Matematyczny przepis na hit. Jak Paul Stanley rzucił wyzwanie dyskotekom?
Pod koniec lat 70. Paul Stanley był stałym bywalcem legendarnego nowojorskiego klubu Studio 54. Obserwując bawiące się tłumy, doszedł do wniosku, że muzyka disco opiera się na bardzo prostym, niemal mechanicznym schemacie. Muzyk uznał, że stworzenie przeboju, który podbije parkiety, nie wymaga wielkiego talentu, a jedynie trzymania się określonych zasad. Postanowił rzucić sobie wyzwanie i napisać piosenkę opartą na rytmie 120 uderzeń na minutę, co było wtedy standardem w klubach tanecznych.
Do współpracy zaprosił Desmonda Childa, który później stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych autorów hitów w historii rocka. Razem stworzyli utwór, który łączył rockowe gitary z pulsującym, dyskotekowym bitem. Stanley chciał pokazać światu, że potrafi bez wysiłku stworzyć coś, co pokochają miliony, nawet jeśli będzie to zupełnie sprzeczne z dotychczasowym wizerunkiem KISS. Efekt przeszedł jego najśmielsze oczekiwania, ponieważ piosenka błyskawicznie opanowała listy przebojów w Kanadzie, Holandii czy Australii.
Kłamstwo za perkusją i mroczny sekret albumu "Dynasty"
Choć fani widzieli na okładce płyty i w teledysku oryginalny skład zespołu, prawda o nagrywaniu "I Was Made for Lovin' You" była starannie ukrywana przez lata. Perkusista Peter Criss w tamtym czasie zmagał się z poważnymi problemami osobistymi, uzależnieniem od narkotyków oraz skutkami wypadku samochodowego. Jego forma była tak słaba, że producent Vini Poncia uznał, że muzyk nie poradzi sobie z nagraniem tak precyzyjnego i równego rytmu, jakiego wymagała ta piosenka.
Ostatecznie za perkusją usiadł muzyk sesyjny Anton Fig, który wykonał całą robotę w studio. Zespół jednak nie mógł pozwolić sobie na przyznanie się do rozłamu, więc oficjalnie to Criss figurował jako wykonawca. Był to jeden z wielu sygnałów, że wewnątrz KISS dzieje się źle, a dążenie do komercyjnego sukcesu zaczyna wygrywać z lojalnością i rockowymi korzeniami kapeli. Mimo to singiel sprzedawał się znakomicie, ratując finanse grupy i pozwalając jej na organizację ogromnych tras koncertowych.
Wściekłość KISS Army i wojna z muzyką disco
Premiera utworu nastąpiła w najgorszym możliwym momencie dla relacji z twardym jądrem fanów. Rok 1979 był w USA czasem otwartej wojny subkultur, a hasło "Disco Sucks" można było spotkać na każdym kroku. Zaledwie kilka tygodni po premierze albumu "Dynasty" w Chicago odbyła się słynna "Disco Demolition Night", podczas której fani rocka masowo niszczyli i wysadzali w powietrze płyty z muzyką taneczną. W środku tego ideologicznego konfliktu KISS, dotąd uważany za symbol buntu i ciężkiego grania, wypuścił piosenkę idealnie pasującą do dyskotek.
Reakcja KISS Army była bezlitosna. Wielu fanów uznało to za bezczelną zdradę i "sprzedanie się" dla pieniędzy. Dochodziło do sytuacji, w których podczas koncertów ludzie odwracali się plecami do sceny, gdy tylko słyszeli charakterystyczny, pulsujący basowy wstęp. Zespół, który budował swoją legendę na mrocznym wizerunku i głośnych gitarach, nagle stał się gwiazdą klubów nocnych, co dla wielu nastolatków słuchających hard rocka było niewybaczalne.
Gene Simmons i upokarzające chórki. "Demon" musiał śpiewać jak w dyskotece
Gene Simmons nigdy nie ukrywał, że propozycja Paula Stanleya mocno go uderzyła. Lider zespołu, który widział siebie jako mroczną postać plującą krwią, nagle dostał partię wokalną, która kojarzyła się z zabawą w nocnym klubie, a nie z wielkim show hardrockowej legendy. Linia basu, oparta na oktawach, była dla niego nudna i sprzeczna z jego artystycznym stylem.
Brzmi świetnie, a co robię ja, potężny Demon plujący krwią? Na co Stanley odparł: Stoisz z tyłu i śpiewasz: Do, do, do, do, do, do, do – wspominał Simmons w trakcie rozmowy
Paradoksalnie, mimo nienawiści Simmonsa do tego utworu, KISS musiał go grać na żywo przez kolejne 40 lat. Piosenka stała się tak wielkim hitem na rynkach międzynarodowych, że publiczność nie wyobrażała sobie koncertu bez niej. Aby zachować resztki godności, muzycy z czasem zaczęli grać ten numer w znacznie szybszym tempie, z cięższymi przesterami na gitarach i mocniejszą perkusją, starając się zatrzeć jego dyskotekowy rodowód i nadać mu bardziej rockowego charakteru.