Koncert w klubie B90 był jedynym przystankiem w Polsce podczas obejmującej aż 22 miasta trasie „Mass Hallucination Tour 2026”. Już od wejścia do industrialnego serca stoczni, czuć było, iż to nie będzie zwykły koncert. Klub szybko wypełnił się fanami spragnionymi ekstremalnych brzmień, a atmosfera gęstniała z każdą minutą. Wieczór otworzyła formacja Vomitory. Szwedzi weszli na scenę bez zbędnych wstępów i kompromisów, serwując death metal w jego najbardziej pierwotnej, brutalnej formie. Mimo ewidentnych problemów z dźwiękiem na początku ich występu, poprzeczka została wysoko ustawiona od samego początku. Szwedzi swój 30-minutowy set otworzyli kawałkiem „Revelation Nausea”, który jest zarazem tytułowym utworem z ich trzeciego albumu studyjnego wydanego w 2001 roku. Ich koncert to nie tyle występ, ile frontalny atak – gęste, ciężkie riffy, perkusja pracująca jak dobrze naoliwiona maszyna i wokal, który nie tyle prowadzi, ile rozdziera strukturę utworów od środka. Na reakcję publiczności, która już w tym momencie wypełniała klub, nie trzeba było długo czekać i pod sceną pojawiły się pierwsze mosh pity. Zespół zaprezentował dość przekrojowy set (zabrakło jedynie kawałków z początków ich działalności), w którym znalazło się także miejsce dla utworów „For Gore and Country” oraz „Wrath Unbound” pochodzących z najnowszego wydawnictwa formacji zatytułowanego „In Death Throes”, które premierę miało dokładnie 10 kwietnia 2026, czyli dzień po gdańskim koncercie.
Po krótkiej przerwie technicznej na scenę wkroczyli weterani z norweskiego Vreid, który zaprezentował charakterystyczne połączenie black metalu i rockowej melodyki. Ich set był dynamiczny i konkretny. W przekrojowej setliście nie zabrakło mocnego uderzenia w postaci „Into the Mountains” pochodzącego z wydanego w 2021 roku krążka „Wild North West”, a także trzech kawałków z wydanego w tym roku albumu „The Skies Turn Black”. Pod względem brzmienia i techniki wszystko było na najwyższym poziomie, jednak z jakiegoś powodu zespół wypadł dość zachowawczo, a publiczność chyba nie do końca „czuła” ich melodyjne wstawki, które umiejętnie przeplatają z wręcz thrashowymi riffami. Osobiście lubię takie połączenie i koncert Vried sprawił, że z pewnością zagłębię się w ich twórczość, gdyż trzydzieści minut, które zagrali w Gdańsku, z pewnością nie pokazało ich pełnego potencjału.
Abbath – czyli żywa legenda black metalowej sceny
Abbath pojawił się na scenie jak postać wyjęta z innego wymiaru – i w pewnym sensie dokładnie tym jest. Weteran black metalu, który zaczynał w Immortal, jednym z najbardziej wpływowych zespołów gatunku, porywa publiczność swoją sceniczną prezencją. Oczywiście towarzyszy mu zespół, ale nie ma wątpliwości, że wszystkie oczy są zwrócone na niego. Jego koncert był najbardziej „teatralnym” elementem wieczoru, ale nie w sensie sztuczności, lecz świadomego budowania wizerunku i atmosfery. Charakterystyczna mimika, sceniczna swoboda i ten specyficzny, lodowaty groove sprawiły, że publiczność podczas jego koncertu była w transie. Abbath uraczył nas solidnym setem opartym na solowym materiale, który rozpoczął od „To War!”. Oczywiście nie mogło zabraknąć również mrocznych hymnów z czasów, kiedy Olve Eikemo był członkiem Immortal. Fani dostali więc „Tyrants”, „Withstand the Fall of Time”, „One By One”, a nawet kawałek będący dziedzictwem legendarnego królestwa „Blashyrkh (Mighty Ravendark)”. Abbath tradycyjnie podczas koncertu nie był zbyt wylewny – z jego ust padło zaledwie kilka słów oraz bliżej nieokreślonych i niezrozumiałych dźwięków, co jedynie udowadnia, że w tym występie najważniejsza jest przecież muzyka. Koncert Abbath był przepełniony gęstymi jak smoła gitarowymi riffami, które wraz z rozdzierającym głosem wokalisty próbowały przedrzeć się przez gęsty dym i melancholijne ciemne światła, które jedynie podkreślały artystyczny przekaz.
Hypocrisy – solidnie naoliwiona machina, która zachwyca od ponad trzech dekad
Po tych trzech niezwykle intensywnych wykonach, Hypocrisy pod wodzą legendy europejskiej sceny metalowej – Petera Tägtgrena weszli na scenę z potężnym, selektywnym brzmieniem i od pierwszych dźwięków „They Will Arrive”, który pochodzi z wydanego w 2021 roku albumu „Worship”, przejęli pełną kontrolę nad publiką. Ich set był przekrojowy – od bardziej surowych numerów z początku działalności, jak „Inferior Devoties”, „Fractured Millennium”, po klasyki w postaci „Eraser”, „War-Path” czy „Fire in the Sky”. Nikogo chyba nie zdziwił fakt, iż Szwedzi zagrali sporo kawałów z kultowego krążka „Abducted”, w końcu w tym roku mija dokładnie 30 lat od momentu jego wydania. I tak w Gdańsku wybrzmiały „Carved Up”, „Killing Art” oraz klasyk nad klasykami, czyli „Roswell 47”, którym zamknęli swój 70-minutowy występ. W ich repertuarze znalazło się także miejsce na „najnowsze” (pochodzące z wydanego w 2021 roku albumu „Worship”) utwory, jak wspomniane „They Will Arrive”, „Chemical Whore” i „Children of the Gray”. Peter Tägtgren i jego zespół nie muszą niczego udowadniać, ale wciąż grają tak, jakby każdy koncert miał być tym najważniejszym w ich karierze. Lider grupy –niezwykle skupiony, powściągliwy w słowach i emocjach, po raz kolejny udowodnił swój muzyczny geniusz, i jedynie umocnił wszystkich w przekonaniu, że nie bez powodu zyskał status legendy. Wszystko zagrane było z ogromną precyzją i sceniczną pewnością. Brzmienie było masywne, wykonane z techniczną doskonałością, świetnie naoliwionej machiny, która napędza europejską death metalową scenę od ponad trzech dekad. Muszę przyznać, że w ostatnich latach częściej widywałam Petera Tägtgrena z jego projektem Pain, który w ostatnimi czasy skupiał nieco więcej uwagi legendarnego muzyka i producenta. Tym niemniej, wspaniale było usłyszeć go ponownie w nieco innej, zwłaszcza pod względem wokalnym, wersji. Choć w Painie słyszymy więcej czystego wokalu, to w Hypocrisy zachwyca charakterystycznym głębokim growlem, który z biegiem lat nie stracił na agresywności.
Po koncercie fani zastanawiali się, czy obecna trasa jest może preludium do wydania nowego krążka? Na ten moment nic tego nie zapowiada. Znany z perfekcjonizmu Tägtgren, który podczas wywiadów, które udało mi się z nim w przeszłości przeprowadzić, podkreślał, że brak nowej muzyki Hypocrisy (na wydany w 2021 roku krążek „Worship” fani musieli czekać aż osiem lat), wynika nie z jego lenistwa czy nadmiaru obowiązków (choć na brak zajęć nie narzeka), a faktu, iż chce wypuścić na rynek dopracowany w każdym calu materia. To może jedynie sugerować, że na nowe kawałki przyjdzie nam jeszcze nieco poczekać, zwłaszcza, że po letnim sezonie festiwalowym, jesienią ponownie wyrusza w trasę z Painem.
Ten wieczór w gdańskim B90 był jednym z najmocniejszych metalowych wydarzeń tej wiosny – cztery zespoły, cztery różne oblicza ekstremy – od bezlitosnej brutalności Vomitory, przez chłodną narrację Vreid, po ikoniczny, niemal rytualny charakter występu Abbatha i perfekcyjnie skonstruowaną dominację Hypocrisy. Wieczór kompletny, intensywny, który z pewnością na długo zostanie w pamięci uczestników.
Zdjęcia z wydarzenia znajdziecie w naszej galerii.