W powietrzu Dublina lat 70. unosiła się wilgoć, zapach taniego piwa i stłumiony gniew. To był idealny grunt dla hałaśliwych chłopaków z gitarami, którzy mieli więcej do wykrzyczenia niż do zaśpiewania. A nikt nie krzyczał głośniej i bardziej dosadnie niż chudy, wiecznie poirytowany wokalista The Boomtown Rats. Bob Geldof od początku był chodzącą prowokacją. W czasach, gdy Irlandia wciąż klęczała przed ołtarzem i polityczną tradycją, on wchodził do studia telewizyjnego, by w programie na żywo nazwać Kościół narzędziem społecznej represji, a polityków bandą hipokrytów. Nie kalkulował, nie budował wizerunku. On po prostu był wkurzony.
Ta autentyczna, punkowa furia zaprowadziła go na szczyty list przebojów z „Rat Trap” i nieśmiertelnym „I Don't Like Mondays”. Ale nawet wtedy, u szczytu sławy, czaił się w nim ten sam zgrzyt, ta sama nieufność wobec każdej formy władzy – nawet tej, którą sam zaczynał dzierżyć. Po latach, gdy dawno już zamienił skórzaną kurtkę na status globalnego aktywisty, podsumował to w swoim stylu – z brutalną szczerością, która nie oszczędzała nawet jego samego.
Nie można ufać politykom. Nie ma znaczenia, kto wygłasza przemówienie polityczne. To wszystko kłamstwa – i dotyczy to również każdej gwiazdy rocka, która chce wygłosić przemówienie polityczne.
To zdanie to cały Geldof. Chodzący paradoks, cynik, który poruszył sumienie świata, i punkowiec, który przyjął od królowej honorowy tytuł szlachecki. Człowiek, który zorganizował największe koncerty charytatywne w historii, jednocześnie ostrzegając, by nie wierzyć gościom ze sceny.
Od punka do zbawcy świata, czyli dlaczego Bob Geldof nie ufa samemu sobie
Wszystko zmieniło się w 1984 roku. Jeden reportaż BBC, kilkadziesiąt sekund obrazów z Etiopii dotkniętej klęską głodu, wystarczyło, by w Geldofie coś pękło. To był instynktowny, ludzki odruch faceta, który zobaczył umierające dzieci i postanowił coś z tym zrobić. Telefon do Midge'a Ure'a z Ultravox, naprędce skomponowany utwór „Do They Know It's Christmas?” i szalony pomysł, by zebrać w jednym studiu największe gwiazdy brytyjskiej muzyki. Tak narodził się Band Aid. Projekt był chaotyczny, napędzany czystą energią i desperacją. Ale zadziałał. Singiel stał się najlepiej sprzedającym się w historii Wielkiej Brytanii i zebrał miliony funtów. Jednak Geldof szybko zrozumiał, że to kropla w morzu potrzeb. Wtedy w jego głowie zakiełkowała idea ostateczna: zorganizować koncert tak wielki, by nikt nie mógł go zignorować.
Gdy rock'n'roll chciał nakarmić Afrykę
Live Aid, 13 lipca 1985 roku, było szczytem rockowej utopii. Dwa kontynenty, dwa stadiony – Wembley i JFK w Filadelfii – i plejada największych nazwisk, od Queen i U2 po Led Zeppelin. Cały świat patrzył, a Geldof biegał za kulisami jak opętany, krzycząc na technicznych, błagając sponsorów i wpychając muzyków na scenę. To wtedy, podczas transmisji na żywo, rzucił do kamery swoje słynne: „Fuck the address, let's get the phone numbers!”. Nie prosił. Żądał. W tym jednym zdaniu znów objawił się stary, punkowy Bob, który miał gdzieś konwenanse, gdy liczył się cel. Live Aid zebrało ponad 150 milionów funtów i na chwilę dało milionom ludzi poczucie, że muzyka naprawdę może zmieniać świat. Ale ta chwila miała swoją cenę. Geldof, buntownik i outsider, stał się globalną ikoną, niemal świętym. Tytuł „Sir Bob”, choć honorowy, przylgnął do niego na stałe, stając się symbolem jego niezwykłej przemiany i, być może, największym przekleństwem.
Święty Bob Geldof i jego prywatna wojna z całym światem
Świat pokochał Geldofa-aktywistę, ale zapomniał o Geldofie-muzyku. Jego solowa kariera nigdy nie zbliżyła się do sukcesów The Boomtown Rats. Stał się zakładnikiem własnego dzieła. Kolejne inicjatywy, jak Live 8 w 2005 roku, choć organizowane z ogromnym rozmachem, spotykały się już z chłodniejszym przyjęciem. Zarzucano mu naiwność, współpracę z politykami, których tak nienawidził, a nawet autopromocję. Noel Gallagher z Oasis kpił, że żaden światowy lider nie zmieni zdania, bo usłyszał w telewizji piosenkę Annie Lennox. Geldof zderzył się z murem, który sam zdefiniował: z naiwnością idealistów i cynizmem władzy. Rockman, który chciał zbawić świat, musiał usiąść do stołu z politykami, a ci, jak to politycy, potrafili każdy, nawet najszlachetniejszy gest, wykorzystać do własnych celów. W tym tkwiła gorycz jego słów o kłamstwach gwiazd rocka. On sam stanął na tej scenie, wygłosił swoje przemówienie i poznał jego ograniczenia.
Historia Boba Geldofa to opowieść o tym, co się dzieje, gdy punkowy gniew spotyka się z realnym cierpieniem. O człowieku, który użył potęgi rock’n’rolla jako broni, by potem zorientować się, że nawet największy hałas nie zagłuszy mechanizmów wielkiej polityki. Pozostał więc sam, ze swoim gniewem, cynizmem i niegasnącą, cholerną potrzebą, by jednak coś zmienić. Nawet jeśli sam sobie do końca nie ufał.