Wystarczyło jedno skinienie, jeden gest rzucony w morze ludzkich głów, by dziesiątki tysięcy gardeł odpowiedziały mu jednym, potężnym rykiem. Na scenie był wszystkim – wulkanem energii, bogiem rocka, dyrygentem zbiorowej ekstazy. Król sceny, władca stadionów, ubrany w koronę i purpurowy płaszcz, żegnał się w Knebworth w 1986 roku, z publicznością nieświadomą, że to ostatni taki rytuał. Za plecami miał Briana, Rogera i Johna, przed sobą – cały świat u stóp. Każdy chciał być blisko niego, dotknąć go, poczuć choćby ułamek tej scenicznej magii. Był kochany, podziwiany, niemal czczony. A potem gasły światła...
Gdy opadała kurtyna i cichły ostatnie akordy „God Save the Queen”, znikał charyzmatyczny frontman, a pojawiał się Farrokh Bulsara. Człowiek cichy, nieśmiały, strzegący swojej prywatności jak fortecy. Ten, który na zewnątrz kipiał brawurą, w środku zmagał się z potwornym ciężarem sławy, która dawała mu wszystko, odbierając jednocześnie to, co najcenniejsze. W jednym z nielicznych momentów, gdy zdejmował zbroję showmana, przyznał z gorzką szczerością:
Możesz mieć wszystko na świecie, a mimo to być najbardziej samotnym człowiekiem. I to jest najbardziej gorzki rodzaj samotności; sukces przyniósł mi uwielbienie świata i miliony funtów, ale uniemożliwił mi zdobycie jednej rzeczy, której wszyscy potrzebujemy: kochającego, trwałego związku.
Ta wypowiedź jest kluczem do zrozumienia jednego z największych paradoksów w historii muzyki.
Czy Mary Austin była odpowiedzią, której szukał?
Zanim świat poznał Freddiego Mercury’ego, istniała Mary Austin. Poznali się przez Briana Maya na początku lat 70., gdy Queen dopiero raczkowało, a on sprzedawał używane ubrania na targu w Kensington. Byli razem przez lata, mieszkali w małym mieszkaniu w zachodnim Londynie i to ona była świadkiem jego transformacji ze skromnego chłopaka w sceniczną bestię. To dla niej był po prostu Freddie. Kiedy w końcu wyznał jej prawdę o swojej seksualności, ich romantyczny związek się skończył, ale narodziło się coś znacznie trwalszego i głębszego. Coś, czego nie potrafił odnaleźć w żadnej innej relacji.
Nazywał ją swoją „jedyną prawdziwą przyjaciółką” i „formalnie żoną”. Kupił jej dom tuż obok swojej słynnej rezydencji Garden Lodge, by zawsze była blisko. To ona stała się jego powierniczką, opoką, ostatnim bastionem normalności w szalonym świecie blichtru i tabloidów. Choć otaczał się kochankami, to właśnie Mary pozostała w centrum jego wszechświata – do tego stopnia, że to jej zapisał w testamencie swój ukochany dom, mówiąc: „I tak byłabyś moją żoną, więc to wszystko byłoby twoje”. Ich więź była dowodem na to, jak skomplikowane i niejednoznaczne było jego poszukiwanie miłości.
Monachijskie noce i mąż, którego nie można było pokazać światu
W latach 80. Mercury uciekł do Monachium. Chciał zniknąć, uwolnić się od brytyjskiej prasy, żyć bez wiecznej presji. Tam, w oparach hedonistycznych imprez i przelotnych romansów, szukał wolności i być może wciąż tej jednej, stabilnej przystani. Przez jego życie przewinęli się ludzie tacy jak austriacka aktorka Barbara Valentin czy restaurator Winfried Kirchberger, z którym łączyła go głęboka więź. Ale to dopiero spotkanie z irlandzkim fryzjerem, Jimem Huttonem, w połowie dekady, przyniosło mu coś na kształt spokoju.
Hutton był jego przeciwieństwem – cichy, twardo stąpający po ziemi, niezainteresowany sławą. Freddie nazywał go swoim mężem i nosił złotą obrączkę, którą od niego dostał. To Jim był przy nim w ostatnich, najtrudniejszych latach, pielęgnował go w chorobie i trzymał za rękę, gdy umierał. Był to kochający, trwały związek, o jakim marzył Freddie. A jednak nawet ta relacja musiała pozostać w cieniu. W tamtych czasach pokazanie się światu z męskim partnerem było dla gwiazdy jego formatu niewyobrażalne. Ta miłość, choć prawdziwa, nie mogła być w pełni jawna, co tylko pogłębiało poczucie izolacji.
Polecany artykuł:
Dlaczego Freddie Mercury wolał towarzystwo kotów od ludzi?
Gdy wracał do Garden Lodge, czekała na niego jedyna bezwarunkowa miłość, której był absolutnie pewien – miłość jego kotów. Miał ich co najmniej dziesięć, a każdemu poświęcał mnóstwo uwagi. Tom, Jerry, Oscar, Tiffany, a przede wszystkim ukochana Delilah, której poświęcił piosenkę na albumie „Innuendo”. Kiedy był w trasie, dzwonił do domu, by z nimi porozmawiać przez telefon. Zatrudniał malarkę, by tworzyła ich portrety. Swój solowy album „Mr. Bad Guy” zadedykował „mojemu kotu Jerry'emu – a także Tomowi, Oscarowi i Tiffany'emu, i wszystkim miłośnikom kotów we wszechświecie – pieprzyć całą resztę!”. Ta deklaracja mówiła więcej niż tysiąc wywiadów. W relacjach z ludźmi zawsze istniało ryzyko, cień interesowności, blask fleszy. Zwierzęta kochały go za to, kim był, a nie za to, kogo grał na scenie. Były jego ucieczką od samotności, której doświadczał nawet w otoczeniu najbliższych. To właśnie ta cisza po zejściu ze sceny, wypełniona mruczeniem kotów, a nie aplauzem tłumu, była być może jedynym momentem, w którym Freddie Mercury czuł się naprawdę w domu.