Gdy John Lennon mówił o polityce, Alice Cooper czuł, że robi mu się niedobrze. Miał dla fanów inną propozycję

2026-03-28 16:13

Podczas gdy największe gwiazdy jego pokolenia chciały zbawiać świat, on wolał go straszyć. Alice Cooper z premedytacją odrzucił rolę trybuna ludowego i wybrał kostium potwora. Miał jednak dla swoich fanów jedną, brutalną prawdę, o której milczeli inni mesjasze z gitarami.

Alice Cooper

i

Autor: Hubert Bierndgarski All Copyrigh/ Reporter

W połowie lat sześćdziesiątych rock'n'roll nie prosił o pozwolenie. Wdzierał się do domów przez trzeszczące głośniki radiowe i szorstkie rowki winylowych płyt, niosąc ze sobą hałas, energię i obietnicę zupełnie innego świata. Szczególnie ten z brytyjskim paszportem. The Rolling Stones nie byli tylko zespołem – byli postawą. Ich brudne, ostre riffy i arogancki wokal Jaggera stanowiły idealną ścieżkę dźwiękową do buntu, który jeszcze nie wiedział, przeciwko czemu dokładnie się buntuje. Był to bunt instynktowny, hormonalny. Ucieczka od nudnych obiadów, od rozmów dorosłych o podatkach i polityce, od wszystkiego, co uporządkowane i przewidywalne.

Dla nastoletniego Vincenta Furniera, dorastającego w Detroit, a potem w Phoenix, ten hałas był schronieniem. Był czymś znacznie ważniejszym niż muzyka. Był egzorcyzmem.

Alice Cooper miał w zanadrzu zupełnie inny rodzaj ognia

Kiedy sam stanął na czele zespołu, który wkrótce miał przyjąć jego sceniczne imię, nie zamierzał pisać protest songów. Świat płonął od politycznych i społecznych napięć, ale Alice Cooper miał w zanadrzu zupełnie inny rodzaj ognia. Jego rewolucja miała się dokonać nie na wiecach, ale w mrocznym teatrze absurdu, makabry i czarnego humoru. Zamiast transparentów przyniósł na scenę gilotynę, krzesło elektryczne i boa dusiciela. Zamiast hymnów pokolenia – utwory o byciu osiemnastolatkiem, o końcu szkoły i o tym, że nie ma już miłych gości.

Kiedy byłem dzieckiem i moi rodzice zaczynali rozmawiać o polityce, biegłem do swojego pokoju i włączałem Rolling Stonesów tak głośno, jak tylko mogłem. Więc kiedy widzę wszystkich tych gwiazdorów rocka, którzy wypowiadają się na tematy polityczne, robi mi się niedobrze... Jeśli słuchasz gwiazdy rocka, żeby dowiedzieć się, na kogo głosować, jesteś większym idiotą niż oni. Dlaczego jesteśmy gwiazdami rocka? Bo jesteśmy idiotami. Śpimy całymi dniami, gramy muzykę w nocy i bardzo rzadko siedzimy, czytając "Washington Journal".

Cooper od początku rozumiał, że najgłębszą potrzebą jego publiczności nie jest polityczne oświecenie, ale katharsis. Chcieli krzyczeć, pocić się i na dwie godziny zapomnieć o świecie, który pukał do ich drzwi z poborem do wojska i nagłówkami gazet. Swoją filozofię wyłożył brutalnie szczerze i z charakterystyczną dla siebie autoironią.

"Idiota" na tronie króla horroru?

To wyznanie było czymś więcej niż tylko zgrabną prowokacją. Było deklaracją artystycznej niepodległości. Cooper świadomie pozycjonował się jako nadworny błazen rock'n'rolla, którego jedynym zadaniem jest dostarczanie rozrywki w jej najbardziej pierwotnej, szokującej formie. Odrzucał rolę sumienia pokolenia, którą tak chętnie przyjmowali inni. Nie bez powodu wspominał później, że "gdy John Lennon i Harry Nilsson wdawali się w polityczne kłótnie, on siedział pośrodku, myśląc tylko o tym, że go to kompletnie nie obchodzi". 

Jego manifestem była rozmazana szminka, jego programem politycznym – dekapitacja manekinów na scenie. W czasach, gdy od gwiazd rocka oczekiwano zajmowania stanowiska, on proponował eskapizm w najczystszej postaci. Stworzył postać – Alice'a, mrocznego, androgynicznego potwora z wodewilu – właśnie po to, by oddzielić życie od sceny, a sztukę od codzienności. Ten "idiota", jak sam siebie nazywał, okazał się wytrawnym strategiem, który doskonale rozumiał, że czasem największą siłą rocka nie jest zmienianie świata, ale tworzenie alternatywnego, do którego można na chwilę uciec.

Teatr grozy Alice'a Coopera był dla wielu... bezpieczną przestrzenią

Dla Coopera rock'n'roll nigdy nie miał być trybuną. Był azylem. Najpierw jego własnym, w dziecięcym pokoju, a później – milionów fanów na całym świecie. Zamiast mówić im, jak mają żyć, pokazywał im koszmar, który pozwalał oswoić ich własne lęki. Jego teatr grozy był w gruncie rzeczy bezpieczną przestrzenią, w której nastoletni bunt mógł znaleźć swoje ujście bez realnych konsekwencji.

Podczas gdy inni artyści z dumą wbijali w swoje sztandary hasła o pokoju i miłości, Alice Cooper wbijał gwóźdź do trumny pokolenia Woodstock. Jego słynne motto z tamtych lat brzmiało: "Byliśmy za zabawą, seksem, śmiercią i pieniędzmi, kiedy wszyscy byli za pokojem i miłością. Chcieliśmy zobaczyć, co będzie dalej. Okazało się, że my byliśmy następni". I faktycznie, jego wizja rocka jako wielkiego, mrocznego cyrku przetrwała próbę czasu, udowadniając, że czasem publiczność wcale nie chce słuchać kazań. Czasem chce po prostu zobaczyć, jak komuś na scenie odcinają głowę.

10 najlepszych utworów Alice’a Cooper’a