Nie chcę być gwiazdą rocka przez całe życie. Nie zniósłbym skończyć jak Elvis Presley w Las Vegas, z tymi wszystkimi gospodyniami domowymi i starszymi paniami przychodzącymi z torebkami.
Rock nie miał być wygodnym numerem dla publiczności
W tych słowach Mick Jagger brzmiał ostro, ale też bardzo konkretnie. Nie odrzucał przecież samej sławy ani grania do późnych lat. Odrzucał inny scenariusz – taki, w którym artysta przestaje być żywą siłą, a zaczyna odgrywać własną legendę jak dobrze znany numer z archiwum. Elvis w Las Vegas stawał się w tej wizji symbolem czegoś większego niż tylko jednego etapu kariery. Symbolizował moment, w którym rock traci nieprzewidywalność, a zamiast tego dostaje wygodny rytuał dla wiernej, oswojonej publiczności.
To właśnie mogło Jaggera odrzucać najmocniej. Rock przez lata żywił się ruchem, napięciem, seksualnością, ryzykiem i poczuciem, że za chwilę wszystko może się rozsypać. Las Vegas pachniało czymś dokładnie odwrotnym – powtórką, kontrolą i wieczornym spektaklem, w którym nawet bunt był już grzecznie oprawiony. Dla faceta ze Stonesów taka wizja musiała brzmieć jak najgorszy możliwy finał.
Elvis był legendą, ale też ostrzeżeniem
Najciekawsze w tym cytacie jest to, że Jagger wcale nie mówił wyłącznie o Elvisie. Oczywiście, Presley był gigantem – figurą tak wielką, że każdy kolejny rockman musiał się wobec niego jakoś ustawić. Ale w wersji z Las Vegas stawał się też ostrzeżeniem. Nie przed starością, tylko przed momentem, w którym artysta zaczyna żyć już głównie własnym mitem. Jagger nie szydził z publiczności z torebkami ani z późnego Presleya. Bardziej wyczuwał coś, czego sam za wszelką cenę chciał uniknąć – sytuację, w której scena przestaje być miejscem napięcia, a staje się bezpieczną wystawą dawnych emocji. W takim układzie gwiazda nadal może być sławna, nadal może przyciągać tłumy, ale nie niesie już tego samego niepokoju. Jest bardziej atrakcją niż zagrożeniem.
A przecież frontman Stonesów budował się właśnie na tym, że nigdy nie chciał być wygodny. Nawet gdy zespół The Rolling Stones stał się gigantyczną marką, w jego scenicznym wizerunku wciąż musiało zostać coś z ruchu, bezczelności i lekkiego chaosu. Zostanie własnym pomnikiem byłoby dla Jaggera czymś znacznie gorszym niż zwykłe starzenie się.
Najgorsze było nie to, że rock się starzeje – tylko że tężeje
Tu tak naprawdę krył się najciekawszy sens tej wypowiedzi. Jagger nie mówił: nie chcę się zestarzeć. Mówił raczej: nie chcę skamienieć. Nie chcę dojść do punktu, w którym wszystko działa, bilety się sprzedają, ludzie klaszczą, a jednak z całej tej historii wyparował nerw. To zresztą lęk, który w rocku wracał częściej, niż mogło się wydawać. Wielu artystów bało się nie tyle samego wieku, ile chwili, w której energia zamienia się w rutynę, a charyzma w muzealny eksponat. Jagger ujął to brutalnie, po swojemu, bez eleganckich ozdobników. Dla niego rock nie miał być wygodnym trwaniem przy własnej legendzie. Miał w sobie zostawiać ruch, ryzyko i odrobinę nieprzyjemnego napięcia.
Pomnik jest efektowny, rozpoznawalny i martwy. A Jagger najwyraźniej woli być czymś znacznie mniej eleganckim, za to bardziej żywym, mimo że od dawna jest juz częścią historii.