Początek lat dziewięćdziesiątych pachniał cynizmem i skórą. U2, giganci stadionowego, uduchowionego rocka, właśnie zrzucili z siebie płaszcz proroków i weszli na scenę jako swoje własne, przerysowane parodie. Trasa Zoo TV Tour była medialnym atakiem na zmysły, a Paul Hewson, chłopak z Dublina, który stał się Bono, przeistoczył się w The Fly – postać odlaną z najgorszych rockandrollowych klisz. Był arogancki, nosił wielkie okulary-muchy, a ze sceny, jako jego demoniczne alter ego MacPhisto, wydzwaniał do Białego Domu, próbując zamówić pizzę. To był teatr absurdu, w którym artysta z chirurgiczną precyzją kroił mit gwiazdy rocka, samemu będąc jego największym wcieleniem. I właśnie wtedy, w samym środku tego zgiełku, rzucił zdanie, które stało się kluczem do zrozumienia jego rozdartej natury.
Moim zdaniem, jedyną rzeczą gorszą od gwiazdora rocka jest gwiazdor rocka, który ma sumienie.
To nie była zwykła prowokacja. To była spowiedź. Wyznanie winy człowieka, który doskonale zdawał sobie sprawę z pułapki, w jaką wpadł. Z jednej strony był produktem przemysłu marzeń – scenicznym bogiem, którego ego wypełniało stadiony. Z drugiej – czuł narastającą potrzebę, by ten potężny reflektor, który na niego skierowano, odwrócić i oświetlić nim najciemniejsze zakątki świata. Słowa te były gorzkim podsumowaniem wewnętrznego konfliktu, który miał zdefiniować całą jego dalszą karierę.
Jak więc stać się kimś, kogo chce się zniszczyć?
Zanim Bono stał się globalnym aktywistą, musiał najpierw stać się mistrzem autoironii. Dekada lat osiemdziesiątych wyniosła U2 na szczyt. Ich muzyka niosła nadzieję, duchowość i polityczne zaangażowanie, ale formuła zaczęła się wyczerpywać. Wizerunek zbawców rock and rolla ciążył im jak kamień. Reakcją była ucieczka w groteskę. Bono nie tylko stworzył postać The Fly, ale też Mr. Mirror Ball Mana, narcyza w lśniącym garniturze, oraz wspomnianego MacPhisto – zmęczonego diabła w złotym kostiumie, który łączył w sobie cechy upadłego showmana i europejskiego demona. To był performance totalny, cyniczny spektakl, w którym U2 grało z własnym mitem, rozkładając go na czynniki pierwsze na oczach milionów fanów. Bono, który jeszcze kilka lat wcześniej wspinał się na rusztowania podczas Live Aid w geście jedności z publicznością, teraz chował się za maską i kpił ze wszystkiego, co uchodziło za święte w rockowym panteonie.
Co zrobił Bono, gdy zgasły światła?
Jednak gdy gasły światła sceny Zoo TV, a kostium MacPhisto lądował w garderobie, pojawiał się drugi Bono. Ten, którego sumienie nie dawało mu spokoju. Przełom nastąpił już w połowie lat 80., po legendarnym koncercie Live Aid. Bono i jego żona Ali wyjechali na kilka miesięcy do Etiopii, by pracować jako wolontariusze w czasie klęski głodu. To doświadczenie było dla niego punktem zwrotnym. Zobaczył skalę problemu, której nie dało się opisać w trzyminutowej piosence. Od tego momentu jego zaangażowanie zaczęło przybierać coraz bardziej zorganizowaną formę. Kampania Jubilee 2000 na rzecz umorzenia długów Trzeciego Świata, spotkania z Janem Pawłem II, któremu podarował swoje słynne okulary, a w zamian dostał różaniec. Później organizacje DATA i ONE, lobbowanie u George'a W. Busha, rozmowy z Władimirem Putinem. Gwiazdor rocka zdjął skórzaną kurtkę i założył niewidzialny garnitur dyplomaty, próbując wykorzystać swoją sławę jako narzędzie realnej zmiany.
Zbawca w muchach czy diabeł z różańcem?
Świat nie do końca wiedział, jak go traktować. Dla jednych stał się wzorem, dowodem na to, że muzyka może realnie wpływać na politykę. Dla innych – nieznośnym hipokrytą. Kaznodzieją, który lata prywatnymi odrzutowcami, by pouczać świat o biedzie. Ta dwoistość stała się jego znakiem rozpoznawczym i jednocześnie największym brzemieniem. Sam zdawał się być tego w pełni świadomy, co czyniło jego postać jeszcze bardziej tragiczną i fascynującą. Z jednej strony budował wizerunek mesjasza w skórze i przeciwsłonecznych okularach, z drugiej demaskował ten wizerunek w autoironicznych gestach. Był jednocześnie gwiazdorem i antygwiazdorem. Człowiekiem, który chciał zbawić świat, wiedząc, że sama próba czyni go częścią problemu, który tak zaciekle krytykował. Być może na tym właśnie polegała ta nieznośna udręka posiadania sumienia w świecie, który od swoich idoli oczekuje jedynie głośnych gitar i prostych refrenów.