Były czasy, gdy gitarzysta rockowy musiał być niemal cyrkowcem. Bogiem prędkości, ekwilibrystą zsyłającym na publiczność deszcz dźwięków, wirtuozem, który w każdej solówce zdawał się krzyczeć: „patrzcie, na co mnie stać!”. Scena lat 70. widziała ich wielu. Byli głośni, byli genialni, byli zjawiskowi. A jednak w panteonie największych instrumentalistów tamtej ery jedno z najważniejszych miejsc zajmował ktoś, kto całą tę filozofię odwracał do góry nogami. Ktoś, kto zamiast setek nut wolał wybrać tę jedną, właściwą.
Tym kimś był oczywiście George Harrison. „Cichy Beatles” – łatka, która przylgnęła do niego na zawsze, choć była tyleż prawdziwa, co krzywdząca. Bo w jego oszczędnym stylu gry kryła się rewolucja. W świecie, który coraz głośniej domagał się popisów, on oferował melodię. Dostrzegali to nie tylko fani, ale przede wszystkim inni muzycy. Ci, którzy sami zmagali się z presją bycia gitarowym herosem. Nikt chyba nie ujął tego lepiej i z większym znawstwem niż człowiek, który sam zbudował brzmieniowe imperium na zupełnie innych fundamentach.
George Harrison był bajecznym, bajecznym, bajecznym gitarzystą i wspaniałym przykładem tego, kim powinien być gwiazdor rocka. Absolutnie podziwiałem go jako innowatora. Zawsze był świeży, odważny, wspaniale melodyjny, pełen duchowości i całkowicie świadomy struktury akordów pod solówką. Miał też odwagę grać prosto. Nigdy nie szukał schronienia w efektach ani nie próbował imponować szybkością. Mam nadzieję, że wiedział, jak bardzo wszyscy go kochaliśmy i szanowaliśmy
– powiedział po latach Brian May z Queen. A w tych słowach kryje się coś więcej niż tylko kurtuazyjny hołd. To świadectwo głębokiego zrozumienia, jakie łączyło dwóch artystów z dwóch różnych muzycznych światów.
Czego Brian May nauczył się od starszego brata, którego nigdy nie poznał?
Gdy The Beatles kończyli swój bieg, Queen dopiero się rozkręcało. Brian May, student astrofizyki z własnoręcznie zbudowaną gitarą Red Special, należał do pokolenia, dla którego Fab Four byli nie tyle konkurencją, co punktem odniesienia. Alfabetem, z którego dopiero można było składać własne słowa. A jednak losy Harrisona i Maya miały zaskakująco wiele punktów wspólnych.
Obaj funkcjonowali w zespołach zdominowanych przez charyzmatyczne, wulkaniczne duety frontmanów – Lennona i McCartneya oraz Mercury’ego i Taylora (choć ten ostatni bardziej w sferze kompozytorskiej i wokalnej). Obaj, mimo że byli autorami nieśmiertelnych przebojów, często pozostawali w cieniu. Harrison latami walczył o miejsce dla swoich piosenek na płytach Beatlesów. May, choć jego wkład w brzmienie i repertuar Queen był fundamentalny – napisał przecież takie hymny jak „We Will Rock You”, „I Want It All” czy „The Show Must Go On” – siłą rzeczy musiał godzić się na rolę prawej ręki jednego z największych showmanów w historii muzyki.
Być może właśnie dlatego May potrafił z taką precyzją rozpoznać i docenić to, co w grze Harrisona było najważniejsze. Zobaczył w nim nie tylko idola z młodości, ale bratnią duszę – kogoś, kto musiał znaleźć swój własny, unikalny głos w zgiełku generowanym przez gigantyczną machinę sławy. I znalazł go właśnie tam, gdzie inni bali się szukać. W ciszy między dźwiękami.
Harrison miał odwagę, by grać mniej nut, niż się umie
Słowa Maya o „odwadze, by grać prosto” to klucz do zrozumienia fenomenu Harrisona. W czasach, gdy Jimmy Page budował gitarowe katedry, a Ritchie Blackmore ścigał się z samym sobą, George wolał tworzyć miniatury. Jego solówki w „Something”, „Let It Be” czy „While My Guitar Gently Weeps” to mistrzowskie lekcje kompozycji. Każda nuta ma tam swoje miejsce i cel. Służy piosence, a nie ego gitarzysty. To nie są fajerwerki, to precyzyjnie opowiedziana historia. Harrison nie musiał udowadniać swojej wirtuozerii, bo ona nie polegała na szybkości palców, ale na dojrzałości muzycznej wyobraźni.
Brian May, architekt wielowarstwowych, orkiestrowych harmonii gitarowych, człowiek, który potrafił sprawić, że jego Red Special brzmiał jak cały kwartet smyczkowy, rozumiał to doskonale. Sam, jako muzyk o nieprawdopodobnej technice, wiedział, jak wielkiej dyscypliny i artystycznej świadomości wymaga świadoma rezygnacja z popisu. To paradoks, który znają tylko najwięksi: najtrudniejszą rzeczą w graniu jest wiedzieć, kiedy przestać. Harrison posiadł tę wiedzę w stopniu mistrzowskim, a May, wirtuoz z innej bajki, potrafił to bezbłędnie wychwycić i nazwać.
Ostatnie zdanie cytatu Maya ma w sobie nutę smutku. „Mam nadzieję, że wiedział, jak bardzo wszyscy go kochaliśmy i szanowaliśmy”. To ciche pytanie o cenę bycia tym „spokojnym”, tym „duchowym”. O samotność artysty, który, choć otoczony milionami fanów, mógł nie do końca zdawać sobie sprawę z szacunku, jakim darzyli go jego następcy. Słowa gitarzysty Queen są więc nie tylko pięknym hołdem, ale i próbą dokończenia rozmowy, która nigdy się nie odbyła. Dialogiem dwóch mistrzów, prowadzonym ponad czasem, w uniwersalnym języku sześciu strun.