Od domowej awantury do Gabinetu Owalnego. Jak Elvis Presley trafił do prezydenta?
Cała historia zaczęła się od zwykłej kłótni w posiadłości Graceland. Ojciec artysty, Vernon, oraz żona Priscilla mieli pretensje do Elvisa o to, że wydał fortunę na świąteczne prezenty. Muzyk kupił wtedy bliskim i znajomym aż 32 pistolety i kilka samochodów, wydając na to ponad 100 000 dolarów. Urażony krytyką gwiazdor spakował się i samotnie poleciał do Waszyngtonu. Podczas lotu liniami American Airlines, na firmowym papierze listowym, napisał odręcznie pięciostronicowy list do Richarda Nixona. Wyraził w nim chęć pomocy krajowi w walce z grupami, które uważał za szkodliwe, takimi jak Czarne Pantery czy radykalni studenci z organizacji SDS.
Rankiem 21 grudnia 1970 roku Elvis osobiście pojawił się pod bramą Białego Domu, by dostarczyć list strażnikom. Prosił w nim o spotkanie i nadanie mu statusu agenta federalnego do zadań specjalnych. Doradcy prezydenta uznali, że spotkanie z taką gwiazdą będzie świetnym ruchem wizerunkowym, który pomoże Nixonowi dotrzeć do młodych ludzi. Król nie czekał długo na odpowiedź i jeszcze tego samego dnia został zaproszony na rozmowę twarzą w twarz z najpotężniejszym człowiekiem na świecie.
Marzenie o odznace i prawo do noszenia broni. Prawdziwy cel wizyty Elvisa
Chociaż Presley deklarował patriotyczne pobudki, jego głównym celem była konkretna rzecz: oficjalna odznaka Biura ds. Narkotyków i Niebezpiecznych Leków (BNDD). Muzyk był zapalonym kolekcjonerem policyjnych emblematów, ale ten konkretny egzemplarz był dla niego najcenniejszy. Według relacji jego żony, Priscilli, Elvis wierzył, że taka legitymacja da mu absolutny immunitet. Myślał, że dzięki niej będzie mógł legalnie przewozić dowolną ilość broni oraz swoje silne leki na receptę w każde miejsce na świecie, nie narażając się na żadne kontrole.
Elvis żył w przekonaniu, że federalna odznaka antynarkotykowa da mu prawo do noszenia pistoletów i posiadania przy sobie wszelkich substancji, jakich tylko zapragnie – wspomniała po latach Priscilla Presley w swojej książce "Elvis and Me"
Początkowo dyrekcja biura antynarkotykowego nie chciała słyszeć o przyznaniu muzykowi takiego wyróżnienia, uznając, że nie ma on ku temu żadnych kwalifikacji. Dopiero naciski ze strony ludzi prezydenta zmusiły urzędników do ustępstwa. Nixon osobiście polecił, by wręczyć Presleyowi upragniony przedmiot, co miało ostatecznie zadowolić piosenkarza i zakończyć jego prośby.
Atak na The Beatles w Gabinecie Owalnym. Elvis oskarża kolegów z branży
Podczas samej rozmowy z prezydentem Elvis zachowywał się bardzo swobodnie i w pewnym momencie zaczął ostro krytykować zespół The Beatles. Stwierdził, że czwórka z Liverpoolu jest odpowiedzialna za szerzenie nastrojów antyamerykańskich i demoralizację młodzieży. Według notatek z tego spotkania, Presley uważał, że Brytyjczycy zarobili w USA miliony, a potem wrócili do domu i zaczęli publicznie pluć na amerykański system oraz wojnę. Richard Nixon przytaknął mu, dodając, że ludzie biorący narkotyki faktycznie stoją na czele buntów przeciwko rządowi.
Eksperci od historii muzyki sugerują jednak, że za tym atakiem stała nie tylko troska o ojczyznę, ale też zwykła zawodowa zazdrość. Na początku lat 70. XX wieku kariera Elvisa powoli stawała się reliktem przeszłości, a światem rządzili młodsi artyści, którzy przejęli masową wyobraźnię. Co ciekawe, kilka lat wcześniej Elvis gościł Beatlesów w swoim domu i wspólnie z nimi grał, co sprawiło, że jego późniejszy donos był dla wielu fanów rocka sporym zaskoczeniem. Paul McCartney po latach skomentował to zachowanie z lekkim żalem, uznając całą sytuację za dość absurdalną w kontekście tego, co stało się z Elvisem później.
Prezent na biurku prezydenta i wielki paradoks uzależnienia
Samo spotkanie obfitowało w dziwne sytuacje. Elvis Presley wszedł do Gabinetu Owalnego ubrany w fioletowy, welurowy garnitur z ogromną złotą klamrą i koszulę z kołnierzem przypominającym pelerynę Draculi. Przyniósł też prezydentowi prezent – zabytkowy pistolet Colt kaliber .45 z okresu II wojny światowej, schowany w drewnianej kasetce. Broń została oczywiście natychmiast odebrana przez agentów Secret Service. Na koniec wizyty uradowany muzyk złamał wszelkie zasady protokołu i mocno przytulił zszokowanego Nixona.
Największym paradoksem całej wizyty był fakt, że człowiek chcący walczyć z narkotykami, sam był w tamtym czasie mocno uzależniony od amfetaminy i środków przeciwbólowych. Elvis nie uważał się jednak za narkomana. Twierdził, że jego tabletki są legalne, bo przepisuje je lekarz, a walka powinna toczyć się jedynie z "brudnymi" narkotykami z ulicy, takimi jak marihuana czy LSD. Prawda o jego stanie zdrowia wyszła na jaw dopiero po jego śmierci w 1977 roku, kiedy raporty toksykologiczne wykazały w jego organizmie ogromną mieszankę silnych leków. Zdjęcie z tego spotkania do dziś pozostaje najczęściej zamawianą fotografią w Archiwach Narodowych USA, bijąc na głowę nawet zdjęcia z lądowania na Księżycu.