Gdy słońce powoli chyliło się ku zachodowi, na scenie pojawił się poznański kwartet Izzy and The Black Trees. Zespół, prowadzony przez charyzmatyczną Izabelę „Izzy” Rekowską, od pierwszych dźwięków udowodnił, dlaczego uchodzi za jeden z najciekawszych polskich przedstawicieli alternatywnego rocka. Ich surowa energia, podszyta punkrockową duszą, połączona z mocnym wokalem Izzy, natychmiast porwała coraz liczniej przybywającą na Letnią Scenę Progresji publiczność. Założony w 2018 roku zespół miał niełatwe zadanie, w końcu grali przed prawdziwą legendą, której piosenki stały się wręcz hymnem pokolenia osób wychowanych w latach 90. Mimo to poznańska formacja zagrała pewnie, z pasją i profesjonalizmem, stanowiąc idealne preludium do wieczoru pełnego rockowych uniesień. Publiczność, choć początkowo nieco wstrzemięźliwa, szybko dała się porwać ich psychodelicznym riffom oraz mocnemu wokalowi Izzy, nagradzając ich gromkimi brawami.
Po krótkiej przerwie, podczas której Letnia Scena Progresji wypełniła się niemalże po horyzont, nadszedł moment, na który wszyscy czekali. W ciemnościach sceny, przy pulsującym intro w postaci „Laura Palmer's Theme” z doskonale wszystkim znanego „Miasteczka Twin Peaks”, pojawiła się ona – Shirley Manson, w towarzystwie Butcha Vig’a (tak, dokładnie tego, który wyprodukował kultowy „Nevermind” Nirvany), Duke’a Eriksona, Steve’a Markera oraz koncertowej basistki Ginger Pooley. Z pierwszymi akordami „There's No Future in Optimism”, czyli pierwszego singla z ich ostatniego albumu „Let All That We Imagine Be the Light”, publiczność eksplodowała energią, która towarzyszyła występowi amerykańskiej formacji do ostatnich minut. Shirley, ubrana tego wieczora w neonowy top oraz skórzaną sukienkę z niezwykle efektywnym ażurowym wzorem, od razu przejęła kontrolę nad sceną i publicznością. Jej magnetyczna charyzma, nieprzemijająca energia i bezkompromisowa postawa to znaki rozpoznawcze, które po ponad trzech dekadach nadal oddziałują na publiczność z tą samą siłą. Garbage, który obecnie promuje ósmy krążek, który na rynku ukazał się w 2025 roku, zaprezentował dość przekrojowy set, choć wielu zapewne zabrakło klasyku w postaci „Crush”, to Manson i spółka nie szli ścieżką wielu światowej klasy artystów i nie zamierzali "brać fanów na przeczekanie", gdyż już na początku setu wybrzmiały doskonale wszystkim znane hymny: „I Think I'm Paranoid” z kultowego krążka „Version 2.0” i pochodzący z debiutanckiego albumu „Garbage” utwór „Stupid Girl”. Trzeba przyznać, że choć od wydania tych kawałków minęło 30 lat, to Shirley Manson wyśpiewała je z taką samą siłą i zaangażowaniem, jak robiła to w latach 90.
Garbage – siła i magnetyzm, która przyciąga niezmiennie od trzech dekad
Na przestrzeni lat Garbage udowodnili, iż nie są kapelą wykonującą chwytliwe radiowe kawałki, a warszawski koncert jedynie utwierdził wszystkich w tym przekonaniu. Brzmienie było perfekcyjnie zbalansowane – potężne gitary Duke'a i Steve'a idealnie łączyły się z precyzyjną perkusją Butcha oraz charakterystycznym wokalem Manson, tworząc hipnotyzujące widowisko i pokazały, iż mimo wieloletniego doświadczenia, zespół wciąż ewoluuje, zachowując przy tym swój unikalny styl.
Shirley Manson, która bez wątpienia jest centralną postacią formacji, nie tylko śpiewała bezbłędnie, ale też wchodziła w szczere interakcje z publicznością. Podczas koncertu w Warszawie nie zabrakło wzmianki o Courtney Love, która, delikatnie mówiąc, należy do grona najmniej lubianych artystów na świecie. Jak wspomniała Shirley, to właśnie jej postać była inspiracją do napisania utworu „Right Between the Eyes”. Artystka, która od samego początku swojej kariery manifestuje swoje poparcie dla wolności każdej jednostki, wygłosiła również mowę, w której poparła społeczność LGBTQ+, mówiąc, iż każdy ma prawo kochać, kogo tylko zechce, i nikt nie ma prawa mówić mu, czy to właściwe czy nie. Oczywiście nie zabrakło także podziękowania dla wiernej publiczności. Choć Shirley podkreśliła, że zespół u nas dawno nie gościł, to doskonale wie, że polscy fani wspierają ich od lat, i byli z nimi także w tych trudnych momentach, kiedy jak podkreśliła „wszyscy, zarówno wytwórnie płytowe, jak i media się od nich odwrócili”. Jak zaznaczyła, to właśnie dzięki lojalności i wsparciu swoich fanów Garbage od ponad trzydziestu lat nadal działa. Choć wielu mogłoby pomyśleć, że są to jedynie puste frazesy, które kapela powtarza przy okazji wizyty w danym kraju, to każdy, kto zna Manson, wie, że jest osobą, niezwykle autentyczną, a tego wieczora było to wręcz namacalne w każdym słowie i każdym geście.
Zespół postawił raczej na dość dynamiczny zestaw utworów. Momentów, w których nieco daliby odetchnąć publiczności, było niewiele. Jednym z nich był zagrany w połowie setu piękny, balladowy utwór „It’s All Over but the Crying”, który, choć wydany został 21 lat temu na krążku „Bleed Like Me” na żywo w Warszawie wybrzmiał dopiero po raz drugi w historii (wcześniej zespół zagrał go 28 maja 2026 w Sofii). Kolejnym momentem, w którym Garbage nieco zwolnił (choć nie tak mocno, jak w przypadku wcześniejszego kawałka) był utwór „The Day That I Met God” pochodzący z najnowszego krążka, po którym zespół zszedł ze sceny. Oczywiście, wszyscy fani formacji wiedzą, iż ich koncert nie może zakończyć się bez zagrania pochodzącego z ich debiutanckiego krążka, kultowego „Only Happy When It Rains”. Garbage nie dali się długo prosić i po krótkich nawoływaniach oraz gromkich brawach publiczności powrócili na scenę i na bis wykonali „Special” z albumu „Version 2.0” i wspomniany wyżej „Only Happy When It Rains”, który w Warszawie wybrzmiał po raz 1001., i w zasadzie został niemalże w całości odśpiewany przez publiczność.
Warszawski koncert Garbage na Letniej Scenie Progresji udowodnił, że amerykańska formacja, to ikoniczny zespół, którego muzyka jest ponadczasowa, a ich sceniczna prezencja nadal elektryzuje tłumy. Shirley Manson to wciąż wulkan energii i pełna autentyczności artystka, która nie tylko od dekad nieprzerwanie dowodzi potężnej i spójnie brzmiącej maszynie, ale również walczy o równość i wolność. Choć Garbage nie rozpieszcza polskich fanów (był to dopiero ich 4. występ w naszym kraju) i wrócili do nas po czternastu latach nieobecności, to ich wystąpienie udowodniło, iż warto było czekać na ten moment. Koncert zorganizowany przez Winiary Bookings z pewnością pozostanie jednym z najciekawszych rockowych wydarzeń tej wiosny.
Zdjęcia z koncertu Garbage w Warszawie znajdziecie w naszej galerii.