Był taki moment w połowie lat 80., kiedy wydawało się, że rock’n’roll naprawdę może zmienić świat. Że wystarczy jeden facet z charyzmą, zjechaną gitarą i płomieniem w oczach, by poruszyć sumienia milionów i zmusić potężnych tego świata do działania. Tym facetem był Bob Geldof. Irlandczyk o wyglądzie ulicznika i energii, która mogłaby zasilić małe miasto. To on, patrząc w obiektyw kamery BBC podczas Live Aid, stał się na chwilę głosem globalnej wioski, muzycznym mesjaszem, który potrafił skłonić ludzi do otwarcia serc i portfeli. A jednak to właśnie z jego ust, po latach spędzonych na styku wielkiej sceny i jeszcze większej polityki, padły słowa będące esencją rockandrollowego cynizmu. Słowa, które brzmią jak przestroga dla każdego, kto uwierzył, że kilka dobrych piosenek naprawi świat.
Nie można ufać politykom. Nie ma znaczenia, kto wygłasza przemówienie polityczne. To wszystko kłamstwa – i dotyczy to również każdej gwiazdy rocka, która chce wygłosić przemówienie polityczne.
Polecany artykuł:
Od punka do zbawcy świata, czyli dlaczego Bob Geldof nie ufa samemu sobie?
Zanim jednak świat poznał „świętego Boba”, aktywistę w garniturze rozmawiającego z premierami, była scena punkowa późnych lat 70. i The Boomtown Rats. To stamtąd Geldof czerpał swoją bezkompromisowość i wrodzoną nieufność do autorytetów. Gdy wdarł się ze swoim zespołem na antenę irlandzkiej telewizji, nie zamierzał być grzeczny. Bez pardonu atakował polityków i Kościół katolicki, nazywając go „formą społecznej represji”. Wywołał ogólnokrajową burzę, która na lata zamknęła mu drzwi do grania we własnym kraju. Nie brał jeńców. Tę samą energię, która napędzała przeboje takie jak „Rat Trap” czy kontrowersyjny „I Don't Like Mondays”, wniósł potem w swoją działalność charytatywną. To nie była chłodna filantropia. To był ten sam punkowy gniew, tylko skierowany w inną stronę – przeciwko globalnej obojętności.
„Dajcie nam swoje pieprzone pieniądze!”
Live Aid w 1985 roku było czymś więcej niż koncertem. Było globalnym fenomenem, świętem wiary w to, że muzyka ma moc. Phil Collins latający Concordem, by zagrać na dwóch kontynentach jednego dnia, największe gwiazdy rocka dzielące scenę i miliony przed telewizorami. W samym środku tego cyklonu stał Geldof. To on, w słynnym wywiadzie dla BBC, miał rzucić do widzów legendarne, choć przez niego samego później dementowane, „Give us your fucking money!”. Prawdziwe słowa brzmiały nieco inaczej, gdy krzyczał: „Fuck the address, let’s get the phone numbers!”, ale sens był ten sam. Przez chwilę to działało. Donacje wzrosły do 300 funtów na sekundę. Był to moment czystej, nieskrępowanej siły, w której rockman nie prosił, a żądał, stając się nieoficjalnym liderem globalnego zrywu. Świat uwierzył, że jeden koncert może nakarmić Afrykę. Była to piękna, rockandrollowa utopia.
Gorzka pigułka po koncercie stulecia
Wielka, globalna utopia musiała się jednak zderzyć z rzeczywistością. Po latach na jaw zaczęły wychodzić pęknięcia na pomniku Live Aid. Pojawiły się oskarżenia, że część pieniędzy trafiła w niepowołane ręce, finansując zbrodnicze reżimy. Sam Geldof był krytykowany za zbyt bliskie relacje z politykami pokroju Tony’ego Blaira, brak afrykańskich artystów na scenie czy „przejęcie” agendy innych, mniejszych organizacji. Kubeł zimnej wody na rozgrzane głowy fanów wylał Noel Gallagher z Oasis, kwestionując naiwną wiarę w to, że politycy z G8, słysząc w przerwie obrad śpiewającą Annie Lennox, nagle doznają olśnienia i anulują długi. To właśnie z tych doświadczeń, ze zderzenia rockowego idealizmu z cyniczną machiną polityki, narodziła się gorzka mądrość Geldofa. On, człowiek-instytucja, który za swoją działalność otrzymał od królowej honorowy tytuł szlachecki, zrozumiał coś, co jest fundamentem rock’n’rolla. Że prawdziwa siła tej muzyki leży w kontestacji, a nie w zasiadaniu przy jednym stole z tymi, których powinno się krytykować. Jego słowa to nie tylko atak na polityków, ale przede wszystkim na samego siebie – i na mit, którego sam stał się największym symbolem.