Jimi Hendrix uważał, że Terry Kath jest od niego lepszym gitarzystą
Zespół Chicago kojarzy się dzisiaj wielu osobom głównie z przesłodzonymi balladami, ale na początku swojej drogi grupa grała drapieżnego rocka z elementami jazzu. Sercem tego brzmienia był Terry Kath, człowiek o niesamowitej technice, który potrafił wyciągnąć ze swojego Fendera Telecastera dźwięki wyprzedzające epokę. Jego talent był tak wielki, że sam Jimi Hendrix po jednym z koncertów w klubie Whisky a Go Go podszedł do muzyków, by pogratulować im występu. To właśnie wtedy padły słynne słowa, które przeszły do historii muzyki i na zawsze zdefiniowały status Katha w branży.
Wasza sekcja dęta gra jak jeden organizm, a twój gitarzysta jest lepszy ode mnie – miał powiedzieć Jimi Hendrix saksofoniście Waltowi Parazaiderowi
Hendrix był pod takim wrażeniem gry Terry'ego Katha, że zaprosił Chicago na wspólną trasę koncertową w 1968 roku. Było to ogromne wyróżnienie dla młodej kapeli, która dopiero budowała swoją pozycję. Kath łączył w swojej grze brudne, rockowe brzmienie z ogromną precyzją i dyscypliną, a jego solówka w utworze "25 or 6 to 4" do dziś jest uważana za jeden z najlepszych popisów gitarowych przy użyciu efektu wah-wah.
Tragiczna pomyłka w domu technicznego. Ostatnie chwile gitarzysty Chicago
Wszystko skończyło się nagle 23 stycznia 1978 roku. Terry Kath przebywał wtedy w Woodland Hills w Los Angeles, w mieszkaniu swojego technicznego, Dona Johnsona. Warto dodać, że zbieżność nazwisk jest przypadkowa i nie chodzi o znanego aktora z serialu "Policjanci z Miami". Po trwającej kilka dni imprezie Kath, który od dawna fascynował się bronią palną i często nosił ją przy sobie, zaczął się nią bawić w obecności kolegi. Najpierw wziął rewolwer kaliber .38, przyłożył go do skroni i nacisnął spust. Broń nie była naładowana i nie wystrzeliła. Johnson, przerażony tym zachowaniem, wielokrotnie prosił muzyka, by przestał i odłożył pistolety na miejsce.
Gitarzysta zignorował prośby kolegi i sięgnął po pistolet samopowtarzalny kaliber 9 mm. Chciał udowodnić Johnsonowi, że broń nie stanowi żadnego zagrożenia. Wyciągnął z niej magazynek i pokazał go koledze, myśląc, że pistolet jest teraz całkowicie bezpieczny i "pusty". Niestety, muzyk w stanie nietrzeźwości zapomniał o podstawowej zasadzie działania takiej broni. Choć magazynek był wyjęty, w komorze nabojowej wciąż znajdował się jeden nabój wprowadzony tam wcześniej.
Co ty myślisz, że zamierzam sobie rozwalić łeb? Nie martw się, przecież nie jest naładowany, widzisz? – powiedział Terry Kath tuż przed pociągnięciem za spust
Chwilę później muzyk ponownie przystawił lufę do głowy i nacisnął spust. Strzał z pistoletu zabił go na miejscu. Terry Kath zmarł tydzień przed swoimi 32. urodzinami, zostawiając żonę i małą córeczkę.
Problemy z używkami i artystyczna frustracja Terry'ego Katha
Choć bezpośrednią przyczyną śmierci był nieszczęśliwy wypadek, do tragedii przyczynił się stan psychiczny, w jakim muzyk znajdował się pod koniec życia. Kath zmagał się z poważnym uzależnieniem od kokainy i alkoholu, co mocno zaburzało jego zdolność trzeźwej oceny sytuacji. Dodatkowo muzyk czuł się coraz gorzej w samym zespole Chicago. Grupa, która zaczynała jako eksperymentalna formacja rockowa, coraz bardziej skręcała w stronę radiowych, soft-rockowych ballad śpiewanych przez basistę Petera Ceterę. Kath, będący rockmanem z krwi i kości, nienawidził tego kierunku i uważał go za "sprzedawanie się" dla komercyjnego sukcesu. Problemy osobiste, frustracja muzyczna i fascynacja bronią traktowaną jak gadżet stworzyły wybuchową mieszankę, która doprowadziła do fatalnego finału w Woodland Hills.
Koniec rockowej ery. Jak zespół zmienił się po stracie lidera?
Śmierć Terry'ego Katha była dla reszty muzyków gigantycznym wstrząsem i przez moment Chicago realnie rozważało zakończenie działalności. Kath był uważany za muzyczne serce i duszę grupy, a bez jego drapieżnej gitary zespół stracił swój charakterystyczny pazur. Ostatecznie formacja postanowiła grać dalej i wydała album "Hot Streets", który zadedykowano pamięci zmarłego kolegi. Była to pierwsza płyta w historii zespołu, która nie miała w tytule kolejnego numeru, a na okładce zamiast słynnego logo pojawiło się zdjęcie członków grupy. W latach 80. Chicago całkowicie odeszło od rockowo-jazzowych improwizacji na rzecz wygładzonych hitów, które podbiły listy przebojów, ale odebrały kapeli jej pierwotną energię. Wielu fanów do dziś uważa, że prawdziwe, rockowe Chicago umarło razem z Terrym Kathem tamtego styczniowego popołudnia.