Jeden gest, jedno zawołanie rzucone w morze siedemdziesięciu tysięcy głów na Wembley i cały stadion należał do niego. Był w tym geście panem i sługą jednocześnie – dyrygentem masowej emocji, który czerpał energię od tłumu, by za chwilę oddać mu ją z nawiązką. Każdy, od barierek pod sceną po ostatnie rzędy trybun, czuł się przez moment najważniejszy. A jednak, za kulisami tego dionizyjskiego spektaklu, w którym rockowy frontman stawał się niemal bóstwem, kryła się filozofia prosta, niemal ascetyczna. Freddie Mercury, zapytany kiedyś o esencję swojej pracy, ujął to w słowach, które odzierają jego sceniczną personę z całego blichtru i brokatu:
Uwielbiam fakt, że mogę uszczęśliwiać ludzi w jakiejkolwiek formie. Nawet jeśli to tylko godzina z ich życia – jeśli potrafię sprawić, że poczują się wyjątkowo, poczują się dobrze albo wywołam uśmiech na skwaszonej twarzy, to dla mnie jest to warte zachodu.
W tych kilku zdaniach nie ma śladu rockandrollowej arogancji. Jest za to deklaracja rzemieślnika, którego ostatecznym celem było dostarczenie ulgi, chwilowej radości, ucieczki od codzienności. To właśnie ta misja napędzała całą machinę Queen.
Jak zostać bogiem na półtorej godziny?
Na scenie stawał się kimś innym. Z natury nieśmiały i wycofany chłopak, który w młodości pracował jako bagażowy na Heathrow, przeistaczał się w charyzmatycznego trybuna. Był w tym absolutnie bezbłędny. Jego teatralny instynkt podpowiadał mu, jak zawłaszczyć każdą przestrzeń – od ciasnego klubu po gigantyczny stadion w São Paulo. Słynny, przełamany w połowie statyw mikrofonowy, który stał się jego znakiem rozpoznawczym, był wynikiem przypadku, ale Mercury zamienił go w królewskie berło. Używał go jak rekwizytu, dyrygenckiej batuty, a czasem fallicznego symbolu, prowokując i uwodząc jednocześnie. Brian May wspominał, że Freddie miał niesamowitą zdolność sprawiania, by „ostatnia osoba w ostatnim rzędzie na najdalszej trybunie stadionu czuła, że ma z nim kontakt”. To nie była tylko technika, to była forma magii. Ta godzina, o której mówił, była misterium, a on był jego głównym celebransem.
Co Freddie Mercury robił, gdy gasły światła?
Paradoks polegał na tym, że człowiek, który potrafił zahipnotyzować setki tysięcy ludzi, prywatnie pozostawał zagadką. Unikał wywiadów, chronił swoją prywatność z zaciętością, która w dzisiejszych czasach wydaje się niemożliwa. Sam o sobie mówił: „Kiedy występuję, jestem ekstrawertykiem, ale w środku jestem kompletnie innym człowiekiem”. Ta druga natura objawiała się w jego londyńskim domu, Garden Lodge, który był jego twierdzą. Tam, w otoczeniu dzieł sztuki i swoich ukochanych kotów, którym poświęcił notatki na płycie „Mr. Bad Guy”, zrzucał sceniczną zbroję.
Ta potrzeba uszczęśliwiania innych, tak wyraźna na scenie, w życiu prywatnym przybierała formę niezwykłej lojalności wobec garstki przyjaciół, z Mary Austin na czele, którą do końca życia nazywał swoją jedyną, prawdziwą przyjaciółką. Być może ta zewnętrzna ekstrawagancja była jedynie kostiumem, który pozwalał mu przetrwać, a prawdziwą radość czerpał nie z uwielbienia tłumów, ale z cichej satysfakcji, że jego muzyka komuś poprawiła dzień.
Więcej materiału, zanim opadnie kurtyna
Nigdzie ta filozofia służby muzyce i fanom nie wybrzmiała mocniej niż w ostatnich latach jego życia. Gdy choroba uniemożliwiła mu występy na żywo, jego misja „uszczęśliwiania ludzi w jakiejkolwiek formie” nie straciła na znaczeniu. Przeniosła się do studia nagraniowego w Montreux. Koledzy z zespołu wspominali, że wychudzony i osłabiony, zjawiał się na sesjach, by nagrywać kolejne partie wokalne. Jego prośba, niemal rozkaz rzucony w stronę Briana Maya:
Pisz mi więcej. Pisz mi rzeczy. Chcę to po prostu zaśpiewać, a kiedy odejdę, będziecie mogli to dokończyć”
– stała się jego testamentem. Nie było w tym użalania się nad sobą. Była determinacja artysty, który do samego końca chciał dawać z siebie wszystko, co miał. Płyta „Made in Heaven”, wydana po jego śmierci, jest najbardziej poruszającym dowodem na to, że słowa o wywoływaniu uśmiechu na twarzy nie były tylko pustym frazesem. To była prawda, za którą stał całym swoim dramatycznym, genialnym i zbyt krótkim życiem. Ostatni akt jego spektaklu odbył się bez publiczności, ale jego echo wciąż uszczęśliwia miliony.