Gdy światła w klubie przygasły, a na scenie pojawili się muzycy Agabas, publiczność dopiero zaczynała wypełniać salę. Norweski zespół od pierwszych minut postawił na intensywność i muzyczną nieprzewidywalność. Ich koncert był surowy, momentami chaotyczny, ale jednocześnie hipnotyzujący. Ich muzyka balansuje na granicy metalu, jazzu i awangardy, co na żywo przekłada się na nieprzewidywalne tempo utworów i gęste, momentami chaotyczne aranżacje, w których dźwięk saksofonu wije się między gitarowymi riffami, aby stworzyć z nimi równoprawny dialog. Choć nie jest to brzmienie łatwe w odbiorze, zespół szybko zjednał sobie publiczność, która podczas ich setu dopiero zaczęła powoli wypełniać klub. Choć Norwegowie zagrali jedynie siedem utworów, to intensywność występu, częste zmiany tempa i wwiercające się w umysły brzmienia saksofonu przechodzące od rozpaczliwych jęków po wręcz złowrogie spazmy i sceniczna energia muzyków sprawiły, że koncertowy wieczór dostarczył sporej dawki muzycznej adrenaliny, która powoli zaczynała przyspieszać bicie serc publiczności czekającej z niecierpliwością na gwiazdę wieczoru.
Nieokiełznana energia z Nowej Zelandii
Po awangardowym początku scena należała do Alien Weaponry – zespołu, który w ostatnich latach zyskał sporą popularność dzięki połączeniu nowoczesnego thrash i groove metalu z elementami kultury maoryskiej. Trio z Nowej Zelandii nie potrzebowało wiele czasu, by rozruszać publiczność. Ich koncert był bezpośredni, dynamiczny i oparty na potężnych riffach oraz głębokim i wyraźnym pulsie sekcji rytmicznej. Zespół zaprezentował tego wieczora zaledwie pięć utworów wykonywanych w języku maoryskim. To właśnie ich rytmika i charakterystyczna, nieco folkowa melodyka nadają muzyce formacji wyraźną tożsamość. Pod sceną szybko pojawiły się pierwsze moshpity, a publiczność reagowała coraz żywiej z każdym kolejnym utworem. Alien Weaponry udowodnili, że mimo młodego wieku potrafią świetnie kontrolować koncertową energię i są grupą, która posiada już dość wyraźnie zaznaczoną pozycję na metalowej scenie, a publiczność po ich występie czuła lekki niedosyt.
Groteskowy spektakl, który na długo pozostaje w pamięci
Momentem kulminacyjnym wieczoru był oczywiście występ szwedzkiej formacji Avatar – zespołu, który od lat konsekwentnie buduje swój sceniczny wizerunek na pograniczu metalu, teatru i groteskowego widowiska. Już od momentu wybrzmienia pierwszych nut utworu „Captain Goat” i pojawienia się muzyków na scenie było jasne, że nie będzie to zwykły koncert, lecz dopracowany spektakl. Szwedzi na estradę „wpłynęli” na ruchomych platformach, które wyłoniły się zza rozsuwanej perkusji. Spowijająca klub ciemność i granatowe światło, w którym widoczne były jedynie zarysy postaci muzyków oraz staroświecka latarnia, którą w dłoni dzierżył wokalista formacji, wprowadziły nieco złowieszczą atmosferę. Centralną postacią pozostaje oczywiście wokalista Johannes Eckerström, który swoją sceniczną charyzmą i ekspresją całkowicie podporządkowuje sobie publiczność. Eckerström jest frontmanem w pełnym tego słowa znaczeniu – prowadzi dialog z publicznością, prowokuje ją do reakcji, a chwilami niemal reżyseruje emocje zgromadzonych pod sceną fanów, którzy są w stanie zrobić dosłownie wszystko, o co ich poprosi. W połączeniu z charakterystycznym makijażem i teatralną gestykulacją tworzy postać, która idealnie pasuje do mrocznej, nieco groteskowej estetyki zespołu. Setlista została skomponowana w sposób, który pozwalał utrzymać napięcie przez cały koncert. Zespół przeplatał nowsze utwory z materiałem, który na stałe wpisał się w ich koncertowy repertuar. Szczególnie mocno wybrzmiały takie kompozycje jak „Silence in the Age of Apes”, w którym widać, jak technicznie perfekcyjny jest Eckerström, który podczas headbangingu nadal porywa zachwycającym growlem, czy „Bloody Angel”, który rozpoczyna się niewinnie, niczym kołysanka, aby następnie strącić nas w mroczną otchłań ciężkimi gitarami Tima Öhrströma i Jonasa Jarlsby oraz rozdzierającym pierś głębokim, momentami przechodzącym wręcz w krzyk głosem Eckerströma.
Każdy z zaprezentowanych przez zespół utworów wywoływał natychmiastową reakcję publiczności, która wręcz spijała każde słowo z ust frontmana. Ochrona miała pełne ręce roboty, gdyż crowd surfing nie ustawał ani na chwilę. Na żywo Avatar brzmi ciężko, ale jednocześnie niezwykle precyzyjnie. Gitary Öhrströma i Jarlsby są ostre i selektywne, nawet kiedy wprowadzają publiczność w funkowy trans, jak chociażby w „Death and Glitz” czy „Hail The Apocalypse”, sekcja rytmiczna, z mocno zaznaczonym basem Henrika Sandelina trzyma całość w żelaznym uścisku, a wokal Eckerströma bez problemu przechodzi od niskich, teatralnych partii do agresywnego krzyku. Jednak to nie tylko muzyka decydowała o sile występu Avatara. Równie ważna, a możne nawet dominująca, była sceniczna energia, która w połączeniu z dynamiczną scenografią, zmianą strojów i charakterystyczną estetyką zespołu tworzy widowisko, które bardziej przypomina groteskowy spektakl niż klasyczny metalowy występ.
Muszę przyznać, że choć Avatar w Polsce występował wielokrotnie, to był to mój pierwszy ich koncert. Ten wieczór sprawił, iż zrozumiałam, dlaczego ludzie tak kochają tę formację. Ze Stodoły wyszłam totalnie oszołomiona intensywnością występu, techniczną precyzją oraz zaangażowaniem muzyków i publiczności. Myślę, że był to jeden z najlepszych występów, jakie widziałam w ostatnich miesiącach, a koncert w Warszawie sprawił, że z pewnością wybiorę się na kolejne, które zagrają nad Wisłą.
Muzyczna różnorodność, którą zaprezentowali Avatar, Alien Weaponry oraz Agabas, sprawiła, że wieczór w Stodole był nie tylko koncertem, lecz także ciekawą podróżą przez różne estetyki ciężkich brzmień.
Zdjęcia z koncertu znajdziecie w galerii.