Wizyta w Weybridge i narodziny "Hey Jules" w samochodzie
W maju 1968 roku życie 5-letniego Juliana Lennona wywróciło się do góry nogami, gdy jego ojciec odszedł do Yoko Ono. Paul McCartney, który miał z chłopcem świetny kontakt i często bawił się z nim więcej niż sam John, jako jedyny z bliskiego kręgu The Beatles postanowił odwiedzić porzuconą Cynthię Powell i jej syna. Jadąc swoim Astonem Martinem do Weybridge, zaczął pod nosem nucić melodię i słowa pocieszenia. Tak powstał pierwowzór tekstu, który pierwotnie zaczynał się od frazy "Hey Jules, don't make it bad".
McCartney zmienił później imię bohatera na Jude, bo uznał, że brzmi to lepiej, bardziej dynamicznie i ma w sobie coś z klimatu muzyki country. Mimo że intencje Paula były jasne i dotyczyły dziecka, John Lennon przez lata żył w przekonaniu, że przyjaciel napisał ten utwór specjalnie dla niego. Twierdził, że słowa zachęcające do "pójścia po nią" były podświadomym pozwoleniem na odejście z zespołu i oficjalne związanie się z Yoko Ono.
On mówi: "Hey Jude – hey John". Wiem, że brzmię jak jeden z tych fanów, którzy we wszystkim doszukują się ukrytego sensu, ale możesz to usłyszeć jako piosenkę dla mnie. Podświadomie mówił: "Idź, zostaw mnie" – stwierdził John Lennon w rozmowie z magazynem "Playboy".
Autor piosenki musiał osobiście wyprowadzać przyjaciela z błędu, tłumacząc mu prosto w twarz, że tekst jest o Julianie, a nie o skomplikowanych relacjach wewnątrz zespołu. Mimo tych wyjaśnień, Lennon do końca życia lubił wierzyć, że w kompozycji ukryto drugie dno dedykowane właśnie jemu.
Konflikty w studiu Trident i ukryte przekleństwo w tle nagrania
Nagrania ruszyły pod koniec lipca 1968 roku w londyńskim Trident Studios, które jako jedno z nielicznych dysponowało nowoczesnym magnetofonem 8-ścieżkowym. Podczas sesji dochodziło do spięć, zwłaszcza między Paulem a George’em Harrisonem. Gitarzysta chciał dogrywać swoje partie po każdej linijce tekstu, na co McCartney kategorycznie się nie zgadzał, pilnując surowej struktury ballady. Atmosferę podgrzewał fakt, że do finałowego, trwającego cztery minuty zakończenia, zaangażowano 36-osobową orkiestrę symfoniczną. Muzycy klasyczni otrzymali podwójne wynagrodzenie za to, że zgodzili się klaskać i śpiewać słynne "Na-na-na-na", choć jeden z nich oburzony opuścił studio, nie chcąc brać udziału w tym, co nazwał "pieprzoną piosenką Paula".
Mało kto wie, że w oficjalnej wersji utworu można usłyszeć niecenzuralne słowa. W okolicach 2 minuty i 58 sekundy, gdy McCartney prawdopodobnie uderzył zły akord na pianinie, cicho pada siarczyste "f***ing hell". John Lennon, zamiast kazać to wyciąć, był zachwycony tą wpadką i dopilnował, by błąd pozostał w finalnym miksie. Do dziś fani z całego świata wyłapują ten moment, który stał się jedną z najsłynniejszych ciekawostek w historii rocka.
Julian Lennon i pamiątka kupiona za 25 tysięcy funtów
Przez blisko 20 lat Julian Lennon nie miał pojęcia, że najsłynniejszy utwór w dorobku The Beatles powstał z myślą o nim. O kulisach dowiedział się dopiero w latach 80. z wypowiedzi McCartneya. Choć piosenka jest dla niego symbolem traumatycznego rozstania rodziców i utraty kontaktu z ojcem, Julian bardzo docenia gest Paula. W 1996 roku wylicytował nawet na aukcji oryginalne notatki z sesji nagraniowej za 25 tysięcy funtów, ponieważ w jego rodzinnym domu zachowało się bardzo mało pamiątek związanych z ojcem.
Rekordowa długość i rewolucja na listach przebojów
"Hey Jude" było pierwszym singlem wydanym przez nową wytwórnię zespołu, Apple Records. Utwór trwał aż 7 minut i 11 sekund, co w tamtym czasie było absolutnym rekordem dla piosenki puszczanej w radiu. Większość rozgłośni unikała utworów przekraczających 3 minuty, ale kompozycja była tak popularna, że dziennikarze musieli nagiąć zasady formatu. Singiel spędził na szczycie amerykańskiej listy Billboard Hot 100 aż 9 tygodni, sprzedając się w nakładzie około 8 milionów egzemplarzy w zaledwie kilka miesięcy.