Fani folk metalowych brzmień czekali na ten moment od lat! Po długoletniej przerwie jedna z największych objazdowych imprez, podczas której na scenie występowali najwięksi przedstawiciele gatunku, wróciła w wielkim stylu. Heidenfest w warszawskiej Progresji był drugim przystankiem z czterech zaplanowanych w naszym kraju koncertów. Choć niesprzyjająca aura zniechęciła nieco do kolejkowania przed wejściem, to klub wbrew obawom powoli wypełnił się po brzegi. Na scenie zaprezentowało się pięć zespołów, z których każdy oferował coś innego – zarówno pod względem muzycznym, jak i wizualnym. Wieczór otworzyli kalifornijscy piraci z The Dread Crew of Oddwood. Koncert założonej w 2008 roku w San Diego formacji grającej akustycznie, bez elektrycznych gitar, szybko rozkręcił publikę. Chwytliwe folkowe melodie okraszone nutą tradycyjnej muzyki celtyckiej z akompaniamentem akordeonu i mandoliny sprawiły, iż przenieśliśmy się do tawerny rodem z filmu o piratach. Nie zabrakło również typowego tańca krabów, który rozgrzał publiczność przed występem norweskiej formacji TrollfesT.
Atak różowych flamingów i leśnych trolli
Po krótkiej przerwie scenę opanowały różowe flamingi! TrollfesT, bo to oni tego wieczoru zaprezentowali się jako drudzy, to doskonale wszystkim znana norweska ekipa, która jak zawsze dała pokaz absolutnego szaleństwa. Ich ekscentryczne stroje, absurdalne teksty i mieszanka różnych gatunków muzycznych – od black metalu po jazz – sprawiły, że Progresja dosłownie oszalała. Brokatowe stroje i sceniczne makijaże doskonale współgrały z hitami „Dance Like a Pink Flamingo”, „All Drinks on Me” czy „Piña Colada”, które porwały publiczność do tańca. Mosh pit nie ustawał ani na moment. Nie mogło zabraknąć również szalonego pociągu, który poprowadził basista formacji. Muzycy TrollfesT emanowali niezwykle pozytywną energią, a uśmiechy nie schodziły zarówno z twarzy artystów, jak i zgromadzonej licznie publiczności.
Wraz z następnym zespołem atmosfera zrobiła się nieco bardziej podniosła i bojowa. Wszystko za sprawą holenderskiej grupy Heidevolk, która przywiozła zdecydowanie cięższe i przepełnione nostalgią epickie brzmienia inspirowane mitologią germańską i historią regionu ich pochodzenia, a mianowicie Geldrią. Ich przepełnione intrygującymi i niebanalnymi melodiami utwory, okraszone folkowymi elementami i czystym męskim wokalem wykonywanym w duecie, wprowadziły podniosłą atmosferę, w której czuć było bojowego ducha. Nic więc dziwnego, że ten kontrastujący z dotychczasowymi, raczej radosnymi brzmieniami, mistyczny spektakl podbił serca publiczności, a wielu twierdziło, iż był to najlepszy koncert tego wieczoru.
Kolejnym punktem programu był Finntroll, legenda fińskiego folk metalu. Ich brutalne, black metalowe brzmienie, połączone z folkowymi melodiami i tekstami śpiewanymi po szwedzku, uczyniły z założonego w 1997 roku w Helsinkach zespołu jednego z najważniejszych przedstawicieli gatunku. Fani grupy, ze mną na czele, z niepewnością wyczekiwali wyjścia artystów na scenę, gdyż niespełna tydzień przed rozpoczęciem trasy, muzycy poinformowali, iż z powodu problemów zdrowotnych nie wystąpi z nimi wokalista formacji Mathias „Vreth” Lillmåns. Na wokalu zastąpił go pochodzący z Norwegii Mathias „Kistelach” Dahlsveen – wokalista zespołu Vanvidd. Finowie zdecydowali się na zaprezentowanie przekrojowej setlisty, obejmującej zarówno klasyki: „Trollhammaren”, „Nattfödd” czy „Jaktens tid”, jak i nowsze utwory: „Skogsdotter”, „Solsagan”, „Blodsvept” czy „Ormfolk”, którym zakończyli swój występ. Muszę przyznać, że „Kistelach” bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Jego wokal znakomicie wpasował się w gitarowe brzmienia formacji, a po panującej na scenie energii nie dało się zupełnie wyczuć, że w tym składzie grają dopiero piąty koncert! Co ciekawe, jak po występie zdradził mi gitarzysta formacji – Samuli „Skrymer” Ponsimaa – Dahlsveen opanował repertuar w zaledwie osiem dni! Byłam pełna uznania nie tylko dla jego wokalnego kunsztu, ale również doceniam fakt, iż zupełnie nie próbował kopiować „Vretha”, wręcz przeciwnie, wniósł do występu własną, niepowtarzalną energię, jednocześnie pamiętając o charakterze wykonywanych utworów. „Kistelach” śmiało mógłby zastąpić swojego imiennika na stałe, co mam nadzieję, jednak nie nastąpi, a Mathias Lillmåns po nabraniu sił jeszcze nie raz ściągnie nas w najciemniejszą otchłań swoim czarnym jak smoła growlem. Finntrolla już po raz kolejny widziałam w Progresji i mam wrażenie, że jakoś nie do końca potrafią się w tym klubie ustawić dźwiękowo, gdyż ponownie miałam wrażenie, że dźwięk było nieco „spłaszczony”, a wokal ledwo przebijał się przez ciężkie gitarowe brzmienia „Skrymera” i „Routy”.
„Leśny klan” z niespożytą energią porwał wszystkich do tańca
Kulminacją wieczoru był występ Korpiklaani, niekwestionowanej gwiazdy Heidenfestu i jednego z najpopularniejszych i najbardziej uwielbianych zespołów metalowych w Polsce. Fińscy mistrzowie folk metalu zaprezentowali show na najwyższym poziomie. Ich energetyczne melodie, opiewające uroki natury, zalety oczyszczającego rytuału sauny i... spożywania napojów wyskokowych, sprawiły, iż nogi same rwały się do tańca od pierwszych nut „Hnuting Song”. Jonne Järvelä i spółka, zagrali niezwykle mocarny set, który zaprezentował największe hity w postaci takich kawałków, jak: „Happy Little Boozer”, „Ämmänhauta”, „Tuli kokko” czy „Metsämies”, podczas którego szalonym i pełnym energii solo na bębnach uraczył nas Samuli Mikkonen. Heidenfest był znakomitą okazję do usłyszenia na żywo po raz pierwszy w Polsce materiału z najnowszego albumu „Rankarumpu”, gdyż od momentu jego wydania w 2024 roku zespół nie zagościł z jego promocją w naszym kraju. W Warszawie mieliśmy okazję usłyszeć takie utwory, jak „Aita”, „Kalmisto” czy „Saunaan”. Nie zabrakło też genialnego coveru kawałka zespołu Boney M „Gotta Go Home”. Na koniec zaprezentowali swój folk metalowy hymn „Vodka”, który zamienił salę koncertową w jedną wielką, radosną biesiadę. Korpiklaani, którzy brzmienie swoich skocznych, melodyjnych utworów obfitujących w ciężkie gitarowe riffy, podkręcają solówkami na skrzypcach w wykonaniu wirtuoza Olliego Vänskä, nie zawiedli. Mimo iż Jonne Järvelä nie był zbyt rozmowny, i wyraził jedynie swój zachwyt nad warszawską publicznością, mówiąc, że nie wie, co ma powiedzieć, oraz zapomniał tekstu jednego z utworów (zapewne nikt tego nie zauważył, gdyż niewielu zna napisane po fińsku wersy), to Finowie po raz kolejny udowodnili, że w rozkręcaniu imprezy nie mają sobie równych i porwali do tańca nawet tych, którzy zazwyczaj podpierają ściany.
Heidenfest 2026 w stołecznej Progresji, którego organizatorem był Winiary Bookings był prawdziwym sukcesem. To była noc pełna doskonałej muzyki, niesamowitej energii i niezapomnianych wrażeń. Zespoły przy entuzjastycznym odbiorze publiczność, stworzyły magiczną atmosferę, która na długo pozostanie w pamięci wszystkich uczestników tego folkowego święta. Pozostaje tylko czekać na kolejną edycję i jeszcze więcej folkowego szaleństwa, oraz wierzyć, że Heidenfest wrócił na dobre!