Ekstremalny sprzęt Steviego Raya Vaughana. Dlaczego legendarny gitarzysta musiał sklejać palce klejem błyskawicznym?

Stevie Ray Vaughan przeszedł do historii jako jeden z najwybitniejszych gitarzystów bluesowych, ale jego unikalne brzmienie wymagało ogromnych poświęceń fizycznych. Muzyk używał ekstremalnie grubych strun, które podczas intensywnych koncertów dosłownie rozrywały skórę na jego opuszkach. Aby dokończyć występy, artysta musiał ratować się drastycznymi metodami polegającymi na sklejaniu ran klejem błyskawicznym.

Gitarzysta Stevie Ray Vaughan w kapeluszu i zdobionej koszuli stoi między kolegami. O artyście czytaj na EskaRock.
Autor: CC0 1.0
Muzyka rockowa lat 90-tych - zagranica. Kultowe krążki z tego okresu

Struny jak kable od basu. Jak Stevie Ray Vaughan szukał potężnego brzmienia?

Stevie Ray Vaughan był znany z tego, że nie uznawał kompromisów, jeśli chodzi o brzmienie swojej gitary. Podczas gdy większość rockowych muzyków używa zestawów strun o grubości 0.009 lub 0.010, SRV zakładał do swojego słynnego Fendera Stratocastera, nazywanego "Number One", struny zaczynające się od rozmiaru 0.013, a czasem nawet 0.018. Najgrubsza struna w jego zestawie miała wymiar 0.058, co zbliżało ją do parametrów gitary basowej. Takie rozwiązanie pozwalało mu uzyskać niezwykle gruby, tłusty ton, ale wiązało się z ogromnym oporem fizycznym instrumentu. Aby struny mogły swobodnie wibrować i nie obijać się o progi przy jego potężnym ataku kostką, muzyk ustawiał je bardzo wysoko nad podstrunnicą.

Gra na tak skonfigurowanym sprzęcie przypominała fizyczną walkę. Nawet strojenie gitary o pół tonu w dół, co miało nieco zmniejszyć napięcie, nie pomagało przy jego agresywnym stylu. Vaughan uderzał w struny z ogromną siłą, co w połączeniu z ich grubością sprawiało, że gryfy w jego instrumentach często nie wytrzymywały naprężeń. Jego technik, René Martinez, musiał regularnie naprawiać uszkodzone elementy, a czasem nawet podmieniać całe gryfy z innych modeli, ponieważ pręty napinające wewnątrz drewna po prostu pękały pod wpływem siły naciągu tych niemal basowych kabli.

Krew na gryfie i odpadający naskórek. Cena za wirtuozerskie popisy

Niezwykle agresywny styl gry Vaughana, polegający na częstym i mocnym podciąganiu grubych strun, miał niszczycielski wpływ na jego dłonie. Podczas wielogodzinnych koncertów na opuszkach lewej ręki tworzyły się twarde odciski, które pod wpływem tarcia o metal po prostu odrywały się od żywego mięsa. Nie były to rzadkie przypadki – krew na gryfie i plastikowej osłonie gitary stała się niemal stałym elementem jego występów. Ból był na tyle silny, że muzyk musiał szukać sposobów na natychmiastowe łatanie ran, aby móc dokończyć koncert i nie stracić precyzji w palcach, które były jego głównym narzędziem pracy.

Klej błyskawiczny i soda oczyszczona. Drastyczne metody René Martineza

W sytuacjach kryzysowych do akcji wkraczał technik gitarzysty, René Martinez, który wypracował zestaw metod godnych polowego chirurga. Jeśli po zerwaniu grubego odciska udało się go znaleźć na podłodze sceny, Martinez używał zwykłego kleju typu Super Glue, aby przykleić martwą skórę z powrotem do krwawiącej rany. Klej ten, pierwotnie stosowany do tamowania krwawienia w warunkach bojowych, doskonale sprawdzał się w takich ekstremalnych sytuacjach muzycznych.

Kiedy podczas koncertu lub przed nim SRV zrywał odcisk, stosowaliśmy drastyczne środki ratunkowe. Jeśli zdarty płat twardego naskórka został znaleziony, używałem kleju, aby po prostu przykleić martwą skórę z powrotem do otwartej rany na palcu Vaughana – wspominał René Martinez w rozmowach o współpracy z muzykiem

Często jednak zdarta skóra ginęła w ferworze walki na scenie. Wtedy Martinez stosował inny trik – nakładał na ranę warstwę kleju i posypywał ją zwykłą sodą oczyszczoną. Taka mieszanka natychmiast twardniała, tworząc sztuczny, plastikowy pancerz na opuszku palca. Technik nakładał kilka takich warstw, a następnie piłował je pilnikiem, formując kształt sztucznego palca. Kiedy nawet to nie pomagało, sięgano po sztuczne paznokcie akrylowe kupowane w drogeriach, które po odpowiednim docięciu i przyklejeniu pozwalały Vaughanowi na dalsze szarpanie grubych strun bez kontaktu gołego mięsa z metalem.

Zdrowy rozsądek po latach walki. Dlaczego Vaughan w końcu odpuścił?

Morderczy dla dłoni system pracy nie mógł trwać wiecznie. Pod koniec lat 80., szczególnie po wyjściu z nałogów i podczas pracy nad płytą "In Step", organizm gitarzysty zaczął odmawiać posłuszeństwa. René Martinez wielokrotnie namawiał muzyka do zmiany nawyków, tłumacząc mu, że jego dłonie potrzebują regeneracji. Stevie Ray Vaughan ostatecznie uległ tym prośbom i w ostatnim okresie swojej kariery zaczął używać nieco cieńszych strun, przechodząc na zestawy zaczynające się od rozmiaru 0.012, a pod sam koniec życia nawet 0.011. Choć wciąż były to rozmiary uznawane za twarde, pozwoliły mu one grać z mniejszym bólem i zrezygnować z drastycznych metod naprawiania palców klejem błyskawicznym.

Galeria: Polskie zespoły rockowe wszech czasów. Ranking grup, które zmieniły historię rodzimego gitarowego grania