Tytuł albumu ("Nigdy nie mów nigdy!") miał być optymistycznym hasłem świętującym 10-lecie istnienia zespołu. Jak po latach wspominał basista Geezer Butler, był to jeden wielki sarkazm. Wszyscy w studiu czuli już, że to absolutny koniec starego składu, a płyta jest łabędzim śpiewem.