Pot, chaos i sprzężenia zwrotne. Pod koniec lat siedemdziesiątych Melbourne pachniało buntem, a w epicentrum tego zamętu stał zespół, który wkrótce miał zyskać miano „najbardziej brutalnego na świecie”. The Birthday Party było wszystkim, czego stateczna publiczność nienawidziła, i wszystkim, czego spragnieni byli ci, którzy szukali w muzyce czegoś więcej niż melodii.
Chudy, blady jak upiór wokalista miotał się po scenie, krzycząc teksty przesiąknięte obrazami zepsucia, grzechu i starotestamentowej furii. Nazwywał się Nick Cave i wydawało się, że jego wizerunek jako artysty wykuty jest w kamieniu – wieczny, niezmienny, skazany na artystyczną samozagładę w płomieniach własnej intensywności. Dlatego słowa, które wypowiedział po latach, mogły zaskoczyć tych, którzy pamiętali go wyłącznie jako demonicznego frontmana z Berlina Zachodniego. Te słowa nie były krzykiem, lecz chłodną, precyzyjną diagnozą mechanizmów rządzących rock and rollem.
Sekretem długowieczności w branży muzycznej jest zmiana oraz umiejętność jej wprowadzania. [...] Aktor musi przybierać tożsamość innych ludzi. Gwiazda rocka nie musi tego robić. [...] Ale zmiana jest ważna.
To zdanie, pozornie proste, było kluczem do zrozumienia jednej z najbardziej fascynujących artystycznych podróży w historii muzyki. Podróży od hałasu do ciszy, od bluźnierstwa do modlitwy, od buntu do bolesnej akceptacji.
Co właściwie wiedzieliśmy o Nicku Cave’ie, zanim stał się Nickiem Cave'em?
Kiedy The Birthday Party z hukiem rozpadło się w 1983 roku, zostawiając po sobie zgliszcza i kilka kultowych nagrań, wydawało się, że to koniec. Zmęczeni sobą muzycy, wypaleni intensywnością i brakiem perspektyw, nie mogli już znieść swojego towarzystwa. Jednak dla Cave’a nie był to finał, a jedynie gwałtowne zamknięcie pierwszego rozdziału. Berlin, miasto podzielone i pulsujące dziwną energią, stał się inkubatorem dla jego nowej tożsamości. To tam, z popiołów narodziło się Nick Cave and the Bad Seeds - projekt, który miał zredefiniować jego karierę.
Pierwsze płyty ze „złymi nasionami” wciąż niosły echa dawnej furii, ale coś fundamentalnie się zmieniło. Hałas ustąpił miejsca narracji. Cave z szaleńca przeistoczył się w mrocznego kaznodzieję, opowiadacza historii z mitycznego, amerykańskiego Południa, gdzie diabeł i Bóg toczyli odwieczną walkę o ludzkie dusze. Jego scena stała się katedrą zepsucia, a piosenki, jak „The Mercy Seat”, przypominały raczej gęste, literackie miniatury niż rockowe utwory. To była pierwsza wielka zmiana: ujarzmienie chaosu i nadanie mu formy opowieści.
Gdy kaznodzieja rocka spotyka księżniczkę popu
Prawdziwy wstrząs dla starych fanów miał jednak dopiero nadejść. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły kolejną woltę. Cave, który przeniósł się do São Paulo, a jego muzyka zaczęła czerpać więcej z Nowego niż Starego Testamentu, złagodniał. Furię zastąpiła melancholia. Kulminacją tej przemiany był album „Murder Ballads” z 1996 roku i singiel, który wydawał się artystycznym żartem lub prowokacją. Szybko okazało sie jednak, że duet z australijską księżniczką popu, Kylie Minogue, w balladzie o miłości i morderstwie, był strzałem w dziesiątkę.
„Where the Wild Roses Grow” katapultowało Cave’a na szczyty list przebojów, do miejsc, w których nigdy wcześniej nie gościł i o które nikt by go nie podejrzewał. Nagle ten sam człowiek, który dekadę wcześniej pluł ze sceny, śpiewał aksamitnym barytonem w duecie z ikoną masowej wyobraźni. Potem przyszły jeszcze cichsze, napędzane pianinem ballady, jak nieśmiertelne „Into My Arms”. Cave udowodnił, że potrafi nie tylko straszyć, ale i wzruszać. Pokazał, że zmiana w jego rozumieniu nie oznaczała zdrady ideałów, lecz poszerzanie artystycznego terytorium.
Rockman, który wciąż pisze tę samą piosenkę
Cave, w przeciwieństwie do aktora, nigdy nie musiał porzucać swojej tożsamości. Jego persona sceniczna – eleganckiego, posępnego poety – pozostawała w dużej mierze spójna. Zmieniały się jedynie narzędzia i tonacja. Niezależnie od tego, czy tworzył garażowy, brudny rock z Grinderman, pisał scenariusze filmowe, powieści, czy komponował ambientowe pejzaże dźwiękowe po osobistej tragedii, jego obsesje pozostawały te same. To wciąż był ten sam artysta, który z chirurgiczną precyzją i literackim zacięciem badał wielkie tematy miłości, śmierci, religii i przemocy. Zmieniał skórę, ale serce biło tym samym, mrocznym rytmem. Jego długa i wciąż trwająca kariera stała się żywym dowodem na słuszność jego własnej tezy. Demon, który kiedyś miotał się po scenie w Melbourne, nie zniknął. Po prostu nauczył się nosić garnitur, pisać książki i śpiewać ballady. I w tej nieustannej transformacji odnalazł nieśmiertelność.