Göteborg Brinner – celebracja muzyki, łzy wzruszenia i ogromny sukces In Flames [RELACJA]

Są miasta, które mają swoje brzmienia. Są też takie, które to brzmienie stworzyły. Göteborg bez wątpienia należy do tej drugiej kategorii. Przez dekady jego nazwa była niemal automatycznie kojarzona z melodyjnym death metalem, a zespoły takie jak At The Gates, In Flames czy Dark Tranquillity stworzyły gatunek, który szybko przestał być wyłącznie lokalnym fenomenem. „Göteborg sound” stał się marką rozpoznawalną na całym świecie. Dlatego powrót wielkiego metalowego wydarzenia do Frihamnen miał znaczenie znacznie większe niż zwykły festiwal. 22 sierpnia 2026 roku na terenie Bananpiren, pamiętającym czasy Metaltown, odbyła się pierwsza edycja Göteborg Brinner – jednodniowego festiwalu stworzonego przez In Flames. Dwie sceny, osiem zespołów, około 15 tysięcy ludzi i zestaw artystów, który bez większego problemu mógłby obsadzić znacznie większy festiwal.

Göteborg nie potrzebuje kolejnej laurki. Nie potrzebuje też przypominania, że właśnie tutaj narodziło się brzmienie, które na przełomie lat 80. i 90. wywróciło do góry nogami europejski death metal. Potrzebuje natomiast wydarzenia, które będzie tę historię opowiadać i czerpać siłę z tradycji tak głęboko zakorzenionej w tym drugim co do wielkości mieście Szwecji. 22 sierpnia 2026 roku teren Frihamnen ponownie wypełnił się fanami ciężkiego grania. Dla szwedzkich fanów metalu nazwa ta przywołuje wspomnienia Metaltown – festiwalu, który przez lata był jednym z najważniejszych punktów na mapie ciężkiego grania w Skandynawii. To tutaj występowały zespoły, które później zaczęły wyznaczać standardy całej sceny. Powrót In Flames do tego miejsca po latach miał więc znaczenie symboliczne. Tym razem jednak zespół nie przybył tam wyłącznie po to, aby zagrać koncert, a po to, aby zorganizować własny festiwal, który umiejętnie połączył nie tylko kilka muzycznych gatunków, ale również pokoleń muzyków, którzy z ich twórczości czerpią do dziś. Göteborg Brinner nie został skonstruowany jako wielki hołd dla jednej konkretnej epoki, a przecież mógł śmiało być nostalgicznym wspomnieniem hołubiącym wielkie gwiazdy związane z tym miastem. Obok zespołów, które budowały legendę Göteborga, jak sami organizatorzy oraz zespół Dark Tranquillity, pojawili się wykonawcy reprezentujący zupełnie inne gatunki. Na dwóch scenach oprócz wspomnianych göteborskich legend wystąpili także Múr, Raised Fist, Gaerea, Napalm Death, Avatar oraz thrown. Obok siebie stanęły różne pokolenia i odmiany ciężkiej muzyki: od atmosferycznego postmetalu i black metalu, przez hardcore i grindcore, aż po melodic death metal i współczesny metalcore. I trzeba przyznać, iż to różnorodne połączenie znakomicie ze sobą współbrzmiało.

Múr – ciężar, który narasta powoli

Múr mieli niewdzięczne zadanie otwarcia imprezy. Publiczność dopiero się schodziła, festiwal nabierał rozpędu, a większość ludzi nie była jeszcze mentalnie przygotowana na muzykę wymagającą skupienia. Postmetal w wykonaniu Islandczyków jest ciężki, gęsty i zdecydowanie bardziej zainteresowany budowaniem napięcia niż natychmiastową reakcją publiczności. Długie kompozycje, przestrzenne brzmienie i monumentalne riffy stworzyły atmosferę, która w zamkniętej przestrzeni drugiej sceny działała znakomicie. Choć momentami zdawało się, że zespół potrzebuje na scenie nieco więcej miejsca, to zdecydowanie dobrze się stało, iż grali oni w zamkniętej przestrzeni, gdyż pełne słońce, które tego dnia świeciło nad Göteborgiem, odarłoby ten występ z magicznej aury, którą stworzyli za pomocą atmosferycznych kompozycji i przydymionych świateł. Zamiast typowego festiwalowego „uderzenia” na otwarcie, dostaliśmy muzykę, która powoli wciągała publiczność do własnego świata. Dodatkowym atutem był materiał, którego znaczna część nie została jeszcze oficjalnie wydana. To ryzykowne rozwiązanie, szczególnie podczas festiwalu, gdzie zespół musi walczyć o uwagę słuchaczy, ale Múr obronili je atmosferą i jakością wykonania.

Raised Fist – mocne hardcorowe uderzenie

Múr rozpoczęli dzień od powolnego podkręcania temperatury, Raised Fist natomiast natychmiast ustawili ją na maksimum. Szwedzcy hardcore'owcy mają za sobą ponad trzy dekady działalności, ale na scenie energią i werwą niczym nie ustępowali młodszym kolegom, którzy tego dnia występowali podczas festiwalu. Alexander „Alle” Hagman pozostaje frontmanem, który potrafi w kilka sekund skłonić publiczność do tworzenia circle pitów i energicznego wyrzucania pięści w górę. Raised Fist, to zespół, który nie potrzebuje skomplikowanej scenografii. Ich koncert opiera się przede wszystkim na energii i bezpośrednim kontakcie z publicznością. Zespół zagrał przekrojowy set, prezentując największe przeboje, a sam Hagman tego dnia był w świetnym humorze i między kolejnymi utworami znalazł nawet czas na żarty i anegdoty, a po koncercie zbiegł ze sceny, aby osobiście podziękować publiczności w pierwszych rzędach.

Najnowocześniejsi w branży? Johannes Eckerström z AVATAR / Eska Rock

Gaerea – mistyczne blackmetalowe przeżycie

Gaerea stanowiła kolejny gwałtowny skręt stylistyczny. Portugalski zespół, ukrywający tożsamość muzyków za charakterystycznymi maskami, reprezentuje współczesną odmianę black metalu, w której agresja jest tylko jednym z elementów większej konstrukcji. Jest tu rozpacz, teatralność, melodia i atmosfera niemal rytualnego spektaklu. To właśnie tym urzekli mnie, kiedy po raz pierwszy zobaczyłam ich w Warszawie jesienią ubiegłego roku, kiedy grali jako jeden z supportów na trasie z Orbit Culture. W festiwalowych warunkach, zwłaszcza o tak wczesnej porze, przekaz artystyczny bywa znacznie utrudniony. Black metal najlepiej funkcjonuje w mrocznej atmosferze nocy. Na szczęście organizatorzy ich koncert umieścili w zamkniętej przestrzeni, dając zespołowi szansę, na stworzenie tej niesamowitej, mrocznej i złowieszczej atmosfery, kiedy pomieszczenie spowija niemalże całkowita ciemność. Ich koncert nie opierał się wyłącznie na szybkości. Najważniejsza była atmosfera – niepokój, teatralność i poczucie uczestnictwa w czymś zdecydowanie bardziej rytualnym niż zwykły występ. Szybko jednak okazało się, iż hala jest zbyt mała dla wszystkich tych, którzy chcieli zobaczyć ich występ.

Dark Tranquillity – ojcowie-założyciele göteborskiej sceny metalowej

Jeśli istniał zespół, którego obecność na tym festiwalu była absolutnie obowiązkowa, byli nim Dark Tranquillity. In Flames i Dark Tranquillity należą przecież do grup, które współtworzyły charakterystyczne göteborskie brzmienie. Ich wystąpienie w rodzinnym mieście nie było więc wyłącznie kolejnym punktem programu. Było spotkaniem dwóch filarów tej samej historii. Mikael Stanne wyszedł na scenę zwyczajowo z ogromnym uśmiechem na twarzy. Widać było, że czerpie ogromną radość z grania w rodzinnym mieście, co kilkukrotnie podkreślił pomiędzy utworami, żartując nawet, iż: „Niezwykle dobrze jest móc zagrać na festiwalu, po zakończeniu, którego, można po prostu popłynąć do domu”. Set przeprowadził słuchaczy przez różne etapy kariery zespołu. Obok nowszych utworów pojawiły się „Punish My Heaven”, uwielbiane przez publiczność „ThereIn”, „Lost to Apathy” czy „Misery's Crown”. Dark Tranquillity na scenie są od ponad 30 lat, jednak pokazali, że ich muzyka wciąż potrafi brzmieć świeżo. Stanne to osoba, która jest lokalną legendą, a w głosie nadal ma tę charakterystyczną mieszankę dramatyzmu i agresji, która odróżnia zespół od setek formacji próbujących dziś naśladować „göteborgskie” brzmienie. Jednak najmocniejszym punktem całego, dość krótkiego, bo zaledwie 55-minutowego wystąpienia, był ostatni numer, który zespół wykonał tego dnia. To właśnie zapowiadając utwór Mikael przemówił tym razem do publiczności w języku angielskim, zwracając uwagę, iż na festiwalu jest również wielu zagranicznych gości. Mike, podobnie, jak wielokrotnie w przeszłości, oddał hołd jednej z najważniejszych postaci göteborskiej sceny, Tomasowi „Tompie” Lindbergowi, zmarłemu frontmanowi At The Gates. Podczas wzruszającego przemówienia, w którym wspomniał o jego nieocenionym wpływie na twórczość muzyków obecnych tego dnia w Frihamnen, lider formacji nie mógł powstrzymać łez, podobnie, jak wsłuchująca się w jego pełne bólu i żalu słowa, które nie są w stanie opisać straty przyjaciela, którym dla wokalisty Dark Tranquillity był zmarły niespełna rok temu Tompa Lindberg. Podczas finałowego utworu „Blinded by Fear” z repertuaru At The Gates na scenie pojawił się Anders Fridén, aby wspólnie oddać hołd legendzie i przyjacielowi.

Napalm Death – legenda brytyjskiej sceny ekstremalnej

Po tym wzruszającym i mocnym zakończeniu koncertu na scenie głównej ponownie przyszedł czas na wejście do ciemnej i wilgotnej hali, tym razem, aby zobaczyć legendarną brytyjską formację Napalm Death. Grindcore'owi weterani weszli na drugą scenę i zrobili dokładnie to, czego można było oczekiwać: zaatakowali nas kontrolowanym chaosem od pierwszego dźwięku. Barney Greenway pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych frontmanów ekstremalnej muzyki. Nie ma w nim nic z gwiazdorskiego dystansu. Jest za to intensywność, która od pierwszych sekund wymusza reakcję. Zespół grał jak maszyna, do której wdarło się nieco piasku, który rzęził między trybami. Występ miał w sobie brud, agresję i nieprzewidywalność, czyli krótko mówiąc, był to koncert Napalm Death w najlepszym wydaniu. Nie zabrakło również dygresji dotyczących otaczającej nas rzeczywistości, w których Barney wspomniał, iż firmy technologiczne wciągają nas w swoją brudną grę, okłamując nas na każdym kroku.

Avatar – metalowy cyrk wrócił do domu

Po ekstremalności Napalm Death przyszła pora na spektakularne widowisko. Avatar od dawna udowadniają, że współczesny koncert metalowy może być jednocześnie występem muzycznym, spektaklem, kabaretem i pokazem cyrkowym. Zespół miałam okazję zobaczyć zaledwie dwa tygodnie wcześniej podczas gdańskiej Rockowizny i doskonale wiedziałam, czego można się po nich spodziewać. W Göteborgu nie zabrakło również polskiego akcentu, gdyż w pierwszym rzędzie pojawili się fani zespołu z biało-czerwoną flagą z nazwą formacji, co nie umknęło uwadze muzyków. Tym razem jednak Avatar zagrał w nieco innych warunkach, gdyż podczas ich występu słońce nadal mocno świeciło nad Göteborgiem. Czy jednak przeszkodziło im to wciągnąć publiczność do swojego mrocznego świata? Zupełnie nie! Wielka w tym zasługa Johannesa Eckerströma, który ma naturalną zdolność przyciągania uwagi. Jego sposób poruszania się po scenie, moderowanie głosu, mimika i gesty mają w sobie coś teatralnego, ale nigdy nie sprawiają wrażenia całkowicie wyreżyserowanego. W pewnym momencie przestaje być jasne, czy oglądamy koncert metalowy, przedstawienie czy występ konferansjera z najdziwniejszego cyrku świata, i chyba właśnie to sprawia, iż publiczność tak chętnie podąża w głąb tego przedstawienia, powoli zatracając się w nim bez reszty. Avatar zagrał jedynie godzinę, przez co musiał nieco okroić swoją setlistę, nie wyrzucił z niej jednak pięciu kawałków z ostatniego krążka, które standardowo grają podczas promującej go trasy. Wokalista wyraził wdzięczność organizatorom za możliwość zagrania „w domu”, bo choć dziś mało już w ich muzyce göteborskich tradycji, to nigdy nie odcięli się od swoich korzeni. Zespół zrezygnował także z efektów pirotechnicznych, które zawsze towarzyszą ich festiwalowym występom – z pewnością, zrobili to z szacunku do kolegów z In Flmes, do których należał przecież ten dzień i wielki finał na dużej scenie.

thrown – nowa szkoła szwedzkiej ekstremy

Pochodzący ze Sztokholmu thrown miałam w tym roku okazję zobaczyć podczas Mystic Festivalu. Niestety, w Göteborgu obejrzałam jedynie fragment ich występu spoza hali, gdyż wyjście spod głównej sceny po występie Avatara, który wypełnił festiwalową przestrzeń po horyzont, było wręcz niemożliwe. Założony w 2019 roku zespół zdecydowanie jest metalową wizytówką nowej ery metalu. W ich kompozycjach można usłyszeć zarówno elementy metalcore’u, hardcore’u i nu-metalowej rytmiki, co jedynie pokazuje, iż przyszłość metalu należeć będzie do znacznie brutalniejszych kompozycji.

In Flames – historia wpisana w DNA miasta

Choć do tej pory nad Göteborgiem świeciło słońce, to tuż przed występem In Flames niebo spowiły złowieszcze ciemne chmury, z których w momencie rozpoczęcia koncertu gwiazdy wieczoru zaczął intensywnie padać deszcz. Jednak ogień, który zapłoną nad Frihamnen skutecznie rozgonił chmury, i po kilkunastu minutach intensywnych opadów deszcz ustąpił. In Flames weszli na scenę z około 20-minutowym opóźnieniem i od razu rozpoczęli od mocnego uderzenia w postaci „Colony”, zabierając publiczność w podróż przez ponad trzy dekady kariery. „Colony” ustawiło temperaturę, po czym „Deliver Us”, „In the Dark”, „Voices” i „Paralyzed” pokazały, że zespół nie zamierza ograniczać się do jednej epoki. I właśnie to było jednym z największych atutów tego występu.

In Flames nie uciekali od własnego dziedzictwa. „The Quiet Place”, „Meet Your Maker”, „The Chosen Pessimist” i „Cloud Connected” układały się w set, który dla wieloletnich fanów był czymś w rodzaju muzycznej mapy wspomnień. Tyle że ta mapa wciąż jest przez zespół aktualizowana w postaci nowych krążków i kompozycji, które, choć często stylistycznie odbiegają od tego, do czego przyzwyczaili nas na początku swojej działalności, tworzy unikalny wymiar ich muzycznej historii. In Flames tego wieczora przygotowali dla publiczności wiele niespodzianek. Nie zabrakło również znakomitych gości, a jednym z nich był Matt Heafy – wokalista Trivium, który dołączył do formacji podczas „Artifacts of the Black Rain”, utworu pochodzącego z klasycznego albumu „The Jester Race”, czyli krążka, który pomógł zdefiniować brzmienie göteborskiego metalu. Panowie jednocześnie ogłosili, iż niebawem wyruszają we wspólną trasę, która niestety, jak się okazało, nie zawita do Polski. Chwilę później wydarzyło się coś, czego nie spodziewali się nawet najbardziej zagorzali fani formacji. In Flames zagrali bowiem kultowy kawałek „Gyroscope”, który na żywo nie wybrzmiał od 2012 roku! Trudno się dziwić, iż publiczność, która szczelnie wypełniała zakamarki nawet w najbardziej oddalonej części festiwalowej przestrzeni, po prostu wpadła w euforię. Tuż po tym przyszedł czas na kolejny emocjonalny moment. Na scenie pojawił się bowiem Mikael Stanne z Dark Tranquillity, by wspólnie z Andersem Fridénem wykonać „Behind Space”. Dla osób znających historię göteborskiej sceny był to moment szczególny. Stanne śpiewał na debiutanckim albumie In Flames „Lunar Strain”, z którego pochodzi „Behind Space”. Po ponad trzech dekadach wrócił więc do utworu, który jest częścią wspólnej historii obu zespołów. I nagle historia przestała być czymś zapisanym w magazynach czy archiwalnych nagraniach – stała się integralną częścią tego wyjątkowego muzycznego wydarzenia. Fridén i Stanne na jednej scenie w domu, w Göteborgu, którzy czule się obejmowali i z należnym sobie szacunkiem wypowiadali komplementy pod swoim adresem, udowodnili wielu, iż między nimi nie ma żadnych napięć, które od momentu założenia formacji The Hallo Effect, w której skład oprócz Stanne wchodzą byli członkowie In Flames, wielu próbowało na siłę wykreować.

W setliście nie zabrakło również nowszych kawałków, jak chociażby „In the Dark”, „State of Slow Decay” czy „Foregone Pt. 2”, który po raz pierwszy na żywo zespół zagrał w tym roku podczas koncertu w Gdańsku. In Flames dał występ, który w wielkim stylu zakończył ich tegoroczną trasę. Nie brakowało nostalgii, energii i spektakularnych efektów pirotechnicznych i wizualizacji. Jednak najważniejsze pozostało to, iż zespół, który jest jednym z najważniejszych przedstawicieli gatunku, potrafił do rodzinnego miasta przyciągnąć nie tylko znakomitych artystów, ale przede wszystkim rzeszę wiernych fanów, którzy do Göteborga przybyli aż z 35 krajów! Anders Fridén nie krył łez. Choć, jak przyznał, znakomicie zdaje sobie sprawę z tego, iż na festiwalu są zagraniczni fani, którzy nie rozumieją szwedzkiego, to po prostu z wrażenia zapomniał języka w gębie i trudno mówić mu po angielsku. W pełnym wzruszenia przemówieniu z drżącym głosem i łzami w oczach mówił, iż był pewien, że będzie w stanie trzymać emocje na wodzy, jednak kiedy wyszedł na scenę i zobaczył tak licznie zgromadzoną publiczność, która z pełną siłą reaguje na każdy utwór i z całą mocą śpiewa doskonale znane wersy, przerosło to jego najśmielsze oczekiwania. Nie był to przejaw słabości, wręcz przeciwnie, moment wielkiego triumfu legendy miasta, która na stałe zapisała się złotymi zgłoskami na kartach jego historii. Podczas festiwalu można było zobaczyć również wystawę poświęconą historii At The Gates, na której znalazły się pamiątki dokumentujące 30-lat kariery zespołu, jak między innymi gitary, złote płyty, deskorolki, plakaty czy archiwalne artykuły w magazynach.

Göteborg stanął w płomieniach, których nie ugasił nawet deszcz

Göteborg Brinner, czyli w dosłownym tłumaczeniu "Göteborg w płomieniach", doskonale odzwierciedlał, to co działo się na scenie podczas finałowego wystąpienia In Flames. Było mnóstwo ognia, wybuchów i efektów idealnie zsynchronizowanych z poszczególnymi utworami. Wszystko było świetnie wyreżyserowane, tworząc magiczne i monumentalne widowisko, którego Göteborg długo nie zapomni. Choć przed rozpoczęciem festiwalu lider In Flames nie chciał składać obietnicy, iż będzie to impreza cykliczna, zaledwie kilka dni po zakończeniu wydarzenia, ogłoszono, iż za rok Göteborg ponownie stanie w płomieniach. Na pierwsze ogłoszenia zespołów przyjdzie nam poczekać, jednak jedno jest pewne – z pewnością nie zabraknie tam znakomitych artystów, bo akurat tych samo miasto i Szwecja mają pod dostatkiem.

Zdjęcia z pierwszej edycji festiwalu Göteborg Brinner znajdziecie w naszej galerii.