U2 na czas odrodzenia. Recenzja minialbumu "Easter Lily" zespołu U2

2026-04-03 12:47

Wydawało się Wam, że zespół U2 zaskoczył ponad miesiąc temu, wydając niespodziewanie, bez żadnych zapowiedzi minialbum z premierowym materiałem? Jak więc nazwać fakt, że grupa właśnie zaprezentowała kolejny mały muzyczny projekt? Panom z U2 duchowość była bliska od zawsze, wybór więc Wielkiego Tygodnia na moment wydania nowości nie powinien dziwić.

U2 - Easter Lily

i

Autor: Materiały prasowe/ Materiały prasowe

Co niektórym jeszcze naprawdę całkiem niedawno wydawało się, że zespół U2 już dawno się skończył. Grupa, która lata temu była uważana za muzyczną i koncertową potęgę, w latach 2010. podjęła kilka wydawniczych decyzji, które nawet jej najbardziej zagorzałym fanom i fankom wydały się nieco niezrozumiałe. 

Nadzieje wszystkich rozbudziły się więc, gdy w 2024 roku najpierw Bono i Adam Clayton, a następnie The Edge potwierdzili, że zespół spędza teraz masę czasu w studiu, gdzie odnajduje masę radości z całkiem spontanicznego tworzenia nowych dźwięków. Co najważniejsze w tym wszystkim, udział w tym brał także Larry Mullen Jr.! Od samego początku mowa była o płycie - ta miała być niejako powrotem do gitarowych korzeni, choć nie w prostym, oczywistym wydaniu. 

Wydawało się, że premiera wydawnictwa może nastąpić w trwającym właśnie 2026 roku i tak się niejako stało, dokładnie w połowie lutego. To wtedy niespodziewanie premierę miał minialbum U2, zatytułowany Days of Ash. Na składającym się z sześciu utworów projekcie grupa, jak to ma w zwyczaju, zabrała głos w sprawie obecnych światowych wydarzeń, zrobiła to jednak inaczej, jak chociażby na pełnych patosu Songs of Innocence i Songs of Experience. Dayd of Ash wybrzmiewa napędzana gitarami złość, moc, ale także nadzieja na to, że jutro, choć niepewne, może nadejść - i to lepsze, niż może się to dziś wydawać.

ZOBACZ TAKŻE: Recenzja albumu "Days of Ash"

U2 - 5 ciekawostek o albumie “War” | Jak dziś rockuje?

Muzyka z nadzieją na czas odrodzenia

Days of Ash - tak w formie wydania, jak i pod względem brzmieniowym - było sporym zaskoczeniem. Jak więc można nazwać fakt, iż nieco ponad miesiąc później grupa wydała kolejny minialbum? Tym razem, dokładnie w Wielki Piątek, światło dzienne ujrzała EP-ka, zatytułowana Easter Lily. 

Nie da się nie zauważyć, że grupa postawiła na niezwykle symboliczne daty na wydanie nowych projektów: Środa Popielcowa, a teraz okres Wielkiego Tygodnia. Ten kojarzy się katolikom z czasem wyjątkowej refleksji, skupienia się na duchowości i odnowieniu relacji - w domyśle z Bogiem, ale nie tylko.

Już pierwsze przesłuchanie Easter Lily daje do zrozumienia, że na zbiorze tych sześciu utworów grupa jest nieco bardziej pełna zadumy. Ta, na szczęście dla nas, jako słuchaczy, realizowana jest w otoczeniu naprawdę dobrej, ponownie pełnej gitar muzyki. 

Sugeruje to już otwierający całość Song for Hal, w którym, kolejna niespodzianka!, za główny wokal odpowiada The Edge! W pięknym, przejmującym utworze gitarzysta śpiewa o stracie, a inspiracją do powstania była śmierć jego przyjaciela, kompozytora Hala Wilnera, który odszedł w okresie pandemii COVID-19.

Te gitary pojawiają się jeszcze mocniej na kolejnym na trackliście In a Life, czyli hymnie o przyjaźni, wybrzmiewają zaś szczególnie w samym środku EP-ki, czyli na Scars. Jest to zdecydowanie najmocniejsza pozycja z całego minialbumu, w której wszystko idealnie ze sobą współgra, jednak szczególnie mocno w ucho wpada partia basu.

Druga połowa Eastern Lily jest już dużo bardziej refleksyjna i swoim charakterem niemal perfekcyjnie wpisuje się w trwający właśnie czas Wielkiego Tygodnia. Już tytuł jednej z kompozycji, Resurrection Song, jest znaczący, o wiele bardziej w okres Wielkanocy wpisuje się jej tekst, skupiony na poszukiwaniu siebie, podróży, która ma temu posłużyć. Ponownie jednak, rozważania o naturze ludzkiej odbywają się tu w dających nadzieję, żywych i optymistycznych dźwiękach. Już na tym etapie można też stwierdzić - wokal Bono już dawno nie brzmiał tak dobrze, tak świeżo!

Easter Parade brzmi jak utwór, który równie dobrze mógłby się znaleźć na takim klasyku, jak The Joshua Tree. Takie właśnie U2 pokochał świat - otwarcie wyrażające swoje poglądy na świat, dowodzący przy tym, dlaczego mówi się o nim jak o jednym z najważniejszych zespołów w historii rocka. Choć w tej trwającej ponad 6 minut kompozycji Panowie są wyjątkowo niesieni duchowością (zwłaszcza pod koniec), to ta wypada tu wyjątkowo autentycznie, nie razi kiczem.

Wydawnictwo zamyka utwór, o którym samo U2 mówi jako o "kołysance dla rodziców dzieci dotkniętych wojną, wzbogaconą pejzażem dźwiękowym autorstwa Briana Eno" (przypominamy, że grupa już jakiś czas temu zapowiadała współpracę z artystą). COEXIST (I Will Bless The Lord At All Times?) wybrzmiewa bardziej, niż jak kołysanka, to jak modlitwa i choć nie do końca pasuje do pozostałych utworów, stanowi chyba jednak coś w rodzaju podsumowania całego tego liczącego łącznie dwanaście rozdziałów muzycznego projektu.

Kto by się spodziewał więc, patrząc na dokonania U2 z ostatnich lat, że w dzisiejszych czasach to właśnie ten zespół będzie w stanie tak trafnie, otwarcie i odważnie, a przy tym bez zbędnego moralizatorstwa, przedstawić nam prawdę o tak niełatwej współczesności. Jest bunt, złość, ale jest też nadzieja, zaduma, refleksja i wciąż obecny na tych dwóch wydawnictwach optymizm. Tego nam właśnie na te czasy naprawdę potrzeba.