To w sierpniu ubiegłego roku platforma streamingowa Netflix, niespodziewanie, bez wcześniejszych zapowiedzi, ogłosiła, że rozpoczyna prace nad filmową biografią postaci ikonicznej dla polskiego rocka. W centrum zainteresowania streamingowego giganta znalazła się historia życia i kariery założyciela zespoły Lady Pank - Jana Borysewicza.
Już wtedy dowiedzieliśmy się, że projekt oparty został na autobiografii Mniej obcy, w ramach której z Borysewiczem współpracował Marcin Prokop. Za kamerą filmu stanął Kristoffer Rus, najbardziej kojarzony powszechnie z familijną serią Za duży na bajki. Scenariusz zaś to efekt połączonych sił Wiktora Piątkowskiego i Joanny Kozłowskiej.
Z pewnością sporym zaskoczeniem była decyzja obsadowa filmu. Jego producenci zdecydowali się obsadzić w roli legendarnego gitarzysty absolutnego debiutanta, Mikołaja Bukrewicza. Co ciekawe, na świeże twarze chcą postawić także twórcy filmów chociażby o The Rolling Stones i Ozzym Osbournie.Miesiące mijały, a my dostawaliśmy kolejne, wyglądające naprawdę obiecująco, fotosy z planu, aż w końcu datę premiery i zwiastun. Stało się jasne, że Netflix pokłada bardzo duże nadzieje w projekcie gdy okazało się, że został on wystawiony do Konkursu Głównego o Złote Lwy na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Mniej Obcy statuetki nie dostał, w końcu przyszedł jednak czas na jego oficjalną premierę w streamingu.
Lady Pank wiecznie żywe
Nie ukrywam - mocno czekałam na ten film. Nie da się nie zauważyć, że choć na świecie wciąż trwa prawdziwy szał na kręcenie kolejnych filmów o największych gwiazdach rockowego świata, tak w Polsce takowych nie powstaje zbyt wiele. Mieliśmy co prawda Skazanego na bluesa - ale już 20 lat temu. Kolejno dostaliśmy w 2024 roku historię Siczki i KSU w Idź pod prąd, jednak Arek Jakubik wciąż, od lat, otwarcie mówi, że nadal stara się zebrać środki na filmowy projekt, w centrum którego znaleźć by się miał Robert Brylewski.
Czy historie życia i kariery naszych rodzimych ikon szeroko pojmowanej muzyki rockowej nie są ciekawe? Przecież czas ich dorastania, życia, aż w końcu stawiania pierwszych kroków na scenie przypadł, w większości przypadków, albo na lata 70. i 80., gdy panowała komuna, a gitarowe granie niezbyt lubiło się w ówczesną władzą, albo na kolejną dekadę, gdy miały miejsce przemiany ustrojowe, a Zachód coraz mocniej pukał do naszych drzwi.
Decyzja o tym, aby przedstawić, jedynie fragment, ale ten właśnie kluczowy, życia i muzycznej działalności Borysewicza i Lady Pank odebrałam jako strzał w dziesiątkę. Im bliżej było do premiery Mniej obcego tym bardziej zagłębiałam się w ten świat. Wczytywałam się w wywiady z gitarzystą, wróciłam do jego autobiografii - oraz oczywiście do muzyki Lady Pank. Być może zabrzmi to banalnie, trudno, ale czymś naprawdę inspirującym dla mnie było odkrywanie tego grania na nowo i uświadamianie sobie, dlaczego pozostaje ono ponad czasowe - tak pod kątem muzycznym, jak i tekstowym. Tak, wiem, co pada w Na co komu dziś, wydaje mi się jednak, że pierwsze skojarzenie Lady Pank akurat z tym kawałkiem jest najlepszym dowodem na zamkniętą głowę i powtarzanie jednej i wciąż tej samej śpiewki.
Produkcja, która wciągnie każdego fana i fankę polskiego rocka lat 80.
Tym bardziej, że Mniej obcy do lat 90., kiedy to wspomniana wyżej piosenka miała swoją premierę, nawet nie dociera. Fabularnie film rzeczywiście idzie śladem wydanej w 2022 roku książki. Dostajemy więc opowiedzianą po kolei historię: od dzieciństwa Jana Borysewicza, aż do pamiętnych wydarzeń z 1986 roku, problemów zdrowotnych gitarzysty i powrotu Lady Pank do grania po skandalu. Dla kogoś tak skonstruowana fabuła może być nieco nudna, faktem jednak jest, że życie Borysewicza, tak przed, jak i po rozpoczęciu kariery, szczególnie ten czas świetności zespołu i jego kryzys, są naprawdę ciekawe, szczególnie z perspektywy fana. Do tego jasne jest, że musimy przejść przez pewną ścieżkę, aby dotrzeć do wydarzeń, które miały być kluczowe dla Borysewicza w doprowadzeniu go do miejsca, w którym jest obecnie - patrz: występ we Wrocławiu z 1986 roku, śmierć matki, pierwszy zawał.
Przejmująco pokazane jest dzieciństwo Jana: choroba matki, zaborczość ojca (scena z włosami trochę jednak boli) i piękna relacja z bratem Andrzejem. To on właśnie pokazał gitarzyście, czym jest rock and roll, wręczył mu pierwsze wiosło, to z nim połączyła go jedyna w swoim rodzaju więź - której nie przerwała nawet samobójcza śmierć Andrzeja.
Z filmu wyraźnie wynika, że to właśnie to tragiczne zdarzenie na zawsze, najbardziej odbiło się na muzyku - i wystawiło na próbę jego wiarę. Ta, co ciekawe i dość zaskakujące, jest ważnym elementem filmu, co nie jest wcale takie oczywiste. Muzyk nigdy jej nie ukrywał - ale też się z nią nie afiszował, a decyzja o tym, aby właśnie z relacji z Bogiem uczynić ważny wątek filmu jest dla mnie nieco zastanawiająca. Są bądź co bądź inni przedstawiciele rockowego świata, w filmach o których dyskusji z wiarą bardziej bym się spodziewała. W pełni za to rozumiem pokazanie w Mniej obcym sceny z pielgrzymki (kto czytał książkę, ten wie!).
Niezwykle dynamicznie w filmie przechodzimy do momentu, gdy Jan jest już gitarzystą, o którego zabiegają różne zespoły - który jeździ po Polsce i za granicę, pomimo bardzo młodego wieku, wracając do domu, w którym de facto nie lubi przebywać. Trochę bardziej podkreśliłabym, na miejscu twórców, czas, gdy Jan grał w lokalnym Domu Kultury - ze względu na pewną ważną w filmie scenę wspomniałabym też o tym, że trenował boks.
Mniej obcy ani na moment nie zwalnia tempa, zabierając widza do następnych rozdziałów kariery Borysewicza: kolejne zespoły, Budka Suflera, początki szalonego rock and rollowego życia, aż w końcu powstanie i sukces Lady Pank. Za mało podkreślone jest to, co de facto odpowiedzialne było za tak wielki i natychmiastowy sukces grupy, a więc rozpoznawalność Jana i przyciągające tłumy koncerty - ich powinno być w filmie zdecydowanie więcej! Jest sukces debiutu, wyjazd do USA, blaski (i cienie) życia gwiazdy rocka, ale też te ciągle ciągnące się za gitarzystą demony przeszłości: wizja ciężko chorej matki, nieobecnego ojca i utraty brata (znika za to zupełnie siostra, Halina), dziecko, w życiu którego nie uczestniczy, aż w końcu pogrążanie się w używkach.
Jest więc wiara - oraz oczywiście PRL i sytuacja polityczna tamtych czasów. W filmie Lady Pank przedstawiony jest jako zespół, który jest wyjątkowo mocno nie na rękę ówczesnej władzy. Tak rzeczywiście było - ale czy aby na pewno aż na taką skalę?
Mniej obcy to zdecydowanie nie jest hagiografia. To opowieść, w której Borysewicz przedstawiany jest jako mistrz gitary - ale przy tym człowiek z naprawdę skomplikowanym życiem prywatnym. Zaangażowany w projekt muzyk nie bał się w nim rozliczyć z tym, jakim był synem, ojcem, liderem w zespole. Nie pomija trudnych faktów i momentów, w tym pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Tym samym produkcja dużo bardziej przypomina mi Rocketmana o Eltonie Johnie, niż Bohemian Rhapsody o Freddiem Mercurym. W filmie Jan staje się coraz bardziej "Mniej obcy" nie tylko widzom, ale także samemu sobie.
Pomaga w tym bardzo wcielający się w muzyka Mikołaj Bukrewicz - świetny, kradnący każdą scenę, przyciągający uwagę. On nie gra, tylko dosłownie staje się Janem Borysewiczem, z jednej strony przyciągając, z drugiej nieco odrzucając chłodem, jakim postać emanuje, gdy miota się między karierą, marzeniami o coraz to większej sławie i tymi wciąż go ścigającymi problemami osobistymi. Do tego, widać, że on naprawdę gra na gitarze - w końcu, nareszcie, dostaliśmy sceny, które nie są udawane! Wystarczy sprawdzić sociale Mikołaja, aby przekonać się, że jest muzykiem! Mam szczerą nadzieję, że Mniej obcy to tylko początek, a za dwa lata o Mikołaju będziemy mówić tyle, co obecnie o Ignacym Lissie, który w 2024 roku, jeszcze nie tak znany, jak obecnie, zagrał Siczkę. Świetnie wypada także grający Andrzeja Mogielnickiego Patryk Pietrzak - wyrazisty, wprowadzający do tej historii humor, ale też dojrzałość. Strzał w dziesiątkę to również Marcel Barra jako Janusz Panasewicz - a scena z pierwszego spotkania z Lady Pank? Złoto!
Mniej obcy to nie jest tak brutalna, brudna wręcz produkcja w swojej wymowie, jak Skazany na bluesa, ale tego mroku i emocji tu także nie brakuje. Kluczem w odbiorze całości - tak, jak w życiu Jana Borysewicza - jest oczywiście muzyka. Te nieśmiertelne rockowe hymny, wciąż pojawiające się w tle. Dla widza nie tylko przywołują one nostalgię, ale także stwarzają pewne narracyjne tło pod kolejne wydarzenia z życia gitarzysty.
Jestem w sumie sama zaskoczona tym, jak Mniej obcy to film, którego się spodziewałam. To projekt skierowany wprost do fanów i fanek polskiego rocka, do tych, którzy lubią opowieści z dawnych lat i dla których muzyka sprzed tych kilku dekad nadal naprawdę dobrze i mocno gra. Czy projekt mógłby być nieco ostrzejszy, bardziej "rock and rollowy", buntowniczy? No pewnie, ale Jan Borysewicz to duża postać, film zrobiła wielka platforma streamingowa - jasne jest, że zamysłem było, aby trafił on do jak największej publiczności - a nie jedynie do węższego grona wyjadaczy, znawców tamtych czasów. Mniej obcy ma dobre i te nieco mniej dobre strony, ale ja już wiem, że z przyjemnością jeszcze do niego wrócę.
Ogólna ocena filmu: 7,5/10.