Reed Mullin znał brudną stronę sławy. Dlatego jego słowa o Dave'ie Grohlu miały taką wagę

2026-05-26 9:05

W rock'n'rollu, gdzie uśmiech jest często tylko elementem wizerunku, autentyczność to towar deficytowy. Dlatego świadectwo o naturze Dave'a Grohla nabiera niezwykłej mocy, gdy pochodzi od kogoś, kto znał go na długo przed sławą. Od weterana sceny, który sam poznał gorzki smak sukcesu i nie miał żadnego powodu, by cokolwiek ubarwiać.

Reed Mullin, Dave Grohl

i

Autor: A Name Like Shields Can Make You Defensive /Andreas Lawen, Fotandi / CC BY-SA 4.0
Foo Fighters - 5 ciekawostek o albumie "The Colour and the Shape" | Jak dziś rockuje?

Wizerunek najmilszego gościa w rock'n'rollu to marketingowy Święty Graal. Wymaga dekad pracy, armii PR-owców i żelaznej dyscypliny, by nigdy nie dać się przyłapać na byciu, cóż... zwykłym dupkiem. Wszyscy znamy te historie – uśmiechnięte fasady, które kruszą się za kulisami pod ciężarem ego i nadmiaru wszystkiego. Dlatego opowieść o Dave'ie Grohlu, tym wiecznym rockowym optymiście z sąsiedztwa, zawsze brzmiała odrobinę zbyt dobrze, by mogła być prawdziwa. A jednak, czasem głos z przeszłości, głos kogoś, kto naprawdę tam był, potrafi uciąć wszelkie spekulacje. Takim głosem stał się Reed Mullin, bębniarz i współzałożyciel Corrosion of Conformity, człowiek, który znał scenę od jej najbrudniejszej, najbardziej autentycznej strony.

Muszę przyznać, że Dave Grohl też jest niesamowity. Oglądasz wszystkie te wywiady z nim i wydaje się najfajniejszym i najmilszym facetem przed kamerą, ale naprawdę taki jest też poza nią! Miałem to szczęście, że znałem go, zanim stał się wielką gwiazdą rocka, kiedy wydałem album jego pierwszego zespołu.

Garażowy hałas, który miał wstrząsnąć światem

Zanim ktokolwiek usłyszał o Seattle, Nirvanie i medialnej histerii zwanej grunge’em, istniał brudny, spocony i wściekły świat amerykańskiego hardcore punka. To tam, w obskurnych klubach i na scenach budowanych z byle czego, kształtowały się charaktery. Właśnie z tego fermentu na początku lat 80. w Raleigh, w Karolinie Północnej, wyłonił się Corrosion of Conformity. Reed Mullin, razem z Mikiem Deanem i Woodym Weathermanem, grali muzykę, która była surowym, pozbawionym kompromisów krzykiem.

Ich wczesne płyty, jak „Eye for an Eye” czy kultowe „Animosity”, to nie były jeszcze potężne, południowe, metalowe riffy, z których zasłynęli dekadę później. To był czysty, pierwotny hardcore punkszybki, agresywny i szczery do bólu. To była scena, na której nie było miejsca na gwiazdorskie pozy. Liczyła się energia, wspólnota i przetrwanie kolejnego koncertu. W tym samym czasie, w innym miejscu, podobną drogę przechodził młody perkusista z Waszyngtonu, który zanim usiadł za bębnami Nirvany, szlifował swój warsztat w hardcore’owych kapelach. Właśnie tam, w tym wspólnym ekosystemie, ich drogi musiały się przeciąć.

Co o sławie i jej cenie wiedział Reed Mullin?

Wypowiedź Mullina ma taką wagę, bo on sam nie był postacią z drugiego rzędu. Był w samym sercu rockowego trzęsienia ziemi. Przeżył z C.O.C. transformację od punkowych chłystków do metalowych gigantów, którzy z albumami „Blind” i „Deliverance” na stałe wpisali się do kanonu ciężkiego grania. Widział, jak zmienia się przemysł, jak dawni koledzy stają się ikonami, a undergroundowe kapele wypełniają stadiony.

Sam poznał gorzki smak sławy – w 2001 roku musiał opuścić zespół z powodu kontuzji pleców, a jego późniejsze lata naznaczone były walką z problemami zdrowotnymi i uzależnieniem. Mullin nie był kimś, kto rzucałby komplementy na wiatr. Znał mechanizmy branży, widział, jak sukces potrafi zniszczyć ludzi i wypaczyć ideały. Kiedy więc mówił, że Grohl „naprawdę taki jest”, nie była to kurtuazja kolegi z branży. To było świadectwo weterana, który widział wszystko i nie miał powodu, by cokolwiek ubarwiać. Wiedział, jak rzadkim zjawiskiem jest autentyczność, która przetrwała próbę wielomilionowych kontraktów i globalnej popularności.

Supergrupa starych kumpli, czyli po co gwiazdom punk rock?

Najlepszym dowodem na to, że słowa Mullina nie były tylko nostalgicznym wspomnieniem, jest projekt, który połączył go z Grohlem wiele lat później. W 2014 roku, razem z Mikiem Deanem i Mickiem Murphym, Mullin powołał do życia hardcore'ową supergrupę Teenage Time Killers. Skład tego zespołu czyta się jak listę gości na rock'n'rollowym Olimpie: obok Grohla pojawili się tam m.in. Corey Taylor ze Slipknot, Randy Blythe z Lamb of God czy Nick Oliveri z Queens of the Stone Age.

Co robił multimilioner i globalna gwiazda pokroju Grohla w projekcie, który był jawnym powrotem do hałaśliwych, garażowych korzeni? Odpowiedź jest prosta: robił to z pasji. Dla zabawy. Z tymi samymi ludźmi, z którymi dzielił scenę, zanim świat oszalał na jego punkcie. Teenage Time Killers było ostatecznym potwierdzeniem, że więzi zrodzone w hardcore’owym podziemiu przetrwały dekady. Grohl, lider Foo Fighters, nie musiał niczego udowadniać, a jednak wrócił, by zagrać na bębnach u boku dawnego znajomego. To był gest, który mówił więcej niż jakikolwiek wywiad. Potwierdzał, że ten „najmilszy facet w rocku” to wciąż ten sam dzieciak, dla którego najważniejsza była radość ze wspólnego grania. A słowa Reeda Mullina, który odszedł w 2020 roku, pozostają tego najcenniejszym, bo wypowiedzianym z pierwszej ręki, świadectwem.

Galeria: Foo Fighters to mistrzowie koncertów! Oto TOP 10 utworów, najczęściej granych przez Dave’a Grohla i spółkę na żywo

Quiz o Foo Fighters. Czy wiesz wszystko o zespole Dave'a Grohla?
Pytanie 1 z 10
W którym roku ukazał się pierwszy album Foo Fighters?