Śmierć Briana Jonesa we własnym basenie. Tajemnica wyznania na łożu śmierci po latach

Brian Jones był założycielem i pierwszym liderem The Rolling Stones, ale jego życie zakończyło się tragicznie w wieku zaledwie 27 lat. Choć oficjalnie uznano, że muzyk utonął w wyniku nieszczęśliwego wypadku, okoliczności tej nocy do dziś budzą spore wątpliwości. Po latach na jaw wyszły nowe fakty i zaskakujące wyznanie, które rzuca zupełnie inne światło na wydarzenia z lipca 1969 roku.

Brian Jones w białym golfie patrzy w bok. O tajemnicy jego śmierci w lipcu 1969 roku przeczytasz na EskaRock.
Autor: Steve Denenberg/ CC BY-SA 2.0
Ranking najważniejszych brytyjskich zespołów rockowych wszech czasów. Grupy, które zmieniły bieg historii

Tragedia w basenie posiadłości Cotchford Farm. Oficjalna wersja śmierci Briana Jonesa

W nocy z 2 na 3 lipca 1969 roku światem muzyki wstrząsnęła wiadomość o śmierci Briana Jonesa. Założyciel The Rolling Stones został znaleziony na dnie basenu w swojej posiadłości w Sussex, którą wcześniej kupił od twórcy Kubusia Puchatka. Choć na miejscu podjęto próbę reanimacji, przybyły lekarz mógł jedynie stwierdzić zgon 27-letniego artysty. W tamtym czasie Jones znajdował się na życiowym zakręcie, ponieważ zaledwie kilka tygodni wcześniej koledzy z zespołu, Mick Jagger i Keith Richards, wyrzucili go z grupy ze względu na pogłębiające się uzależnienia i brak możliwości wyjazdu na trasę koncertową do USA.

Oficjalny raport koronera określił zdarzenie jako nieszczęśliwy wypadek. Sekcja zwłok wykazała, że muzyk miał powiększone serce i wątrobę od alkoholu i narkotyków, ale ich ilość w organizmie wcale nie była śmiertelna. Uznano jednak, że Jones prawdopodobnie zasłabł lub dostał ataku astmy podczas kąpieli w upalną noc. Przez dekady fani wierzyli w tę wersję, mimo że wiele szczegółów dotyczących obecnych w domu osób i ich zachowania po prostu do siebie nie pasowało.

Wyznanie na łożu śmierci. Czy Frank Thorogood zabił lidera The Rolling Stones?

Głównym podejrzanym w oczach zwolenników teorii o morderstwie stał się Frank Thorogood, kierownik ekipy budowlanej, która odnawiała dom muzyka. Jones i Thorogood żyli w napiętych relacjach, a muzyk często narzekał na wolne tempo prac i wysokie rachunki. Według relacji świadków, w dniu tragedii doszło między nimi do kłótni, ponieważ artysta postanowił zwolnić budowlańca i nie chciał mu wypłacić dodatkowych pieniędzy. Atmosfera w posiadłości była gęsta, a alkohol pity przy basenie tylko pogorszył sytuację.

To ja załatwiłem Briana. Po prostu w końcu pękłem – miał powiedzieć Frank Thorogood w listopadzie 1993 roku.

To zaskakujące wyznanie Thorogood miał złożyć na łożu śmierci swojemu znajomemu, Tomowi Keylockowi, który był kierowcą i pomocnikiem Stonesów. Informacja ta ujrzała światło dzienne dopiero rok później i wywołała spore poruszenie w mediach. Choć przyznanie się do winy brzmiało wiarygodnie, niektórzy sceptycy uważają, że Keylock mógł sam wymyślić tę historię, aby odwrócić uwagę od własnej roli w tuszowaniu dowodów tamtej nocy.

Znikające dowody i milczenie świadków. Dlaczego policja nie wznowiła śledztwa?

Sprawa śmierci Jonesa jest pełna dziwnych luk. Z domu muzyka tuż po jego śmierci zniknęły cenne przedmioty, w tym gitary, gotówka i prywatne taśmy z nagraniami, których nigdy nie odnaleziono. Co więcej, brat Briana wspominał, że Tom Keylock palił dokumenty artysty w ogrodzie jeszcze przed dokładnym przeszukaniem posesji przez śledczych. W 2008 roku Janet Lawson, pielęgniarka obecna w noc tragedii, wyznała w wywiadzie, że widziała, jak Thorogood skacze do basenu i robi coś Brianowi, a policja miała kazać jej podpisać fałszywe oświadczenie.

Mimo zebrania setek stron nowych dokumentów i relacji świadków, które w 2009 roku przekazano policji w Sussex, śledztwo nigdy nie zostało wznowione. Funkcjonariusze uznali, że nie ma wystarczających dowodów, aby po tak długim czasie podważyć wyrok z 1969 roku. Dla wielu historyków rocka sprawa pozostaje jednak otwarta, a postać Franka Thorogooda na zawsze zostanie powiązana z tajemniczym końcem pierwszego lidera Stonesów.

Pożegnanie legendy w Hyde Parku i martwe motyle

Zaledwie dwa dni po śmierci Briana, The Rolling Stones zagrali darmowy koncert w londyńskim Hyde Parku. Wydarzenie to stało się wielkim hołdem dla zmarłego kolegi, choć on sam nie był już częścią zespołu w chwili zgonu. Mick Jagger wystąpił w białej sukience i przeczytał fragment wiersza ku czci Jonesa, a następnie wypuszczono tysiące białych motyli. Niestety, finał tego gestu był dość ponury. Przez ogromny upał większość owadów zdechła w pudełkach i zamiast polecieć w niebo, martwe motyle spadały prosto na głowy 250-tysięcznej publiczności.

Galeria: Muzyka rockowa lat 60-tych - zagranica. Albumy, które zdefiniowały gatunek