Sobotni program był zbudowany na kontrastach. The Analogs przynieśli punkową bezpośredniość, Romantycy Lekkich Obyczajów i Nocny Kochanek rozbili konwencję przewrotną ironią, Acid Drinkers dołożyli ciężar, Airbourne odpalili klasyczny hardrockowy silnik, Avatar zamienili metal w spektakularne widowisko, wciągając nas do swojego mrocznego świata.
The Analogs – bezkompromisowe otwarcie dnia
O 16:00 na scenę weszli The Analogs. Trudno wyobrazić sobie lepszy sposób na rozkręcenie festiwalowego dnia niż punk rock. The Analogs nie potrzebują skomplikowanej scenografii, żeby natychmiast wprowadzić festiwalową energię. Ich muzyka działa przede wszystkim bezpośredniością. Jest w niej uliczna szorstkość, bunt, melodia i charakterystyczna dla punk rocka umiejętność przekuwania codziennych frustracji w chóralny koncertowy refren. The Analogs działają od 1995 roku i należą do najważniejszych przedstawicieli polskiego street punka. Ich koncert w ramach Rockowizny był więc czymś więcej niż kolejnym punktem festiwalowego harmonogramu. Był spotkaniem z zespołem, który przez trzy dekady konsekwentnie trzyma się własnego języka i własnej estetyki. The Analogs grają bezpośrednio i bez zbędnych ozdobników. Publiczność nie potrzebowała specjalnej zachęty – pod sceną szybko zrobiło się głośno i tłoczno, a kolejne numery uruchamiały dobrze znany mechanizm punkowego koncertu: wspólne śpiewanie, pogo i coraz mocniejsze poczucie, że dystans między sceną a publicznością właściwie przestaje istnieć. Siłą The Analogs pozostają teksty. To nie jest punk dla samej pozy. W ich utworach od lat pojawiają się historie ludzi, ulicy, przyjaźni, konfliktów i codzienności. Ten autentyczny, bezkompromisowy przekaz jest jednym z powodów, dla których zespół zachował swoją pozycję na polskiej scenie przez tak długi czas i był znakomitym rozpoczęciem drugiego dnia festiwalu.
Romantycy Lekkich Obyczajów – czyli romantyzm po polsku
Dwadzieścia minut później, o 17:30 na scenie pojawili się Romantycy Lekkich Obyczajów. Jeżeli ktoś po pierwszym koncercie spodziewał się dalszego ciągu punkowej ofensywy, dostał coś zupełnie innego. Romantycy pokazali, że rockowy festiwal może pomieścić również muzykę ironiczną, przewrotną, absurdalną i jednocześnie bardzo melodyjną. Ich występ działał przede wszystkim dzięki kontrastowi. Z jednej strony festiwalowe otoczenie, ciężkie wzmacniacze i publiczność przygotowująca się na coraz mocniejsze uderzenia. Z drugiej – muzyka, w której równie ważne, jak brzmienie są słowo, dowcip i obserwacja rzeczywistości. Zamiast ścigać się z kolejnymi zespołami na liczbę decybeli, formacja z Olsztyna zaproponowali publiczności własny język. Ich muzyka jest melodyjna, ale nie banalna; lekka, ale nie pozbawiona emocji. Romantycy potrafią opowiadać o codzienności bez zadęcia, łącząc obserwację rzeczywistości z humorem i lekką ironią. Dzięki temu ich utwory dobrze funkcjonują zarówno jako piosenki do wspólnego śpiewania, jak i małe, muzyczne historie. Pod sceną szybko było widać, że publiczność doskonale zna ten język.
Acid Drinkers – spotkanie z legendą
Acid Drinkers to jeden z tych polskich zespołów, których obecność na dużym rockowym festiwalu automatycznie zmienia jego ciężar gatunkowy. Grupa od końca lat 80. pozostaje jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla polskiego metalu, a ich obecność na Rockowiźnie miała wymiar niemal mistyczny. Acid Drinkers to przecież jedna z tych polskich nazw, których nie trzeba przedstawiać publiczności wychowanej na gitarowym graniu. Ich koncert przypomniał, że polski metal nie potrzebuje kompleksów wobec zagranicznych gwiazd. Jest w nim charakter, poczucie humoru i przede wszystkim koncertowa bezpośredniość, która sprawia, że inni chylą przed nimi czoła. Największą siłą Acid Drinkers pozostaje jednak coś więcej niż sama moc riffów. To doświadczenie. Formacja dowodzona przez Tomasza „Titusa” Pukackiego to prawdziwa koncertowa maszyna, która wręcz sieje spustoszenie. Muzycy doskonale wiedzą, jak zagrać koncert, który nie jest jedynie odgrywaniem znakomicie wszystkim znanych metalowych hymnów. Artyści byli w znakomitej formie i już od pierwszych minut nawiązali znakomity kontakt z publicznością, dając jej również przestrzeń na odśpiewywanie kawałków, które dla wielu stały się soundtrackiem najważniejszych momentów ich życia.
Airbourne – australijski huragan nad Gdańskiem
Airbourne pojawił się na scenie z około 15-minutowym poślizgiem i już od pierwszych minut dosłownie zmiótł zgromadzoną pod Polsat Plus Areną publiczność z powierzchni ziemi nieokiełznaną energią. Ich koncert opiera się na tym, co w gitarowym graniu najbardziej pierwotne: mocnym riffie, rozpędzonej perkusji, charakterystycznym wokalu Joela O’Keeffe i refrenach, które aż proszą się o wspólne wykrzyczenie. Airbourne nie próbują udawać, że wynaleźli rocka na nowo. Przeciwnie – z dumą korzystają z jego najbardziej klasycznych składników i pokazują, że odpowiednio podane wciąż potrafią wywołać ogromne emocje. Właśnie w tym tkwi siła zespołu. Zero kalkulacji, maksimum energii. Joel O’Keeffe to frontman stworzony do wielkich scen. Jest jednocześnie wokalistą, gitarzystą i głównym generatorem koncertowego chaosu. Nie stoi w miejscu i nie pozwala publiczności stać w miejscu. Podczas wystąpienia bez chwili wahania ruszył w tłum ludzi i ani przez chwilę nie dał nam wytchnienia, rzucając w stronę zgromadzonych plastikowymi kubkami wypełnionymi złotym napojem. Jego sceniczna ekspresja nie tylko świetnie współgra z szybkimi kawałkami i gitarami smagającymi powietrze niczym bicz, on wręcz jest motorem napędowym Airbourne.
Avatar – spektakl, obok którego nie da się przejść obojętnie
Spoglądając na zgromadzoną w Gdańsku publiczność, nietrudno było zauważyć, kto tego dnia przyciągnął pod Polsat Plus Arenę największą liczbę fanów. Avatar to formacja, która od lat pokazuje, jak daleko można przesunąć granice metalowego widowiska. Szwedzi nie ograniczają się jedynie do zagrania ciężkiego i perfekcyjnie brzmiącego koncertu. Przywieźli do Gdańska całe swoje osobliwe uniwersum – mieszankę metalu, teatralności, czarnego humoru i scenicznego rozmachu. Z powodu późniejszego zakończenia koncertu Airbourne, Avatar na cenie pojawił się z małym opóźnieniem i falstartem podczas intro do pierwszego utworu „Captain Goat”, które wprowadza muzyków na scenę. Podczas występu nie ominęły ich problemy techniczne i Tim Öhrström musiał walczyć z odłączaną co chwilę od prądu gitarą. Jednak zgromadzona publiczność zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na te mankamenty. Avatar to zespół, który gra ciężko, ale jednocześnie nie zamyka się w hermetycznym świecie ekstremalnego metalu. W ich muzyce jest mnóstwo melodii oraz wyrazistych refrenów, których po prostu nie można przestać śpiewać. Centralną postacią tego spektaklu pozostaje wokalista – Johannes Eckerström, który dzięki charakterystycznemu makijażowi, kostiumom, mimice i sposobie poruszania się, staje się personą, na której skupiają się wszystkie spojrzenia. Eckerström nie tyle prowadził koncert, ile wciela się w gospodarza osobliwego metalowego cyrku, przejmuje całkowitą kontrolę nad tłumem, który poddańczo wykonuje każde jego polecenie, hipnotyzuje nas swoim głosem i wciąga w najciemniejsze czeluści alternatywnej rzeczywistości. Metal w wykonaniu Szwedów nie jest jedynie gatunkiem muzycznym – staje się językiem całego, momentami groteskowego przedstawienia, wokół którego po prostu nie da się przejść obojętnie. Jeśli raz zdecydujecie się wejść do tego mrocznego lasu, nie ma odwrotu – zaprzedaliście im swoją duszę na zawsze.
Nocny Kochanek – zakończenie z przymrużeniem oka
Nocnemu Kochankowi przypadło w udziale niełatwe zadanie, gdyż musieli zagrać po niezwykle widowiskowym spektaklu Avatara. Jednak już od pierwszych minut zespół porwał publiczność, która mimo dość późnej pory, nadal nie miała zamiaru opuścić terenu festiwalu bez wyśpiewania z pełną mocą największych przebojów zespołu, jak „Zdrajca metalu”, „Dziewczyna z kebabem” czy „Będę ojcem”. Nocny Kochanek to zespół, który doskonale rozumie, że rockowy koncert może być jednocześnie ciężki, melodyjny i bezwstydnie rozrywkowy. Ich fenomen polega na niezwykle prostym, ale skutecznym połączeniu klasycznego heavy metalu z humorem i satyrą. Zespół potrafi traktować wykonywaną muzykę bardzo serio, jednocześnie nie traktując siebie przesadnie poważnie. Podczas ich wystąpień metalowcy dostają heavy metalowe riffy i ciężar, a ci, którzy przyszli przede wszystkim dobrze się bawić, dostają teksty, które zostały wręcz stworzone do wspólnego śpiewania. Formacja w Gdańsku zagrała z pełną mocą, ale równocześnie cały czas puszczała oko do odbiorców. Właśnie to sprawia, że koncerty Nocnego Kochanka przyciągają tłumy bez względu na porę, o której przyjdzie im wyjść na scenę.
Festiwal Rockowizna 2026 w Gdańsku, którego patronem medialnym jest Eska Rock, był niezwykle różnorodny gatunkowo. Organizatorzy po raz kolejny udowodnili, że rock ma różne oblicza, które w festiwalowej przestrzeni nie tylko znakomicie ze sobą współgrają, ale również tworzą niesamowitą i niepowtarzalną atmosferę, dając odbiorcom niezapomniane przeżycia, które pozostaną w ich świadomości na długo. Organizacyjnie Rockowizna sprawnie wykorzystała przestrzeń, w przemyślany sposób oddzielając strefę gastronomiczną i relaksacyjną od miejsca przy scenie. Mimo dużej frekwencji obyło się bez typowych dla tego typu imprez problemów z przemieszczaniem się i oczekiwaniem w najbardziej obleganych punktach jak merch, strefa gastro i strefa sanitarna. Jednak to, co zwracało największą uwagę, to niezwykle przyjazna i rodzinna atmosfera, którą dało czuć się na każdym kroku. Nic więc dziwnego, iż Rockowizna to jedno z tych wydarzeń, które na dobre wpisało się w letni krajobraz Gdańska.
Przed nami jeszcze dwa przystanki tegorocznej edycji festiwalu Rockowizna: 20-22 sierpnia w Poznaniu wystąpią między innymi Sex Pistols, Within Temptation, Wolf Alice Royal Republic, Kult i Lady Pank; oraz 28-29 sierpnia w Krakowie, gdzie zagrają między innymi: Lacuna Coil, Lord Of The Lost, Coma i Dżem. Musicie tam być!