Black Sabbath - 5 ciekawostek o albumie "Never Say Die!" | Jak dziś rockuje?

"To najgorszy album, jaki nagraliśmy" – powiedział, w jednym z wywiadów, Geezer Butler, basista Black Sabbath. Nie da się ukryć, że "Never Say Die!" stał się symbolem chaosu. Było to także ostatnie studyjne dzieło grupy nagrane w oryginalnym składzie.

Czas chaosu. Black Sabbath i historia albumu Never Say Die!

W drugiej połowie lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku w obozie brytyjskiej formacji Black Sabbath – delikatnie rzecz ujmując – nie działo się najlepiej. Muzycy znajdowali się pod ogromną presją, zmagali się z uzależnieniami i coraz większym zmęczeniem związanym z wyniszczającym tempem pracy, które trwało od lat. –Wszyscy byliśmy wtedy kompletnie oderwani od rzeczywistości. Sprzedawaliśmy miliony płyt i wyprzedawaliśmy koncerty na całym świecie. Nadal jednak ledwo mieliśmy pieniądze. Zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy oszukiwani przez management –powiedział Geezer Butler w wywiadzie dla Lifeminute.

Oto najlepsze metalowe albumy koncertowe w historii. Jakie tytuły wskazała sztuczna inteligencja?

Na domiar złego skład zespołu postanowił opuścić Ozzy Osbourne. –Doszedł do punktu, w którym naprawdę nie chciał już tego robić. Pamiętam, jak podczas ostatniej trasy, którą z nimi odbyłem, pracownik techniczny musiał wpychać go na scenę –wyjaśnił, na łamach magazynu Classic Rock, klawiszowiec Jezz Woodroffe, który współpracował z Black Sabbath. Wszystko wydarzyło się na krótko przed rozpoczęciem prac nad kolejnym studyjnym albumem. Grupa podjęła więc decyzję o zatrudnieniu Dave’a Walkera (eks-Fleetwood Mac). Wokalista zdążył wystąpić z pozostałymi muzykami w telewizji BBC. Wykonali wspólnie wczesną wersję utworu, który później stał się Junior’s Eyes. Sytuacja zmieniła się jednak zaledwie kilka dni przed startem właściwych nagrań. Osbourne chciał bowiem wrócić do zespołu. 

–Mieliśmy już napisane wszystkie piosenki dla Dave’a, ale zgodziliśmy się przyjąć go z powrotem. Może powinniśmy byli być nieco bardziej bezwzględni i odmówić, ale to był Ozzy i tyle razem przeszliśmy. Czułem się po prostu źle, że go z nami nie ma –opowiedział gitarzysta Tony Iommi w wywiadzie dla zachodniego Metal Hammera. Powrót doszedł do skutku, ale pojawił się innym problem. Wokalista nie chciał bynajmniej śpiewać utworów, które zostały napisane bez niego. Zespół zatem musiał praktycznie wszystko zaczynać od zera.

Nie to samo

Formacja udała się do Toronto, aby nagrywać w Sounds Interchange. Warunki nie były jednak szczególnie sprzyjające. Muzycy pisali i ćwiczyli utwory w ciągu dnia (w kinie, w którym… panował mróz), a wieczorem jechali do studia, aby rejestrować je na taśmie. –Nie mieliśmy czasu, żeby się nad czymś zatrzymać i zastanowić. "Czy to jest właściwe? Czy to działa, jak powinno?". Bardzo trudno było mi w tak krótkim czasie wymyślać pomysły i szybko składać je w całość –dodał Iommi, cytowany przez portal Ultimate Guitar. Napięcia wewnątrz, z dnia na dzień, tylko rosły.

–Czuć było, że to już nie to samo, zwłaszcza w relacjach między mną a Tonym. Nie sądzę, żebyśmy wkładali serce w to, co robiliśmy –wspominał wokalista Black Sabbath w swojej autobiografii Ja, Ozzy. Gitarzysta po latach mówił, że w tamtym okresie używki wzięły nad nimi górę. Na tyle, że nie byli w stanie normalnie pracować. Według jego relacji zdarzało się, że muzycy przychodzili do studia i... każdy grał coś innego. Sesje trzeba było więc przerywać. Członkowie po latach nie ukrywali, że praca nad Never Say Die! przypominała drogę przez mękę. Wspomniana męka trwała pięć miesięcy. 

Kompletny niewypał

Album ukazał się na rynku 29 września 1978 roku. –"Never Say Die!" okazał się w Ameryce kompletnym niewypałem, ale na Wyspach radził sobie całkiem nieźle, dotarł do dwunastego miejsca na liście przebojów i pozwolił nam się zaprezentować w "Top of the Tops" –relacjonował w swojej książce Książe Ciemności. Dla ósmego wydawnictwa Black Sabbath litości nie mieli za to dziennikarze. Jednym z głównych zarzutów było to, że całość brzmi niespójnie i sprawia wrażenie materiału powstającego w pośpiechu, co było zgodne z prawdą.

–Próbowaliśmy zbyt mocno pójść do przodu pod względem muzycznym. Myślę, że całkowicie straciliśmy wątek. Przestaliśmy robić rzeczy, które czyniły Sabbath tym, czym był. Zaczęliśmy iść w stronę bardziej melodyjnych rzeczy, co z perspektywy czasu było błędem. Ozzy zawsze chciał brzmieć jak stara wersja Sabbath, podczas gdy Tony i ja chcieliśmy rozwijać się pod kątem muzycznym. Patrząc wstecz, prawdopodobnie miał rację, ponieważ nasze kombinacje sprawiły, że zatraciliśmy to, czym Black Sabbath w ogóle miało być –dodał basista w rozmowie dla portalu Metal Edge.

Dopełnieniem agonii była trasa koncertowa promująca album. Jako support zabrano młody, niezwykle głodny sukcesu zespół Van Halen, który swoimi energetycznymi występami dosłownie "zdmuchnęli" ze sceny zmęczonych weteranów z Birmingham. Niedługo po wydaniu płyty Ozzy Osbourne został oficjalnie wyrzucony z zespołu. Jego następcą został Ronnie James Dio. Tym samym brytyjska formacja rozpoczęła oficjalnie nowy rozdział w swojej historii. 

Jakie ciekawostki skrywa album Never Say Die!? Tego dowiecie się z galerii, którą umieściliśmy na samej górze niniejszego artykułu. 

Poniżej przypominamy zestawienie najlepszych utworów, których Black Sabbath nigdy na żywo nie zagrał: