Uciekł z boysbandu, by flirtować z rockowym buntem. Robbie Williams wskazał jednego króla rocka. To nie Stonesi ani Beatlesi

2026-04-02 13:53

Robbie Williams przez lata próbował zerwać z wizerunkiem chłopaka z boysbandu i udowodnić, że stać go na coś więcej niż popowe przeboje. Gdy w końcu stanął na samym szczycie, nie wskazał jednak rockowych gigantów, których wszyscy się spodziewali. Zamiast tego postawił na jedną postać – i zrobił to bez wahania: "On był, jest i pozostanie największą gwiazdą rocka”. To był wybór, który dla wielu fanów rocka do dziś brzmi jak prowokacja.

Robbie Williams

i

Autor: East News/ East News

Na początku sierpnia 2003 roku na polach Knebworth zebrało się ponad 375 tysięcy ludzi. Nie grali tam ani The Rolling Stones, ani odrodzone Led Zeppelin. Na scenę wyszedł Robbie Williams – artysta, który jeszcze dekadę wcześniej był częścią popowej machiny Take That. W świecie rocka autentyczność jest walutą cenniejszą niż złoto. Dlatego deklaracje Williamsa wielu przyjęło z ironicznym uśmiechem. W końcu mówił to ktoś, kto zaczynał od choreografii i gotowych hitów.

Robbie Williams nigdy nie chciał być „prawdziwym rockmanem”. On chciał być ikoną.

Potrafił nagrywać swingowe standardy w hołdzie Sinatrze, by chwilę później flirtować ze stylistyką Jamesa Bonda w „Millennium”. Łączył sprzeczności i robił z nich swój znak firmowy. Zawsze celował wyżej, niż pozwalał mu na to jego muzyczny rodowód. Dlatego jego wybór nie był przypadkowy. Elvis Presley nie był dla niego tylko buntownikiem z lat 50. Był wzorem artysty totalnego. Nie tylko śpiewał. Reżyserował emocje. Prowadził tłum. Budował napięcie jak rasowy showman. To nie był koncert – to było zbiorowe uniesienie.

Dlaczego największy showman brytyjskiego popu namaścił króla rock and rolla?

W świecie rocka autentyczność jest walutą cenniejszą niż złoto. Dlatego deklaracje Williamsa wielu przyjęło z ironicznym uśmiechem. W końcu mówił to ktoś, kto zaczynał od choreografii i gotowych hitów. Ale Robbie nigdy nie chciał być „prawdziwym rockmanem”. On chciał być ikoną. Potrafił nagrywać swingowe standardy w hołdzie Sinatrze, by chwilę później flirtować ze stylistyką Jamesa Bonda w „Millennium”. Łączył sprzeczności i robił z nich swój znak firmowy. Zawsze celował wyżej, niż pozwalał mu na to jego muzyczny rodowód.

Dlatego jego wybór nie był przypadkowy. Elvis Presley nie był dla niego tylko buntownikiem z lat 50. Był wzorem artysty totalnego:

Każdy lubi przynajmniej jedną piosenkę Elvisa... Ja kocham je wszystkie. On był, jest i pozostanie największą gwiazdą rocka.

Jak ROBBIE WILLIAMS został małpą? Kulisy filmu BETTER MAN | To Się Kręci

Williams widział w Elvisie przede wszystkim performera – człowieka, który potrafił zahipnotyzować miliony nie tylko głosem, ale i osobowością. Kogoś, kto zamienił muzykę w widowisko. Szczególnie bliski był mu ten późniejszy Presley – z Las Vegas. W białym kombinezonie, w świetle reflektorów, zamieniający każdy wieczór w spektakl. Krytycy mogli kręcić nosem, ale publiczność była bezsilna wobec jego magnetyzmu. To właśnie w tym Williams mógł zobaczyć siebie. Jego koncerty też były pełne brawury, autoironii i balansowania na granicy kiczu i geniuszu. Równie ważne jak piosenki były jego monologi, żarty i nieustanny dialog z publicznością.

Williams rozpoznał w Presleyu nie tylko artystę

To, co łączy obie postaci, to nie tylko skala sukcesu, ale też jego mroczna strona. Obaj musieli dźwigać ciężar korony, która z symbolu władzy szybko stawała się złotą klatką. Elvis u schyłku życia był więźniem własnego wizerunku, otoczonym przez dwór pochlebców i uzależnionym od leków, które miały mu pomóc przetrwać kolejny występ. Williams przez lata otwarcie mówił o swoich demonach – walce z alkoholem, narkotykami i chorobami psychicznymi, które były ceną za życie na świeczniku od najmłodszych lat. Deklaracja Robbiego o wielkości Elvisa to zatem coś więcej niż tylko wyraz muzycznego podziwu. To rozpoznanie w Presleyu nie tylko artysty, ale i człowieka zmagającego się z brzemieniem własnej ikoniczności.

Robbie Williams nigdy nie został klasycznym rockmanem

To zrozumienie, że bycie „największą gwiazdą rocka” nie oznacza jedynie nagrywania przełomowych płyt. Oznacza zdolność do porwania tłumów, stworzenia mitu i, co najtrudniejsze, uniesienia go na swoich barkach, nawet gdy ten staje się nieznośnie ciężki. Pozostał mistrzem popowego spektaklu. Ale patrząc na jego karierę przez pryzmat jego fascynacji Elvisem, widać wyraźnie, że nie chodziło o gatunek muzyczny. Chodziło o dziedzictwo. O miejsce w historii, które zajmują nie tylko najlepsi muzycy, ale przede wszystkim najwięksi showmani. A w tym panteonie, jak sam przyznał, król może być tylko jeden. On sam zadowolił się rolą księcia, który przynajmniej wie, komu oddać hołd.

Galeria: Robbie Williams Uciekł z boysbandu, by flirtować z rockowym buntem