Ekstremalny huragan spustoszenia przeszedł przez Klub Studio – Heaven Shall Burn, The Halo Effect, The Black Dahlia Murder oraz Frozen Soul zagrali w Krakowie

2026-04-05 20:40

W środę, 18 marca 2026 roku krakowski Klub Studio zamienił się w prawdziwe epicentrum ekstremalnych brzmień. W ramach trasy „Heimat Over Europe Tour” na jednej scenie spotkały się cztery zespoły reprezentujące różne oblicza metalu: Heaven Shall Burn, The Halo Effect, The Black Dahlia Murder oraz Frozen Soul. Już sam skład zapowiadał, iż będzie to przekrojowa podróż przez różne odcienie ekstremy – i dokładnie tak było.

Jako pierwsi na scenie pojawili się Frozen Soul i bez zbędnych wstępów uderzyli ciężarem, który momentalnie zagęścił powietrze w klubie. Ich brzmienie – surowe, oparte na nisko strojonych gitarach i masywnym groove – przywoływało ducha klasycznego death metalu. Publiczność, jeszcze nie w pełni wypełniająca salę, szybko dała się porwać rytmowi, a moshpit pojawił się niemalże natychmiastowo. Ciężkie brzmienie, które szczególnie potężnie wybrzmiało w takich kawałkach, jak „Encased in Ice” czy „Chaos Will Reign” przeciskało się przez ciemne, niebieskie światło i spowijającą scenę gęstą mgłę. Frozen Soul prezentuje brzmienie bezkompromisowe, a growl wydobywający się z masywnej postury wokalisty Chada Greena, robi ogromne wrażenie. Muzyk podzielił się także z krakowską publicznością osobistą historią, dedykując jeden z wykonanych utworów zmarłemu przed dwoma laty młodszemu bratu. Jednocześnie zaapelował do publiczności, aby dbała o swój dobrostan i traktowała siebie i innych z szacunkiem i empatią. Trzeba przyznać, że pochodzący z Teksasu zespół to prawdziwa koncertowa maszyna. Choć zagrali zaledwie osiem kawałków, to było to mocne riffowe otwarcie bez zbędnych ozdobników.

The Black Dahlia Murder – precyzja i furia

Zmiana tempa nastąpiła wraz z wkroczeniem na scenę The Black Dahlia Murder. Założona w 2001 roku amerykańska formacja znana jest z technicznej intensywność i niemal nieprzerwanego naporu dźwięków. Set rozpoczął się od mocarnego „What a Horrible Night to Have a Curse”, w którym usłyszeliśmy wszystko, z czego znana jest grupa – precyzyjne riffy, majestatyczną perkusję i charakterystyczny wokal Briana Eschbacha, który przejął rolę frontmana w 2022 po śmierci Trevora Strnada. Widać było, że zespół jest w doskonałej formie scenicznej – każdy utwór był odegrany z niemalże chirurgiczną precyzją, a swobodny, bezpretensjonalny, choć oszczędny w słowach kontakt z publicznością, skutecznie podtrzymywał napięcie, prowadząc nas przez kolejne, mroczne kawałki, jak „A Vulgar Picture” czy „Everything Went Black”. Formacja podczas tej trasy nadal promuje wydany w 2024 roku krążek „Servitude”, który jest pierwszym bez Trevora Strnada. Mimo to, na scenie nie widać, aby byli zmęczeni graniem tych samych kawałków od niemalże dwóch lat, wręcz przeciwnie, The Black Dahlia Murder byli ekscentryczni i nieprzewidywalni, jak zawsze, i doskonale widać, iż naprawdę cieszą się każdą spędzoną na scenie minutą. Publiczność z entuzjazmem przyjęła zarówno klasyki, jak i nowsze utwory, a największą euforię wzbudziło pojawienie się goryla, który wspólnie z fanami bawił się na sali.

Najbardziej wyczekiwane koncerty rockowe i metalowe w Polsce w 2026 roku

The Halo Effect – melodyjny oddech

Gdy emocje sięgały zenitu, na scenę wkroczyła nowa energia, której motorem napędowym są wszystkim doskonale znane twarze, czyli The Halo Effect. Supergrupa, w której skład wchodzą byli członkowie In Flames (Mikael Stanne, Jesper Strömblad – który podczas występów na żywo zastępowany jest przez Patrika Jensena, Peter Iwers, Daniel Svensson i Niclas Engelin), od razu pokazała, że nie jest tylko projektem, a pełnoprawnym zespołem. Charakterystyczny wokal Mikaela Stanne, gitarowa harmonia Niclasa Engelina i Patrika Jensena oraz znakomicie brzmiąca sekcja rytmiczna w postaci perkusji Daniela Svenssona i basu Petera Iwersa, to goteburski melodic death metal w czystej postaci. Energia emanująca ze sceny była porywająca, a Klub Studio pozwolił, aby zatopiła go fala melodyjnych riffów i chwytliwych refrenów. Każdy, kto widział The Halo Effect w akcji, wie, że ich występom towarzyszy radosna beztroska, którą jest widać na każdym kroku. Stanne nie bez powodu nazywany jest „najsympatyczniejszym kolesiem metalowej sceny”, gdyż przez cały koncert uśmiech nie schodził z jego twarzy. Mimo iż każdy z nich na scenie funkcjonuje od niemalże trzech dekad, to nie odcinają kuponów i widać, że cieszą się możliwością wspólnego grania – w końcu są kumplami, którzy wychowywali się na jednej ulicy w Goteborgu, którzy już jako utytułowani artyści w końcu wspólnie założyli kapelę. W ich twórczości widać zarówno wieloletnie doświadczenie, jak i poszanowanie melodic death metalowej sceny, którą przecież sami stworzyli. Doskonale odzwierciedlała to koszulka Miekaela Stanne z wizerunkiem zmarłego w 2025 roku Tomasa "Tompy" Lindberga z At The Gates, z którym łączyła go głęboka przyjaźń. Stanne przy wielu okazjach podkreśla, że bez Tompy i At The Gates nie byłoby sceny goteborskiej i melodic death metalu, i trudno nie przyznać mu racji. Jednak on sam, oraz koledzy z The Halo Effect również dołożyli do tych fundamentów swoją cegiełkę. Choć na początku z pewnością wielu przychodziło na ich koncerty ze zwykłej ciekawości, aby sprawdzić, czy The Halo Effect brzmi bardziej jak In Flames, czy jak Dark Tranquillity, którego wokalistą jest Mikael, to w Krakowie byli prawdziwi fani twórczości The Halo Effect, którzy chłonęli każdy riff i śpiewali refreny „The Needless End” czy „A Truth Worth Lying For”. Zespół na koncie ma „zaledwie” dwa krążki długogrające, dlatego ich set kończy się po 45 minutach. Kiedy wybrzmiewają nuty „Shadowminds”, czyli pierwszego singla formacji, publiczność wybucha radosną ekstazą. Widać, że nikt nie ma ochoty, aby ten koncert dobiegł końca. Muzycy przy puszczonych z taśmy dźwiękach kawałka „Coda” żegnają się z publicznością, która brawami dziękuje im za ten wieczór. Mikael ze sceny obiecuje, że z pewnością do nas jeszcze wrócą, a po koncercie Patrik Jensen również zapewniał mnie, że Polska jest uwzględniona w ich planach koncertowych, których na nadchodzące miesiące mają sporo. Miejmy nadzieję, że tym razem ponownie przyjadą do nas w roli headlinera, gdyż 45 minut, które zagrali tym razem, to zdecydowanie za mało.

Heaven Shall Burn – brutalność z głębokim zaangażowaniem społecznym i politycznym

Punktem kulminacyjnym wieczoru był występ Heaven Shall Burn. Niemieccy weterani metalcore'u, znani z bezkompromisowego brzmienia i zaangażowanych tekstów, nie zawiedli. Ich wejście na scenę, które rozpoczęło się od kawałka „War Is the Father of All”, który pochodzi z najnowszego krążka zatytułowanego „Heimat”, było niczym wybuch. Z głośników popłynęły potężne riffy, a gardłowy wokal Marcusa Bischoffa sprawił, że podłoga w Klubie Studio dosłownie drżała. Nie zabrakło również odniesień do jednej z najsłynniejszych polskich wieczorynek – „Bolka i Lokla”. Gitarzysta i założyciel formacji Maik Weichert wyjawił, że sam oglądał tę bajkę, która w Niemczech nosiła tytuł „Lolek i Bolek”. Tuż po krótkiej dygresji na temat polskiej wieczorynki, Weichert zapowiedział kawałek „Armia”, który, mimo iż pochodzi z wydanego w 2006 roku albumu „Deaf to Our Prayers” do tej pory jeszcze nigdy nie wybrzmiał na żywo w Polsce. Heaven Shall Burn, jak zawsze, udowodnili, że są mistrzami w budowaniu atmosfery i dostarczaniu potężnych, energetycznych występów. Setlista była idealnie wyważona, łącząc klasyki w postaci „Voice of the Voiceless”, „Counterweight” czy „Endzeit” z nowszymi utworami, z ostatniego krążka, który tuż po ukazaniu się był jednym z najczęściej kupowanych albumów w ich rodzinnym kraju, a każdy z zaprezentowanych utworów wybrzmiał tak, jak niemieccy giganci nas do tego przyzwyczaili – z ogromną brutalnością i ładunkiem emocjonalnym. Ciężkie breakdowny przeplatały się z melodyjnymi fragmentami, a wszystko to spięte było potężnym, charyzmatycznym wokalem Marcusa Bischoffa. Pod sceną panował absolutny chaos w najlepszym tego słowa znaczeniu – circle pity i croud surfing nie ustawały ani na minutę, a publiczność spijała każde słowo z ust wokalisty. Kontakt zespołu z publicznością był wzorowy, a ich przekaz – tradycyjnie już osadzony w refleksji społecznej i politycznej – wybrzmiewał równie mocno jak same gitary Weichert i Dietza. Po zakończeniu występu Marcus Bischoff długo jeszcze pozostał na scenie, aby podziękować wszystkim, którzy w ten środowy wieczór zdecydowali się uczestniczyć w tej metalowej uczcie.

Koncert w Klubie Studio, którego organizatorem był Knock Out Production, był podróżą poprzez różne oblicza metalu. Każdy z zespołów wniósł własną tożsamość, tworząc wielowymiarowy obraz współczesnej metalowej sceny. Od surowej siły Frozen Soul, przez techniczną precyzję The Black Dahlia Murder, melodyjną narrację The Halo Effect, aż po bezkompromisową intensywność Heaven Shall Burn. Był to wieczór, który potwierdził, że scena ekstremalna pozostaje w znakomitej kondycji.