Misternie zaplanowane wizualne widowisko – Epica, Amaranthe i Charlotte Wessels zagrali w Warszawie [RELACJA]

2026-03-29 23:11

We wtorek, 17 marca 2026 roku warszawska hala COS Torwar zamieniła się w prawdziwą świątynię symfonicznego metalu. W ramach trasy „Arcane Dimensions Tour 2026” na jednej scenie spotkały się trzy różne, ale doskonale uzupełniające się metalowe światy: Charlotte Wessels, Amaranthe oraz gwiazda wieczoru – Epica.

Koncert otworzyła znana z występów w gothicmetalowym zespole Delain, Charlotte Wessels – spokojna, skupiona, jakby odcinająca się od zgiełku kilkutysięcznej hali. Jej występ nie próbował konkurować z tym, co nadejdzie później. Był raczej wprowadzeniem – subtelnym, momentami niemal intymnym. Elektroniczne podkłady mieszały się z żywymi instrumentami, a jej głos niósł się po Torwarze z zaskakującą lekkością. Wessels nie potrzebuje wielkich gestów ani spektakularnej oprawy – buduje nastrój konsekwentnie, utwór po utworze. To otwarcie, które nie tyle rozgrzewa, ile skupia uwagę. Jej set balansował między alternatywnym rockiem, popem i symfonicznymi aranżacjami, co stworzyło atmosferę intymności mimo dużej przestrzeni hali, która dopiero zaczynała się wypełniać. Mimo początkowych trudności z nagłośnieniem, jej emocjonalne wykonania skutecznie przyciągnęły uwagę i przygotowały grunt pod kolejne, bardziej energetyczne uderzenie. Zdecydowanie najmocniejszym punktem około półgodzinnego setu artystki był mroczny kawałek „The Exorcism”, podczas którego Charlotte zachwyciła przeszywającym do szpiku kości growlem. O ile rozpoczęła swój set eterycznie, to zakończenie było naprawdę mocne.

Amaranthe – niespożyta energia i chwytliwe kawałki

Po spokojniejszym wstępie i krótkiej zmianie scenografii scena należała do szwedzkiej formacji Amaranthe, która wkroczyła na arenę z energią rozpędzonego pociągu. Mocne otwarcie w postaci „Fearless”, „Viral” i „Digital World” jasno pokazało, że metal i chwytliwe, popowe refreny wcale się nie wykluczają. Największym atutem zespołu pozostaje koncepcja trójki wokalistów w postaci Elize Ryd, Nilsa Molina i Mikaela Sehlina, którzy są zdecydowanie najlepiej funkcjonującym trio w historii zespołu, a każdy z nich na scenie nie jest odrębnym aktorem, lecz jednym znakomicie współbrzmiącym bytem. Choć zdawać by się mogło, że słynąca z mocnego, momentami operowego głosu Ryd, operujący na wysokich dźwiękach Molin i growlujący Sehlin to połączenie, które niekoniecznie może brzmieć harmonijnie, to ich głosy płynnie się przenikają, tworząc wręcz wybuchową mieszankę. Amaranthe zaprezentowali niezwykle przekrojowy set, który balansował szybkie tempo, dając chwilę oddechu w postaci nieco wolniejszych kawałków. Z pewnością jednym z najbardziej magicznych momentów koncertu w Warszawie było wykonanie utworu „Crystalline”, podczas którego Elize i Nils usiedli na podwyższeniach sceny i zaczarowali nas niezwykle mocarnym wykonem, w którym zaprezentowali prawdziwe spektrum swoich wokalnych możliwości. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w Amaranthe Nils Molin „stoi nieco z tyłu”, choć to głównie on zabawiał publiczność konferansjerką. W jego fenomenalnym, nietuzinkowym i elektryzującym wokalu brakuje nieco tej mocy, którą tak wyraźnie słychać podczas występów z jego macierzystym zespołem – Dynazty. Mimo to w „Crystaline” zaprezentował tonację wyższą niż głos Elize, za co należy mu się oddanie pokłonów. Szwedzi urzekli publiczność przeplatającymi się potężnymi gitarowymi riffami z elektronicznymi elementami i niezwykle chwytliwymi refrenami. W setliśnie nie zabrakło również wydanego zaledwie kilka dni przed warszawskim koncertem singla „Chaos Thery”, który jest zapowiedzią nadchodzącego krążka formacji. Jego niezwykła dynamika oraz wpadający w ucho wręcz dyskotekowy bit, znakomicie wpisują się w estetykę występów Amaranthe i w przyszłości z pewnością będzie pełnił rolę koncertowego „pewniaka”, podobnie, jak uwielbiany przez wszystkich kawałek „Amaranthine”, przed którym założyciel formacji – Olof Mörck zagrał krótkie solo na klawiszach. Występ Amaranthe energetycznie nakręcił publiczność przed koncertem gwiazdy wieczoru – Epiki z Simone Simons na czele.

Najbardziej wyczekiwane koncerty rockowe i metalowe w Polsce w 2026 roku

Epica – misternie zaplanowane wizualne widowisko

Gwiazdą wieczoru była Epica, która w Polsce gra naprawdę często. Przed rozpoczęciem koncertu pojawił się komunikat, w którym zachęcono publiczność do przeżycia w pełni tego wieczoru i rezygnacji z patrzenia w ekrany telefonów. Epica wkroczyła na scenę w niezwykle spektakularnym stylu. Podczas intro na zaciemnionej estradzie pojawiła się Simone Simons w efektownej koronkowej sukni i welonie, która przypominała nieco „czarną wdowę”. Tuż po tym wybrzmiały pierwsze nuty „Apparition”, wprawiając publiczność w trans. Występy Holendrów to misternie zaplanowane wizualne show, które jest znakomitym uzupełnieniem technicznej perfekcji formacji. Podczas całego występu zmieniały się wizualizacje na ogromnym ekranie, które zrobiły szczególne wrażenie zwłaszcza podczas kawałków „Martyr of the Free Word”, gdy scena rozświetliła się błyskawicami, oraz w „Eye of the Storm”, podczas którego dym mieszał się z obrazem burzowych chmur. Zmieniające się wizualizacje znakomicie budowały atmosferę i podkreślały charakter poszczególnych utworów. Mniej więcej w połowie koncertu na scenie pojawiły się Simone Simons i Charlotte Wessels, które wspólnie wykonały utwór „Sirens – Of Blood and Water”. Choć zazwyczaj podczas tego kawałka na estradzie pojawia się także Elize Ryd, w Warszawie wokalistki Amaranthe niestety zabrakło. Mimo to, był to zdecydowanie jeden z najmocniejszych momentów wieczoru. Choć formacja ma niezwykle bogatą dyskografię i obecnie promuje swój ostatni krążek zatytułowany „Aspiral”, to Epica nie zawiodła fanów i zagrała także starsze utwory, w tym jeden ze swoich pierwszych hitów „Cry for the Moon”. Podczas warszawskiego koncertu Simone ze sceny poprosiła o aplauz dla kierowcy ich autobusu, który jest Polakiem i jest niezwykle sympatyczną osobą, która podczas wspólnie spędzonego czasu zaraża wszystkich pozytywną energią. Monumentalne aranżacje, chóralne partie i charakterystyczny, wręcz operowy wokal Simone Simons stworzyły spektakl, który momentami bardziej przypominał teatralne widowisko niż zwykły koncert. Publiczność dostała dokładnie to, po co przyszła: techniczną perfekcję, siłę, melodyjność i niezwykłą energię.

Choć tego wieczoru wszyscy artyści zaprezentowali się znakomicie, to finał zdecydowanie należał do Epiki i był to występ epicki w pełnym tego słowa znaczeniu. Zespół, który balansuje pomiędzy delikatnymi, niemal eterycznymi melodiami, które przechodzą w ciężkie, agresywne partie gitarowe okraszone growlem założyciela i gitarzysty Marka Jansena, po raz kolejny udowodnił, że należy do ścisłej czołówki symfonicznego metalu. Ogromna w tym zasługa Simone Simons, która z niezwykłą siłą, spokojem i pogodą ducha absolutnie dominuje scenę.

Kiedy wybrzmiewają ostatnie dźwięki „Beyond the Matrix”, a światła znów się zapaliły, publiczność jeszcze przez chwilę pozostała na miejscu – jakby nie do końca gotowa była wrócić do rzeczywistości. Dopiero po jakimś czasie zgromadzeni na Torwarze widzowie skierowali się niespiesznie do wyjścia, tęsknie odwracając się w stronę sceny. Ten wieczór nie był tylko serią koncertów, był spektaklem zbudowanym z trzech aktów: introspekcyjnego wstępu w postaci koncertu Charlotte Wessels, energetycznego rozwinięcia Amaranthe i monumentalnego finału w postaci występu formacji Epica.

Warszawski koncert Epiki, Amaranthe i Charlotte Wessels z pewnością zostanie zapamiętany jako jedno z mocniejszych wydarzeń koncertowych tej wiosny.

Zdjęcia z koncertu Epiki, Amaranthe i Charlotte Wessels, który odbył się 17 marca 2026 w Warszawie znajdziecie w naszej galerii.