Wypadek motocyklowy Boba Dylana
W rock'n'rollowym panteonie są momenty, które obrastają legendą. Jednym z nich jest 29 lipca 1966 roku, dzień, w którym Bob Dylan, będący u szczytu absolutnej sławy, po prostu wyparował. Oficjalny komunikat rzucił hasło: wypadek na motocyklu Triumph T100 w okolicach Woodstock i pęknięte kręgi szyjne. Cała historia natychmiast obrosła jednak gęstą mgłą tajemnicy, a paliwa do plotek dolewał kompletny brak oficjalnych dowodów. Nie było żadnych zapisów szpitalnych ani policyjnych raportów. Ta aura niedopowiedzeń okazała się idealną zasłoną dymną, by zrzucić z siebie ciężar korony „głosu pokolenia” i wykonać jeden z najbardziej brawurowych wiraży w dziejach rocka. Sam Dylan po latach przyznał w autobiografii, że choć do wypadku faktycznie doszło, prawdziwym powodem zniknięcia była chęć ucieczki z medialnego wyścigu szczurów.
Czy to była tylko ucieczka od sławy?
Przed incydentem Dylan był jak rozpędzona lokomotywa bez hamulców. W morderczym tempie zaledwie dwóch lat wypuścił pięć albumów, które na zawsze zmieniły muzyczny krajobraz, a jego arcydzieło „Blonde on Blonde” wbiło się na listę Billboardu na sześć dni przed wypadkiem. Katorżnicza trasa koncertowa po Stanach, Australii i Europie, plany na ponad sześćdziesiąt kolejnych występów i łatka proroka, której nienawidził, postawiły go na krawędzi. Wypadek, niezależnie od tego, czy skończyło się na złamanym karku, czy był tylko pretekstem do walki z uzależnieniami, zadziałał jak wyczekiwany zawór bezpieczeństwa. Stał się katalizatorem, który pozwolił mu zerwać z dotychczasowym życiem i piekielnymi oczekiwaniami fanów oraz branży.
Sesje "The Basement Tapes". Sto legendarnych nagrań z piwnicy Boba Dylana
Swój artystyczny azyl Dylan odnalazł z dala od medialnego cyklonu, w spokojnych okolicach Woodstock. To właśnie tam, w piwnicy charakterystycznego, różowego domu wynajętego przez jego zespół The Hawks, rozegrał się jeden z najbardziej mitycznych rozdziałów rocka. Między czerwcem a październikiem 1967 roku, w towarzystwie muzyków, którzy niebawem mieli przyjąć szyld The Band, Dylan nagrał ponad sto utworów. Sesje, znane dziś jako „The Basement Tapes”, były totalnym zaprzeczeniem studyjnego blichtru. Rejestrowane na skromnym magnetofonie pożyczonym od menedżera, Alberta Grossmana, stały się manifestem powrotu do korzeni amerykańskiej muzyki.
W „Big Pink” panowała atmosfera totalnego luzu i twórczej swobody. Klawiszowiec Garth Hudson wcielił się w rolę inżyniera dźwięku, a reszta grała na tyle cicho, by w surowej, betonowej przestrzeni nie zagłuszyć wokalu. Z głośników płynęły zarówno covery Johnny'ego Casha i utwory tradycyjne, jak i zupełnie świeże kompozycje, które Dylan pisał na kolanie, siadając do maszyny do pisania. W takich właśnie warunkach narodziły się nieśmiertelne klasyki, jak „I Shall Be Released” czy „This Wheel's on Fire”. Nagrania, które miały być tylko demówkami dla wydawców, wyciekły i niechcący odpaliły całą lawinę zwaną przemysłem bootlegowym, materializując się w postaci legendarnego pirata „Great White Wonder”.
Jak piwniczne taśmy Dylana zainspirowały Erica Claptona do opuszczenia Cream?
Artystyczna wolta, jakiej Dylan dokonał w betonowych czeluściach „Big Pink”, była niczym rewolucja. Porzucił elektryczny, miejski zgiełk znany z „Highway 61 Revisited” i zanurzył się po uszy w surowych, intymnych balladach czerpiących garściami z folku, country i bluesa. Był to świadomy prztyczek w nos psychodelicznego rocka, który zalewał wtedy listy przebojów. Legenda głosi, że słysząc „Sgt. Pepper's” Beatlesów, miał rzucić krótko: „Wyłączcie to gówno”, co najlepiej oddaje jego ówczesne nastawienie. Ta przemiana znalazła swoje oficjalne ujście na albumie „John Wesley Harding”, nagranym w Nashville pod koniec 1967 roku. Była to płyta ascetyczna, prosta i płynąca totalnie pod prąd muzycznej mody.
Choć świat musiał czekać na oficjalne wydanie „The Basement Tapes” aż do 1975 roku, ich wpływ rozlał się po scenie niemal natychmiast. Utwory z piwnicznych sesji zbudowały gitarowy fundament debiutanckiego albumu The Band, „Music from Big Pink”, który zainspirował Erica Claptona do opuszczenia Cream w poszukiwaniu bardziej autentycznego brzmienia. Wypadek z 1966 roku okazał się więc nie końcem, a nowym, fascynującym początkiem. Czasem, żeby odnaleźć swój prawdziwy głos, trzeba najpierw zniknąć z oczu i zaszyć się w różowej piwnicy. A potem wrócić i na własnych zasadach zmienić wszystko.