Tegoroczna, 5. edycja Mystci Festivalu ma szczególny wymiar, ponieważ organizatorzy zapowiedzieli, że będzie to ostatnia odsłona festiwalu odbywająca się w tej wyjątkowej, postindustrialnej przestrzeni. Przez lata surowe krajobrazy stoczni, ogromne dźwigi i historyczne hale tworzyły niepowtarzalną scenografię dla jednego z najważniejszych festiwali muzyki metalowej w Polsce i Europie. Już pierwszy dzień pokazał, że pożegnanie z tym miejscem odbędzie się z odpowiednim rozmachem. Wiele osób, z którymi rozmawiałam, nie ukrywa, że będą tęsknić za stocznią, jednak z niecierpliwością oczekują już kolejnej edycji, która dzięki zmianie miejscówki pozwoli organizatorom, którzy każdego roku zaskakują uczestników doborem artystów, na jeszcze większe rozwinięcie skrzydeł. Pierwszy dzień festiwalu tradycyjnie rozpocznie się w czwartek, jednak już w środę, 3 czerwca gospodarze zorganizowali Warm Up Day, na który dostęp mieli posiadacze czterodniowych karnetów, podczas którego nie zabrakło wielkich gwiazd i niezapomnianych koncertów. Podobnie jak w ubiegłym roku tego dnia koncerty odbywały się na czterech scenach, jednak czekało na nas także kilka zasadniczych zmian. Scena The Void została przeniesiona na zewnątrz, natomiast sesje Mystic Talks odbywały się na terenie klubu Drizzly Grizzly, który w ubiegłym roku pełnił funkcję sceny The Voide.
Na Monster Energy Desert Shrine mieliśmy okazję zobaczyć zespół Frontside, czyli pionierów metalcore'u i nowoczesnego metalu w naszym kraju. Zespół od lat słynie z niezwykle energetycznych koncertów, podczas których nie brakuje kontaktu z publicznością oraz potężnej dawki scenicznej energii. Charakterystyczne połączenie agresywnych riffów, melodyjnych partii i charyzmatycznego wokalu sprawiło, że już od pierwszych minut pod sceną zgromadził się liczny tłum fanów. Założona w 1993 roku w Sosnowcu formacja nie była dla swoich fanów zbyt łaskawa pod względem nowych wydawnictw i tras koncertowych. Jednak w końcu po ośmiu latach przerwy okres oczekiwania na nowy materiał dobiegł końca i w marcu 2026 roku ukazał się na rynku ich dziesiąty album studyjny „Nemesis”. Zespół zaprezentował przekrojowy set, a podczas koncertu nie brakowało zarówno tych, którzy zapewne pamiętają początki ich twórczości, jak i młodszych słuchaczy, co pokazuje, że muzyka metalcore’owa cieszy się w Polsce dużym zainteresowaniem.
Choć duński Neckbreakker nie może pochwalić się jeszcze tak imponującą karierą jak Frontsite, bo na swoim koncie mają jedynie jeden krążek długogrający wydany w 2024 roku oraz 2 dema, to zdecydowanie jest to jedna z najciekawszych młodych formacji deathmetalowych ostatnich lat. Muzycy czerpią inspiracje z klasycznego skandynawskiego death metalu, jednocześnie dodając do swojej twórczości świeżość i młodzieńczą bezkompromisowość. Ich występ był prawdziwym pokazem brutalności, szybkości i młodzieńczej energii, która wręcz kipiała ze sceny. Gęste riffy, intensywna praca sekcji rytmicznej i nieustanne headbangingi zarówno na scenie, jak i pod nią sprawiły, że koncert należał do najbardziej energicznych wydarzeń dnia. Zespół występował na najmniejszej scenie, czyli The Void, ale z pewnością nie tylko z tego powodu trudno było się przebić w okolicę sceny.
Polecany artykuł:
Jednym z obowiązkowych punktów programu był zespół Grave, czyli prawdziwa legenda szwedzkiego death metalu. Formacja od końca lat 80. pozostaje jednym z filarów charakterystycznego „szwedzkiego brzmienia”, które wywarło ogromny wpływ na rozwój ekstremalnego metalu na całym świecie. Ich koncert nie potrzebował zbędnych efektów specjalnych. To był pokaz klasycznej deathmetalowej siły opartej na ciężkich riffach, charakterystycznym gitarowym brzmieniu i doświadczeniu muzyków, którzy od dekad pozostają wierni swoim korzeniom. Choć od 2015 roku Grave nie wydał nowego krążka, to ich występ ściągnął pod Monster Energy Desert Shrine tłumy wiernych fanów, którzy od pierwszych brzmień wraz z Olą Lindgrenem śpiewali każdy kawałek.
Z kolei amerykańska formacja Six Feet Under przyciągnęła pod Park Stage fanów oldschoolowego death metalu. Zespół kierowany przez Chrisa Barnesa, byłego wokalistę Cannibal Corpse, od lat budzi emocje w środowisku metalowym. Niestety, na początku koncertu Barnesa zupełnie nie było słuchać. Po krótkiej chwili chyba udało się zażegnać problem, ponieważ kolejne utwory zabrzmiały już, tak jak Sic Feet Under nas do tego przyzwyczaili, czyli z masywnym, wolniejszym groove'em i charakterystycznym, niskim growlem Barnesa. Publiczność szczególnie żywiołowo zareagowała na doskonale wszystkim znane utwory Cannibal Corpse, a mianowicie „Hammer Smashed Face” i „Stripped, Raped and Strangled”.
W zupełnie inną stronę muzycznych ekstremów skierował publiczność szwedzki Thrown. Zespół zdobył ogromną popularność dzięki połączeniu metalcore'u, hardcore'u i nowoczesnych brzmień charakterystycznych dla współczesnej sceny metalowej. Ich koncert był jednym z najbardziej intensywnych pod względem energii. Niestety, również i Thrown dopadły problem techniczne i podczas krótkiej przerwy w graniu wokalista formacji Marcus Lundqvist skorzystał z okazji, aby uzupełnić płyny i zapewnił wszystkich, iż mają znakomitego technicznego, który z pewnością szybko ogarnie ten chaos. Rzeczywiście już po chwili uderzyli ponownie krótkimi, dynamicznymi utworami, potężnymi breakdownami, które zachęciły publiczność do nieustannego wirowania w pogo i circle pitów.
Jednym z najbardziej wyczekiwanych występów dnia był koncert Ice Nine Kills, którzy podczas Warm Up Day zamknęli występy na Park Stage. Amerykanie od lat wyróżniają się na tle sceny metalcore'owej dzięki wyjątkowemu połączeniu ciężkiej muzyki z estetyką horroru. Ich albumy inspirowane są klasycznymi filmami grozy, a ich wystąpienia na żywo to nie tylko zwykłe koncerty, a znakomicie wyreżyserowane widowiska teatralne. W Gdańsku nie zabrakło charakterystycznych kostiumów, scenicznych rekwizytów oraz elementów nawiązujących do kultowych horrorów. Publiczność otrzymała nie tylko koncert, ale także spektakl, w którym muzyka i teatralna oprawa tworzyły spójną całość. Zespół zagrał zarówno doskonale znane kawałki, jak chociażby „The American Nightmare”, „A Grave Mistake” czy „Wellcome to Horrorwood”, ale również „Twisting the Knife”, który na żywo w Gdańsku wybrzmiał dopiero po raz drugi.
Pierwszy dzień Mystic Festivalu 2026 na Monster Energy Desert Shrine zamknął niemiecki Kanonenfieber. Projekt, który w ostatnich latach zdobył ogromne uznanie na europejskiej scenie black i death metalowej, opiera swoją twórczość na historii I wojny światowej. Zespół słynie z mrocznej atmosfery, historycznych odniesień oraz wyjątkowo sugestywnej scenografii w postaci ogrodzenia z drutu kolczastego. Występ Niemców rozpoczął się od mocnego uderzenia w postaci „Die Feuertaufe” i choć zespół śpiewa po niemiecku, to publiczność odśpiewała każde słowo. Kanonenfieber to formacja, która na scenie nie oferuje jedynie koncertu metalowego, a połączenie ekstremalnego metalu, teatralnego widowiska i lekcji historii, a właśnie ta kombinacja sprawia, że ich występy są tak fascynujące. Ponieważ twarze muzyków ukryte są za maskami, uwaga publiczności nie skupia się na poszczególnych członkach zespołu, choć centralną postacią pozostaje oczywiście lider projektu, Noise. Nie ma tu przemów do fanów ani długich zapowiedzi utworów – Kanonenfieber konsekwentnie realizuje swoją teatralną wizję, wprowadzając publiczność w niemal hipnotyczny nastrój.
Początek Mystic Festival 2026 udowodnił tysiącom fanów zgromadzonych na terenie Stoczni Gdańskiej, dlaczego festiwal należy do grona najważniejszych europejskich wydarzeń poświęconych ciężkiej muzyce. Jeśli kolejne dni utrzymają poziom wyznaczony przez inaugurację, pożegnanie ze stoczniową lokalizacją z pewnością zapisze się w historii festiwalu jako jedno z najbardziej pamiętnych. Kolejne dni zapowiadają się równie intensywnie, a uczestnicy mają okazję po raz ostatni przeżyć festiwalową atmosferę w historycznej przestrzeni Stoczni Gdańskiej.