Sześć dni, które uratowały Dave'a Grohla
Po ogłuszającej ciszy, jaka nastała sześć miesięcy po śmierci Kurta Cobaina, Dave Grohl był człowiekiem w rozsypce. Muzyka, która była całym jego życiem, nagle stała się nieznośnym hałasem. W październiku 1994 roku postanowił jednak zamknąć się na tydzień w Robert Lang Studios w Seattle, by w samotności stoczyć walkę z własnymi demonami. To, co miało być jedynie formą dźwiękowej autoterapii, w której sam jeden chwycił za perkusję, gitarę, bas i mikrofon, przerodziło się w coś znacznie większego. Z tej sesji narodziło się piętnaście utworów, które uformowały debiutancki album Foo Fighters i stały się jednym z najważniejszych rockowych krążków lat dziewięćdziesiątych.
Jak Grohl samodzielnie nagrał debiut Foo Fighters?
Tempo pracy było wręcz szaleńcze, co jest zasługą wieloletniego zgrania Grohla z producentem Barrettem Jonesem. Między 17 a 23 października, w zaledwie sześć dni, ta dwójka zarejestrowała cały materiał, wypluwając z siebie średnio cztery kawałki dziennie. Każdy utwór powstawał w ekspresowym tempie, często w mniej niż 45 minut, a większość lądowała na taśmie już po pierwszym lub drugim podejściu. Grohl działał jak dobrze naoliwiona maszyna: najpierw kładł potężny, perkusyjny fundament, potem dokładał gitarowe riffy i pulsujący bas. Na samym końcu przychodził czas na wokale, które z powodu niepewności co do swoich sił, nagrywał aż cztery razy, budując potężną ścianę dźwięku.
Grohl ukrył swoje nazwisko
Grohl wiedział, że cień Nirvany jest gigantyczny, dlatego postanowił zagrać va banque i ukryć się za zasłoną anonimowości. Zamiast swojego nazwiska, na stu kasetach magnetofonowych umieścił jedynie enigmatyczną nazwę „Foo Fighters”, zaczerpniętą z terminologii pilotów z czasów II Wojny Światowej, opisującej niezidentyfikowane obiekty latające. Rozdał je znajomym, licząc, że muzyka obroni się sama, bez bagażu tragicznej przeszłości. Jego plan nie tylko wypalił, ale wręcz eksplodował, gdy jedna z tych niepozornych kaset wpadła w ręce Eddiego Veddera z Pearl Jam.
Jak kaseta w rękach Eddiego Veddera odpaliła Foo Fighters?
To właśnie frontman Pearl Jam odpalił lont. 8 stycznia 1995 roku, na falach swojej pirackiej audycji Self-Pollution Radio, zaprezentował światu dwa utwory z tajemniczej taśmy. Reakcja była natychmiastowa i przypominała pożar na prerii. Wytwórnie płytowe rzuciły się do szaleńczego polowania na autorów nagrań. W tym samym czasie Grohl, ku zdziwieniu wielu, odrzucił ofertę stałego dołączenia do The Heartbreakers. Sam Tom Petty, słysząc materiał Foo Fighters, dał mu swoje błogosławieństwo i zachęcił do podążania własną ścieżką. Ostatecznie walkę o zespół wygrał Gary Gersh z Capitol Records, zamykając niezwykłą klamrę historyczną. To ten sam człowiek, który lata wcześniej wprowadził Nirvanę na salony wytwórni Geffen.
Który utwór Foo Fighters jest o Courtney Love?
Choć cała płyta nasiąknięta jest atmosferą odreagowywania traumy, większość riffów i melodii powstała jeszcze za życia Cobaina. Jednak to cztery utwory napisane już po tragedii, z potężnym singlem „This Is a Call” na czele, niosą w sobie największy ładunek emocjonalny. Jasnym punktem na tej mrocznej mapie była piosenka „Big Me”, dedykowana ówczesnej żonie Grohla, Jennifer Youngblood. Prawdziwą burzę wywołał jednak kawałek „I'll Stick Around”, który fani od samego początku odczytywali jako bezpardonową, słowną szpilę wbitą wdowie po Cobainie, Courtney Love.
Grohl przyznał się po 15 latach
Przez długie piętnaście lat Dave Grohl twardo zaprzeczał tym spekulacjom, ale w 2009 roku wreszcie pękł i przyznał fanom rację.
Chyba nie jest tajemnicą, że 'I'll Stick Around' jest o Courtney. Zaprzeczałem temu przez piętnaście lat, ale teraz to mówię
– rzucił w wywiadzie, ucinając dekady domysłów. Ich lodowate relacje były w branży tajemnicą poliszynela, a publiczne pojednanie nastąpiło dopiero w 2014 roku, przy okazji wprowadzenia Nirvany do Rock and Roll Hall of Fame. I tak album, który miał być ucieczką od przeszłości, stał się areną otwartej konfrontacji. Czasem, żeby pójść naprzód, trzeba najpierw zagrać najgłośniejszy i najbardziej osobisty utwór swojego życia.
Polecany artykuł: