The Doors po raz ostatni. Historia albumu “L.A. Woman” na 55-lecie

2026-04-17 15:31

Zespół The Doors zaliczył jeden z najmocniejszych debiutów w muzyce. Formacja bardzo szybko po premierze pierwszej płyty rzuciła się w wir koncertowania i nagrywania, w końcu jednak sława zaczęła mocno odbijać się na jej liderze. W 1970 miał miejsce ostatni koncert grupy z Jimem Morrisonem - a rok później ukazał się finalny album, nagrany z jego udziałem.

The Doors L.A. Woman

i

Autor: Materiały prasowe/ Materiały prasowe

To dokładnie 12 grudnia 1970 roku miał miejsce ostatni koncert zespołu The Doors Jimem Morrisonem w składzie. Grupa grała tego dnia w Nowym Orleanie w słynnym The Warehouse i wydawało się, że zakończy serię dwóch pokazów pełnym sukcesem. 

Niestety jednak, w przeciwieństwie do występu dzień wcześniej ten z 12 grudnia nie udał się. Mniej więcej w jego połowie Jim zaczął zachowywać się dość nietypowo - zaczął uderzać mikrofonem w scenę, zniszczył ją, po czym usiadł i stwierdził, że nie da rady już nic więcej zaśpiewać. Nikt nie miał wątpliwości, że Jim ma załamanie. Koncert oczywiście się zakończył i być może w tym momencie sami zainteresowani podejrzewali, że może on przejść do jej historii jako jeden z ostatnich, w jakim wziął udział oryginalny wokalista.

ZOBACZ TAKŻE: Historia ostatniego koncertu The Doors z Jimem Morrisonem

Klub 27 - klątwa, która wisi nad młodymi i sławnymi? /Eska ROCK

Kobieto z LA

Pomimo tego dość szybko, jeszcze w tym samym miesiącu, podjęto decyzję o kontynuowaniu nagrań, efektem których miał się stać nowy album zespołu. Sesje rozpoczęły się już miesiąc wcześniej i w ich trakcie zarejestrowano wczesne wersje m.in. kompozycji L.A. Woman, Riders of the Storm oraz Love Her Madly. Płyta ta miała być niejako pożegnaniem z wytwórnią Electra, z którą to grupa weszła w konflikt ze względu na liczne w samym 1970 roku "samowolki" wydawnicze i chęć większego zwrócenia słuchaczy na osobę Morrisona z pominięciem pozostałych muzyków.

Nagrywano w prowizorycznym studiu, zorganizowanym w przestrzeni prób The Doors. Choć mogłoby się wydawać, że ze względu na niedawne ekscesy (patrz: występ w Miami) Jim będzie trudny do okiełznania, stało się jednak zupełnie inaczej. Muzyk w trakcie sesji był niezwykle skupiony i starał się niemal do minimum ograniczać spożycie alkoholu. Atmosfera w studiu była naprawdę dobra, a główny okres prac nad płytą zamknął się w sześciu dniach. Już na tym etapie było słyszalne, że The Doors idą w kierunku podobnym do tego obranego na świetnie przyjętym Morrison Hotel - było surowo, autentycznie, bluesowo. Nie była to jednak myśl, która towarzyszyła formacji od początku - pojawiła się raczej w trakcie sesji, niejako jako efekt prób, wspólnych działań i improwizacji.

Nie obyło się jednak bez kłótni - ze współpracy z zespołem zrezygnował producent Paul Rothchild. Miał mu się nie podobać kierunek, w którym podążają The Doors, do tego ostro skrytykował on, dziś tak kultowe, Love Her Madly, które określił mianem "cocktail lounge music", porównując tym samym utwór do prostej muzyki, która leci w tle, ale sama w sobie nie ma żadnej wartości.

Pożegnanie z Jimem

Jeszcze przed premierą płyty, w trakcie jej miksowania, Morrison opuścił Stany Zjednoczone. Wokalista chciał zacząć od nowa, odciąć się od swojego sukcesu i kariery i przeniósł się wraz z ukochaną Pamelą Courson do Paryża. Jim chciał pokazać swoją niechęć do bycia na świeczniku już wizerunkiem, jaki zaprezentował na okładce L.A. Woman - brodaty, z wyraźnie wyższą wagą, niemal pochylony, trzymający się dużo niżej od kolegów z grupy.

Premiera L.A. Woman miała miejsce 19 kwietnia 1971 roku. Wokalista nie brał udziału w procesie promocyjnym płyty, zespół nie zaplanował także w tym celu żadnej trasy koncertowej. Samo wydawnictwo dotarło do pozycji 9. na amerykańskim "Billboardzie", to z niego także pochodzi jeden z najbardziej dziś cenionych utworów formacji, Riders of the Storm. Wspomniane wyżej Love Her Madly zaś, wybrane na singiel wiodący, stało się przebojem.

Album zebrał pozytywne recenzje, wskazywany był jako kolejny dowód na powrót zespołu do formy. Być może mało kto spodziewał się wtedy, że szósta płyta The Doors zostanie zapamiętana jako ostatnia zespołu, w nagraniach której wziął udział Jim Morrison. Wokalista zmarł w wieku 27 lat zaledwie trzy miesiące po jej premierze - został znaleziony martwy w paryskim mieszkaniu. Za oficjalną przyczynę śmierci uznano niewydolność serca, choć nie przeprowadzono sekcji zwłok. Wszystko to spowodowało, że wokół zgonu Morrisona narosły liczne teorie spiskowe dotyczące tak okoliczności, jak i tego, że Jim... wcale nie zmarł, a jedynie oszukał opinię publiczną, aby móc swobodnie rozpocząć nowe życie z dala od świateł reflektorów.