muzyki. Każdy riff, każdy groove i każdy refren wywoływały natychmiastową reakcję publiczności. Podczas tego wieczoru usłyszeliśmy z pełną mocą cały krążek, w nieco zmienionej kolejności utworów. Największe emocje wzbudzały oczywiście najbardziej rozpoznawalne fragmenty „Chaos A.D.”, czyli rozpoczynający set „Refuse/Resist”, „Slave New World”, „Territory” i coveru "The Hunt", który w oryginale wykonuje New Model Army. W trans natomiast wprowadził wszystkich zagrany akustycznie utwór „Kaiowas”, podczas którego Max poprosił publiczność o zaświecenie latarek w telefonach. Tłum śpiewał praktycznie każdy kawałek i w oczach zgromadzonych Cavalera Conspiracy na nowo stawał się Sepulturą. Max Cavalera pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych frontmanów w historii gatunku i kolejny raz udowodnił, że jego kontakt z publicznością jest niemal instynktowny, a jego wokal i sceniczna energia na przestrzeni lat nie straciły na brutalności. Tego dnia w naszym wywiadzie Vogg wspomniał o braterskiej sile i harmonii, która napędzała Decapitated, i patrząc na Maxa i Igorra Cavalerę doskonale widać tę synchronizację i połączenie, które naturalnie jest zawiązane przez więzy krwi, bo bracia Cavalera zdecydowanie najlepiej brzmią, kiedy występują wspólnie. Szczególne uznanie należy się Igorowi Cavalerze – ten człowiek nadal jest prawdziwym potworem za bębnami. Występ Cavalera był surowy, ciężki i niezwykle emocjonalny, a dla wielu fanów był to jeden z najważniejszych koncertów nie tylko pierwszego dnia, ale i całego festiwalu.
Polecany artykuł:
Anthrax – niespożyta energia, która napędza trashową scenę od dekad
Po mrocznej intensywności Cavalery na Main Stage zameldowali się przedstawiciele Wielkiej Czwórki Thrash Metalu, czyli Anthrax i od pierwszej nuty kultowego „Among the Living” przejął kontrolę nad publicznością. Co ciekawe, Anthrax ostatni raz miałam okazję zobaczyć w 2016 roku w Finlandii na festiwalu Tuska i szybko przekonałam się, że mimo upływu lat formacja nadal jest w znakomitej formie, a scenicznej energii mógłby im pozazdrościć niejeden nastolatek. Joey Belladonna pokazał, że nadal znajduje się w znakomitej formie, także wokalnej, a Scott Ian tradycyjnie pełnił rolę głównego dowódcy całego zamieszania, a Frank Bello był jak zwykle opętany żywiołem muzycznego ciężaru. Anthrax zaserwował nam potężną dawkę utworów ze złotej ery trashu, jak „Madhouse”, „Metal Thrashing Mad”, a kiedy zagrali „Caught in a Mosh”, moshpit trwał już od dawna. Nie zabrakło także kawałka „For The Kids”, który jest zapowiedzią 12. albumu studyjnego grupy brzmiącego nieco niepokojąco, bo „Cursum Perficio”, co z łaciny oznacza „Doprowadzam do końca moją podróż”. Między utworami nie brakowało znakomitego kontaktu z fanami oraz żartów. Kiedy publiczność głośno skandowała „Napie*dalać”, Scott Ian powiedział: „Mój dziadek był Polakiem i on by wiedział, co krzyczycie”. Muzycy nie potrzebowali jednak zachęty, ponieważ ani na moment nie odpuszczali pod względem intensywności, a publiczność odwdzięczyła się im wspólnym, chóralnym śpiewaniem refrenów i nieustannym skandowaniem nazwy zespołu. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby koncert odbywał się w rodzinnym Nowym Jorku, a nie w Gdańsku.
Megadeth – wielki finał pierwszego dnia
Gdy zbliżała się godzina 23:00, większość uczestników festiwalu skierowała się pod Main Stage. W końcu na scenę miał wejść jeden z najważniejszych zespołów w historii metalu – Megadeth. Pojawienie się na scenie osoby, która zbudowała podwaliny trashu, czyli Dave'a Mustaine'a wywołało ogromny aplauz. Niezależnie od wszelkich dyskusji dotyczących współczesnej formy zespołu, trudno znaleźć artystę, który odcisnął równie mocne piętno na historii thrash metalu. Koncert został przygotowany z rozmachem. Potężne oświetlenie, świetne nagłośnienie i znakomicie wyeksponowane partie gitarowe sprawiły, że każdy utwór brzmiał monumentalnie. Formacja rozpoczęła swój występ od kawałka „Tipping Point” pochodzącego z ostatniego albumu studyjnego „Megadeth”, który na rynku ukazał się w styczniu 2026 roku i zapowiada zejście ze sceny legendarnej formacji. Jest to zarazem pierwszy (i jedyny) album, na którym zagrał fiński gitarzysta Teemu Mäntysaari. Choć utwór ten został przyjęty z ogromnym entuzjazmem, to ekstaza opanowała publiczność podczas kultowego „Hangar 18”, który wybrzmiał jako drugi w kolejności. Raczej nie dziwi fakt, iż to właśnie klasyczne kompozycje Megadeth, jak chociażby „Peace Sells”, „Sweating Bullets”, „Tornado of Souls” czy „She-Wolf” wywoływały największe emocje. Pod sceną można było zobaczyć zarówno fanów pamiętających lata osiemdziesiąte, jak i nastolatków, którzy być może widzieli na Mysticu legendę na żywo po raz pierwszy i bardzo prawdopodobne, że zarazem ostatni. Podczas koncertu zespół otrzymał także Złotą Płytę za swój ostatni krążek, co było znakomitym uhonorowaniem ich wieloletniej kariery. Megadeth nie musiał nikomu niczego udowadniać, wystarczyło, że wyszli na scenę i przypomnieli repertuar, który od dekad kształtuje historię gatunku. Dave może nie brzmi już najlepiej, za to gitarowej wirtuozerii nie można mu odmówić. Na wyróżnienie zasługuje również Teemu Mäntysaari, którego w przeszłości wielokrotnie widywałam na koncertach w Finlandii z Wintersun, który czarował nas gitarowymi solówkami. Gdy koncert dobiegł końca, wielu uczestników zgodnie uznało go za najważniejsze wydarzenie całego festiwalu.
Kiedy większość uczestników kończyła thrashowe święto pod Main Stage, część publiczności skierowała się pod Desert Shrine, gdzie czekał na nich wyjątkowy koncert. Tides From Nebula zaprezentowali całkowicie odmienną estetykę od wszystkiego, co dominowało tego dnia. Zamiast wokalnej agresji pojawiły się rozbudowane instrumentalne kompozycje, przestrzeń i emocje budowane wyłącznie za pomocą dźwięków. Był to idealny koncert na późną noc. Hipnotyczne melodie, post-rockowe narastanie napięcia i perfekcyjnie zsynchronizowane wizualizacje tworzyły atmosferę niemal medytacyjną. Po całym dniu spędzonym wśród blastów, thrashowych riffów i mosh pitów, występ Tides From Nebula zadziałał na nas jak odprężające SPA przed kolejnymi, równie intensywnymi festiwalowymi dniami. Maciej Karbowski zażartował, że mocno się zdziwili, że gdy podnieśli głowy znad klawiszy, zobaczyli, że pod sceną zgromadziło się wiele osób, bo przyznali, że się tego nie spodziewali. Tides From Nebula nie potrzebują bombastycznych riffów czy wykrzykiwanych manifestów ze sceny, ich muzyka porywa serca i dusze nastrojową, niemal filmową podróżą i właśnie to było siłą tego występu.
Pierwszy oficjalny dzień Mystic Festivalu 2026 pokazał wszystko, co od lat stanowi o wyjątkowości tej imprezy, czyli genialną podróż przez różne etapy i gatunki metalowego świata, tak doskonale ze sobą współbrzmiących. Bloodywood dostarczył świeżości i energii, Overkill przypomniał o korzeniach thrashu, a Decapitated udowodnił światową klasę polskiego death metalu. Natomiast bracia Cavalera przenieśli nas z powrotem do najlepszego momentu w dziejach muzyki, czyli kultowego „Chaos A.D.”. Przed nami jeszcze dwa dni festiwalu, podczas których również trudno będzie złapać oddech, bo czekają nas jeszcze koncerty Black Label Society, Down, Electric Wizard, Behemotha, Mastodona czy The Gathering.