Gdańska edycja, która była pierwszym przystankiem tegorocznej Rockowizny (przed nami jeszcze dwie równie wyjątkowe okazje do spotkania z muzyką w Poznaniu i Krakowie) była zdecydowanie wydarzeniem międzypokoleniowym, nastawionym przede wszystkim na radość, otwartość i przyjazną atmosferę. Choć pośród licznie zgromadzonej publiczności dało się dostrzec osoby, które tego dnia założyły koszulki z logo ulubionych kapel, które zostały zaproszone na scenę w Gdańsku, to tłum nie sprawiał wrażenia podzielonego na grupy fanów poszczególnych wykonawców. Można było zobaczyć obok siebie młodych ludzi w koszulkach polskich artystów, których wkład w rozwój polskiej sceny rockowej jest nieoceniony, jak i starszych fanów pamiętających początki polskiego rocka, rodziców z dziećmi i całe grupy przyjaciół, dla których festiwal był okazją do wspólnego spędzenia czasu.
Festiwal to nie tylko scena i znakomici artyści
Największą siłą pierwszego dnia pozostawał oczywiście program muzyczny. Gdańska Rockowizna została zbudowana tak, aby kolejne koncerty stopniowo zwiększały temperaturę wydarzenia. Na scenie pojawiali się artyści reprezentujący różne odcienie rocka – od polskiej alternatywy i mocnych gitarowych brzmień po bardziej bezpośrednią, energetyczną formułę rockowego koncertu. W piątkowym składzie znaleźli się m.in. Zenek Grabowski, Illusion, Coma, Royal Republic, Perturbator oraz Pull The Wire. Taki zestaw dobrze pokazuje rozpiętość muzyczną festiwalu. Dużym atutem wydarzenia była również rozbudowana strefa gastronomiczna oraz strefa relaksu. Przy tak długim festiwalowym dniu jedzenie i napoje przestają być dodatkiem, a stają się jednym z elementów organizujących rytm imprezy. Tutaj wybór pozwalał potraktować strefę gastronomiczną jako pełnoprawną część festiwalowego doświadczenia. Podczas przerwy między koncertami można było posilić się w jednym z licznych food trucków, spotkać znajomych i wrócić pod scenę, aby zobaczyć koncert następnego wykonawcy. Organizatorzy zadbali o to, aby miejsc do siedzenia było dostatecznie dużo, a to niezwykle ważne, bo przy wielogodzinnym wydarzeniu publiczność potrzebuje przestrzeni, w której można na chwilę zwolnić i nabrać sił przed kolejnymi koncertami.
Zenek Grabowski – mocny początek
Zenek Grabowski to artysta, którego śmiało można nazwać weteranem Rockowizny. Zespół znakomicie wpisuje się w festiwalową formułę, w której liczy się przede wszystkim kontakt z publicznością. Jego występ od początku budował atmosferę wspólnego koncertowego spotkania. Już podczas drugiego kawałka frontman formacji, czyli Sebastian Grabowski, wykrzyczał ze sceny: „Idę do Was” i nie zastanawiając się ani chwili, zeskoczył ze sceny, aby wraz z otaczającym go tłumem odśpiewać jeden ze swoich przebojów. To był jeden z tych momentów, kiedy widzowie przestają być jedynie obserwatorami, a stali się integralną częścią wystąpienia. Festiwalowa publiczność entuzjastycznie reagowała na każdy zagrany przez muzyka utwór, a pod sceną od pierwszych nut czuć było niezwykłą energię, która z każdą minutą rosła w siłę.
Illusion – legenda gitarowego brzmienia
Pojawienie się na scenie grupy Illusion, czyli legendy polskiej sceny rockowej, oznaczało wyraźne przesunięcie ciężaru muzycznego. To zespół, którego obecność na festiwalowej scenie automatycznie podnosi oczekiwania fanów cięższego, gitarowego grania. Ich koncert miał w sobie tę charakterystyczną dla doświadczonych zespołów pewność. Nie trzeba było dodatkowych efektów, żeby skupić uwagę publiczności – wystarczały mocne gitarowe riffy, wyrazisty wokal Tomasza „Lipy” Lipnickiego i świadomość, że na scenie znajduje się zespół doskonale znający duże koncertowe sceny. Illusion nie jest nowicjuszem na Rockowiźnie, a w tym roku formację zobaczymy także podczas edycji w Poznaniu (odbędzie się w dniach 20-22 sierpnia). Wystąpienie „Lipy” i spółki wyraźnie pokazało, iż festiwal łączy różne generacje słuchaczy. Starsi fani dostali oczywiście hymn pokolenia w postaci utworu „Nóż”. Dla nich to zespół, z którym wiążą nostalgiczne wspomnienia, kiedy to rock w Polsce był muzyką niemalże mainstreamową. Natomiast młodsi uczestnicy dostali możliwość zobaczenia na scenie rodzimej legendy ciężkich brzmień.
Coma – koncert, który poruszył tłumy
Jeżeli trzeba wskazać jeden występ, który szczególnie mocno zapisał się w świadomości wszystkich, którzy pod Polsat Plus Areną zgromadzili się pierwszego dnia, to był nim z pewnością koncert zespołu Coma, który co ciekawe powstał w 1998 roku w Łodzi, inspirowany między innymi dokonaniami muzycznymi formacji Illusion, która chwilę przed nimi wystąpiła na scenie. To właśnie podczas tego koncertu najlepiej było czuć, że rock to nie tylko ciężkość i gitarowe riffy. Może być on również opowieścią, emocją i wspólnym przeżyciem – tak właśnie było podczas występu formacji dowodzonej przez Piotra Roguckiego. Coma od lat funkcjonuje na polskiej scenie jako zespół, którego koncerty to nie tylko perfekcyjnie wykonane utwory, ale także emocje, które muzycy przekazują na scenie. W Gdańsku również nie chodziło wyłącznie o kolejne utwory odgrywane jeden po drugim. Ważna była atmosfera budowana między nimi – napięcie, oczekiwanie, reakcje publiczności i momenty, w których tłum przejmował część koncertowego ciężaru, chóralnie odśpiewując doskonale znane im wersy tekstów piosenek, zwłaszcza tych pochodzących z legendarnego debiutanckiego krążka „Pierwsze wyjście z mroku”. Kolejne fragmenty koncertu spotykały się z coraz mocniejszym odzewem, a wspólne śpiewanie przypominało, że dla wielu osób muzyka Comy jest czymś więcej niż tylko kolejnym punktem programu. To właśnie tutaj najmocniej ujawniła się siła festiwalu jako spotkania ludzi połączonych muzyką. Koncert rozwijał się własnym rytmem, opierając się na charakterystycznym połączeniu mocnego rockowego brzmienia z bardziej emocjonalnym i nastrojowym obliczem zespołu. Wystąpienie zespołu Coma sprawiło, iż publiczność nie tylko słuchała, ale naprawdę uczestniczyła w wydarzeniu.
Polecany artykuł:
Royal Republic – szwedzka lekcja rockowego show
Po bardziej emocjonalnym doświadczeniu, jakie przyniosła Coma, Szwedzi z Royal Republic przenieśli nas do zupełnie innego wymiaru. Formacja, która w Polsce występuje regularnie, ma opinię zespołu niezwykle dobrze czującego się na scenie i umiejącego zamienić koncert w dynamiczne widowisko, co było widać już od pierwszych minut ich wystąpienia. Royal Republic reprezentują ten rodzaj rocka, który bardzo dobrze sprawdza się zarówno podczas wystąpień w klubach, jak i na dużych plenerowych imprezach. Ich koncert to połączenie rytmu, łatwo wpadających w ucho kawałków, gitarowych partii, tak typowych dla rock’n’rolla, a przede wszystkim energia, która od pierwszych minut porywa nas do wspólnej zabawy. Frontman zespołu Adam Grahn to nie tylko znakomity wokalista, ale również showman, który pomiędzy odgrywanymi utworami zabawiał publiczność śmiesznymi historyjkami. Koncert Royal Republic, to był jeden z tych występów, podczas którego trudno było stać nie podrygując nóżką do tych niezwykle melodyjnych i skocznych kawałków.
Perturbator – mroczne show okraszone efektownym oświetleniem
Wyraźną zmianę klimatu przyniósł natomiast występ francuskiego Perturbatora. Obecność projektu Jamesa Kenta pokazała, że organizatorzy nie chcieli zamknąć festiwalu w łatwej do przewidzenia i odbioru definicji rocka. Elektroniczne, mroczne i ciężkie brzmienia otworzyły przed publicznością zupełnie inną przestrzeń. To był ważny kontrast wobec bardziej tradycyjnego gitarowego grania. Perturbator przypomniał, że współczesna ciężka muzyka coraz częściej korzysta z elektroniki, syntezatorów i atmosfery charakterystycznej dla darkwave czy industrialu. Dzięki monumentalnie brzmiącym „Future Club”, niezwykle szybkim „Neo Tokyo” czy miażdżącym wręcz „Humans Are Such Easy Prey”, piątkowy program zyskał dodatkowy, wręcz hipnotyczny wymiar.
Pull The Wire – czysta energia bez kalkulacji
W zestawie pierwszego dnia nie mogło zabraknąć również pochodzącej z Żyrardowa formacji Pull The Wire, która, choć tego dnia zamykała festiwal, swoje wystąpienia zaczęła już dużo wcześniej, zabawiając publiczność minikoncertami w różnych strefach festiwalu. Ich koncert, jak zwykle, wniósł do programu sporą dawkę punkrockowej bezpośredniości. Tutaj przede wszystkim liczyła się energia, kontakt z publicznością i charakterystyczna dla punk rocka prostota przekazu. To właśnie takie występy często najlepiej sprawdzają się na festiwalach. Wystarczy znaleźć się pod sceną i dać się porwać atmosferze, która na koncertach Pull The Wire jest zawsze niezwykle energetyczna. Zespół nie tylko dostarczył publiczności kolejnej porcji gitarowego grania, ale także rozgrzał zgromadzonych pod sceną do czerwoności.
Rockowizna jako miejsce spotkania pokoleń
Pierwszy dzień Rockowizny umiejętnie połączył klasyczne polskie brzmienia z nowocześniejszym rockiem, punk rockiem, rock’n’rollem i elektroniką. Pierwszy dzień pokazał, że pod szerokim pojęciem rocka może zmieścić się bardzo wiele: ciężkie riffy Illusion, emocjonalność Comy, koncertowa przebojowość Royal Republic, mroczny świat Perturbatora, punkowa energia Pull The Wire czy bezpośredniość Zenka Grabowskiego. Jednak muzyka była tylko jedną częścią składową całego doświadczenia. Rockowizna ma w sobie coś, czego nie da się wpisać w tabelkę z parametrami imprezy. Jej największą wartością okazała się atmosfera. Przyjazna, swobodna, momentami wręcz rodzinna. Pod sceną spotykali się słuchacze, którzy mogliby reprezentować zupełnie różne muzyczne światy, a jednak przez kilka godzin bez problemu znajdowali wspólny język, tym językiem był oczywiście rock.