Dave Grohl rzucił ponurą przepowiednię o końcu kariery. Po latach stał na scenie, gdy się spełniała

2026-05-20 9:05

Istnieje pewna gorzka ironia w tym, że autorem jednej z najbrutalniejszych zasad rock'n'rolla jest sam Dave Grohl. Zanim zbudował imperium Foo Fighters, los zmusił go, by przetestował ją na własnej skórze. To był upadek, który według jego własnej, cynicznej teorii powinien był zakończyć wszystko.

Dave Grohl

i

Autor: Invision/ East News
Foo Fighters - 5 ciekawostek o albumie "The Colour and the Shape" | Jak dziś rockuje?

Początek lat 90. to był dziwny czas. Rock’n’roll, który przez dekadę stroił się w lateks i tapirował włosy, nagle zdarł z siebie makijaż i wciągnął sprany flanelowy sweter. Seattle stało się epicentrum sejsmicznego wstrząsu, który przewartościował wszystko, co do tej pory wiedzieliśmy o sławie i sukcesie. Na szczyt wspięli się chłopcy, którzy wyglądali, jakby właśnie wyszli z garażu – bo często tak właśnie było. I nikt nie rozumiał mechanizmów tej nowej gry lepiej niż ci, którzy znaleźli się w samym jej środku. Dave Grohl, wtedy jeszcze perkusista w najważniejszym zespole pokolenia, ujął to z właściwą sobie, podszytą cynizmem precyzją.

Gwiazdy rocka są jak gwiazdy sportu: jeśli skręcisz kostkę, to po tobie.

Wypowiedziane przez niego słowa brzmiały jak gorzkie proroctwo. Były echem czasów, w których kariery wybuchały z siłą supernowej i gasły równie gwałtownie, często w tragicznych okolicznościach. W świecie grunge’u „skręcona kostka” mogła oznaczać wszystko: zły kontrakt, kłótnię w zespole, przedawkowanie, twórcze wypalenie albo po prostu jedną złą decyzję, która spychała cię z powrotem do piwnicy.

Kiedy bogowie spadają z Olimpu?

W kwietniu 1994 roku dla Dave’a Grohla świat nie tyle skręcił kostkę, co rozpadł się na kawałki. Śmierć Kurta Cobaina nie była końcem zespołu – była końcem pewnej epoki. Nirvana, która w ciągu zaledwie trzech lat stała się głosem milionów, zamilkła na zawsze. Dla reszty świata była to tragedia i szok. Dla Grohla – osobista katastrofa i zawodowy wyrok. Miał 25 lat i był perkusistą w zespole, który właśnie przestał istnieć w najbardziej ostateczny z możliwych sposobów. Jego własna zasada o „skręconej kostce” zdawała się materializować na jego oczach. Przez wiele miesięcy nie wiedział, co ze sobą zrobić. Jak sam wspominał po latach, schował się przed światem, podróżując po irlandzkich bezdrożach, by uciec od wszystkiego. Chciał zniknąć.

Przełom nastąpił w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Podczas jednej z takich podróży natknął się na autostopowicza. Gdy podjechał bliżej, zobaczył, że chłopak ma na sobie koszulkę z Kurtem Cobainem. To był znak. Zrozumiał, że od tego nie da się uciec. Trzeba było wstać, otrzepać się i zacząć iść dalej, nawet jeśli noga wciąż bolała. Wrócił do domu i niemal natychmiast wszedł do studia, by nagrać demo. Sam. Zagrał na wszystkich instrumentach, wylewając z siebie frustrację, żal i tlącą się gdzieś głęboko nadzieję.

Czy Dave Grohl mógł na zawsze pozostać tylko perkusistą?

Początkowo nikt, łącznie z samym Grohlem, nie wiedział, czym jest ten nowy projekt. Plotkowano, że zostanie perkusistą Pearl Jam. Dostał nawet propozycję stałej posady za bębnami u boku Toma Petty’ego. To były bezpieczne, wygodne ścieżki. Mógł resztę życia spędzić jako ceniony muzyk do wynajęcia, żywa legenda, która kiedyś grała w Nirvanie. Ale on wybrał inaczej. Zamiast dołączyć do gotowej machiny, postanowił zbudować własną. To, co zaczęło się jako jednoosobowy projekt terapeutyczny, nagrany pod pseudonimem, by uniknąć porównań, szybko przerodziło się w pełnoprawny zespółFoo Fighters.

Grohl wiedział, że wejście w buty frontmana będzie ryzykowne. Był perkusistą, a historia rocka zna niewielu bębniarzy, którym udała się taka wolta. Mimo to postawił wszystko na jedną kartę. Zamiast chować się za plecami kolejnego charyzmatycznego lidera, sam stanął przy mikrofonie. Z każdym kolejnym albumem i każdym wyprzedanym stadionem udowadniał, że jego kariera nie skończyła się w 1994 roku. Przeciwnie – ona się dopiero wtedy zaczęła. Przetrwał upadek, który dla wielu byłby końcem gry.

Tron zamiast końca kariery

Ironia losu dogoniła go jednak po latach, w sposób niemal komiczny. W 2015 roku, podczas koncertu Foo Fighters w Göteborgu, Grohl z impetem spadł ze sceny. Efekt? Złamana noga. Publiczność zamarła. Zespół zszedł za kulisy. Przez chwilę wydawało się, że cyniczna przepowiednia sprzed lat wreszcie się spełni. Gwiazda rocka dosłownie skręciła kostkę (a właściwie złamała kość strzałkową) i wydawało się, że to „po niej”. Koncert przerwano, a reszta trasy stanęła pod znakiem zapytania.

Ale to nie byłby Dave Grohl, gdyby poddał się takiemu banałowi. Po krótkiej przerwie wrócił na scenę. Siedząc na krześle, z nogą unieruchomioną przez medyka, dokończył koncert. A potem zrobił coś, co przeszło do rockowej mitologii. Zamiast odwoływać trasę, kazał zbudować sobie gigantyczny, podświetlany tron, ozdobiony schematami gitar i logo zespołu. Zasiadając na nim jak rock’n’rollowy imperator ze złamaną nogą w gipsie, zagrał całą amerykańską część trasy. Zmienił potencjalną katastrofę w jeden z najbardziej ikonicznych obrazków w swojej karierze. Udowodnił, że jego własna zasada ma jeden, potężny wyjątek. Czasem, gdy skręcisz kostkę, nie musisz schodzić ze sceny. Wystarczy, że zbudujesz sobie cholernie wielki tron.

Galeria: Foo Fighters to mistrzowie koncertów! Oto TOP 10 utworów, najczęściej granych przez Dave’a Grohla i spółkę na żywo