Spis treści
Scena lat siedemdziesiątych była… lepka - od potu, rozlanego piwa i tanich perfum, które w zadymionych klubach i na wielkich stadionach tworzyły specyficzną, duszną atmosferę rockowego uniesienia. Na szczycie królowali bogowie – długowłosi, charyzmatyczni, spowici mgiełką tajemnicy i autentycznego talentu. Byli ludźmi z krwi i kości, którzy po prostu wspięli się wyżej niż inni. Aż nagle na tę scenę wjechała czwórka postaci jakby z innego wymiaru. Z komiksu, z kreskówki, z koszmaru.... To nie byli bogowie. To były potwory.
KISS nie prosiło o akceptację. Oni jej zażądali, plując ogniem, krwią i serwując riffy tak proste, że aż genialne. W samym sercu tej machiny stał Gene Simmons – „The Demon” – basista z językiem jaszczurki i nienasyconym apetytem na sławę i pieniądze. Przez lata budował mit wokół siebie i zespołu, mit tak potężny, że w końcu uwierzyli w niego wszyscy. Ale w jednej z rzadkich chwil, gdy maska na chwilę opadła, zdradził klucz do całej swojej filozofii. Nie była to filozofia muzyka. Była to dewiza reżysera własnego życia.
Nigdy nie zależało mi na byciu gwiazdą rocka. Zawsze chciałem być Borisem Karloffem.
To zdanie, rzucone pozornie od niechcenia, jest w rzeczywistości kamieniem węgielnym całego imperium KISS. Jest manifestem, który tłumaczy każdy kostium, każdą bombę dymną i każdą platynową płytę. Bo Gene Simmons, a właściwie Chaim Witz, chłopak z Hajfy, który wylądował w nowojorskim Queens, zrozumiał coś, czego wielu jego rówieśników nie pojęło. Zrozumiał, że rock and roll to nie tylko muzyka. To przede wszystkim teatr.
Gene Simmons stworzył potwora
Kim był Boris Karloff? Dla pokolenia wychowanego na klasycznych horrorach wytwórni Universal, był potworem Frankensteina. Był Mumią. Był ucieleśnieniem mroku i grozy, postacią, której bali się i którą jednocześnie kochali widzowie na całym świecie. Ale pod lateksową maską i toną makijażu krył się William Henry Pratt, dystyngowany angielski dżentelmen o łagodnym usposobieniu i nienagannej dykcji. Grał potwora z mistrzowską precyzją.
Simmons pragnął dokładnie tego samego. Nie chciał być wrażliwym artystą przelewającym swoje cierpienie na pięciolinię. Nie interesowało go obnażanie duszy przed publicznością. On chciał stworzyć postać – niezniszczalną, ikoniczną, większą niż życie. Postać, która stanie się marką. Demon, z jego makijażem inspirowanym teatrem kabuki, zbroją i butami na platformach, był jego potworem Frankensteina. Był produktem, który można było sprzedać na milion sposobów: na koszulkach, pudełkach na drugie śniadanie, automatach do pinballa, a nawet na trumnach. Prawdziwy Gene Simmons mógł pozostać w cieniu, licząc zyski.
Kiss był policzkiem wymierzonym w rockowy establishment
W czasach, gdy autentyczność była świętością, a muzyka miała nieść przesłanie, KISS oferowało czystą, nieskrępowaną rozrywkę. Byli głośni, prości i do bólu komercyjni. Krytycy ich nienawidzili, zarzucając im trywializację rocka i sprowadzenie go do poziomu tandetnego cyrku. Ale fani – cała „KISS Army” – kochali ich bezgranicznie. Bo na koncercie KISS nikt nie oczekiwał głębokich refleksji. Ludzie przychodzili zobaczyć spektakl, w którym gitary strzelają fajerwerkami, perkusja unosi się w powietrzu, a demoniczny basista zieje ogniem.
Simmons i Paul Stanley, drugi z liderów grupy, od początku wiedzieli, że siłą zespołu jest jego wizerunek. Tajemnica, którą pielęgnowali przez lata, nie pokazując się publicznie bez makijażu, tylko podsycała legendę. Byli jak superbohaterowie z komiksów Marvela, które Simmons pożerał w dzieciństwie. Każdy z nich miał swoją tożsamość, swój kostium i swoje moce. A Gene, jako Demon, był ich mrocznym, charyzmatycznym przywódcą. Spełniał swoje marzenie. Nie był Jimim Hendrixem czy Robertem Plantem. Był Borisem Karloffem na największej scenie świata.
Polecany artykuł:
Demon, który nie umiera
Dzisiaj, gdy rock and roll stracił wiele ze swojej dawnej mocy, a mitologia gwiazdy rocka wydaje się reliktem przeszłości, dziedzictwo Simmonsa jawi się w nowym świetle. Muzyka KISS może i nie zestarzała się najlepiej, a wiele z ich utworów brzmi jak prosty, rockowy elementarz. Ale wizerunek? Wizerunek jest nieśmiertelny. Twarz Demona, tak jak twarz potwora Frankensteina, stała się częścią globalnej popkultury. Gene Simmons osiągnął swój cel z nawiązką. Gwiazdy rocka przemijają, ich blask gaśnie wraz z ostatnim przebojem na liście. Ale ikony trwają wiecznie. Boris Karloff zmarł w 1969 roku, ale jego potwór wciąż żyje w naszej wyobraźni. Simmons, biznesmen w kostiumie demona, zrozumiał tę prostą prawdę. Stworzył postać tak wyrazistą i potężną, że przetrwa wszystko – zmiany mód, krytykę i upływ czasu. Ilekroć gdzieś na świecie jakiś dzieciak maluje sobie twarz na biało-czarno i wywala język przed lustrem, marzenie małego Chaima Witza spełnia się na nowo. Potwór wciąż żyje.