Zanim na scenie narodził się Freddie Mercury, był Farrokh Bulsara. Chłopak, który w latach 60. chłonął Londyn całą swoją wrażliwością. Studiował w Ealing Art College, handlował starociami na Kensington Market i przesiąkał artystycznym fermentem, który unosił się nad miastem. To był czas rewolucji, psychodelii i gitarowych bogów zstępujących na ziemię, by zmieniać zasady gry. Młody Farrokh, zanim jeszcze stał się Freddiem, próbował swoich sił w zespołach o wiele mówiących nazwach, jak Ibex, który grał, jak wspominano po latach, „ciężkiego bluesa w stylu Hendrixa”. To właśnie ten dźwięk – surowy, elektryzujący i niepodrabialny – kształtował jego muzyczną wyobraźnię.
Freddie Mercury miał własnego, nietykalnego boga
Gdy sam stanął w świetle reflektorów, nie był już naśladowcą. Stał się zjawiskiem. Teatralny, operowy, poruszający się z gracją baletmistrza i energią boksera, wykraczał daleko poza rolę wokalisty. Był dyrygentem stadionowych emocji, prowokatorem, ucieleśnieniem rockowego blichtru. A jednak, w tym panteonie, gdzie sam zajął jedno z czołowych miejsc, Mercury miał własnego, nietykalnego boga. Kogoś, kto definiował dla niego samą esencję scenicznej charyzmy. W jednym z wywiadów, z rzadką dla siebie powagą, wyznał:
Jimi Hendrix jest bardzo ważny. Jest moim idolem. W pewnym sensie uosabia, poprzez swój sposób prezentacji na scenie, wszystko to, czym jest gwiazda rocka. Nie da się go z nikim porównać. Albo masz w sobie tę magię, albo jej nie masz. Nie da się do tego dojść pracą. Nie ma nikogo, kto mógłby go zastąpić.
Mercury w Hendrixie widział siłę naturyć
Te słowa, wypowiedziane przez człowieka, który sam wydawał się chodzącą definicją magii, odsłaniają fascynujący paradoks. Mercury, perfekcjonista w każdym calu, autor misternej „Bohemian Rhapsody”, projektant herbu Queen, wiedział, ile potu i dyscypliny kosztuje stworzenie iluzji. Jego występy, choć spontaniczne, były owocem artystycznej wizji. Przypadkowo złamany statyw mikrofonowy stał się jego rekwizytem, berłem, z którym panował nad tłumem. Jego legendarny występ na Live Aid nie był tylko erupcją talentu, ale precyzyjnie wymierzonym spektaklem, który w dwadzieścia minut uczynił Queen władcami świata. A jednak w Hendrixie widział coś innego. Siłę natury. Kogoś, kogo charyzma nie była kreacją, lecz emanacją, czymś, co wymykało się próbom, ustaleniom i ciężkiej pracy. Czystym, nieokiełznanym żywiołem.
Dwa życia Farrokha Bulsary
Być może w tej fascynacji Hendrixem kryła się tęsknota za jednością, której sam Freddie nigdy do końca nie osiągnął. Na scenie był ekstrawertykiem, wulkanem energii, który karmił się miłością dziesiątek tysięcy fanów. Gdy schodził ze sceny, gasł. Stawał się na powrót cichym i nieśmiałym człowiekiem, który stronił od wywiadów i chronił swoją prywatność. Ta dwoistość była jego siłą i przekleństwem. Hendrix, płonący na scenie z gitarą, wydawał się spójny w swoim szaleństwie, autentyczny w każdym geście. Dla Mercury’ego, który starannie budował swój sceniczny wizerunek, ta naturalność mogła być ostatecznym, niedoścignionym ideałem rockowego bóstwa.
Korona na pożegnanie
Podczas ostatniego koncertu z Queen na festiwalu w Knebworth w 1986 roku, Freddie wyszedł na scenę w królewskim płaszczu i z koroną. Po finałowym „God Save the Queen” uniósł ją w geście pożegnania, patrząc na stutysięczny tłum. Był to obraz-symbol. Wszedł na sam szczyt, stał się uosobieniem rockowego króla, postacią, którą sam podziwiał u innych. Spełnił marzenie i jednocześnie zamknął pewien rozdział, jakby przeczuwał, że to ostatni raz, gdy występuje w tej roli. W tym geście była cała jego duma, ale może też świadomość, że nosi koronę, którą w jego prywatnym panteonie na zawsze dzierżył ktoś inny. Człowiek, którego magii nie dało się nauczyć, a jedynie podziwiać z daleka.