Wielki mit poznańskiego koncertu Cave'a. Gdzie naprawdę zaczęła się jego polska legenda?
Po rockowych salonach i forach internetowych od lat krąży opowieść o koncercie niemal mistycznym. Według niej to w Poznaniu Nick Cave dał występ, który dla wielu stał się artystycznym objawieniem i początkiem wielkiej miłości. Jednak ta piękna historia, niczym refren kultowego kawałka, zderza się brutalnie z twardymi faktami. Oficjalne spisy koncertów, w tym nieomylna baza setlist.fm, potwierdzają dziesięć wizyt artysty w Polsce, ale na tej liście na próżno szukać stolicy Wielkopolski. Legenda, choć potężna, okazuje się być echem innych, równie przełomowych wydarzeń, które na stałe wbiły się w historię polskiej sceny i ukształtowały wyjątkową więź Cave'a z naszą publicznością.
Warszawa, 1997. Jak złamane serce po PJ Harvey zrodziło nowego Nicka Cave'a
Prawdziwym kamieniem węgielnym pod budowę kultu Nicka Cave'a w Polsce okazały się dwa koncerty w warszawskiej Sali Kongresowej w maju 1997 roku. Zespół przyjechał, by zagrać materiał z albumu "The Boatman's Call", który był sejsmicznym zwrotem w jego dyskografii. Artysta odłożył na bok post-punkową furię, zamieniając ją na ogołocone z aranżacyjnego blichtru, fortepianowe ballady o niezwykle intymnym charakterze. Publiczność zgromadzona w Warszawie była świadkiem narodzin nowego Cave'a, chłonąc na żywo tak przejmujące utwory jak "Far From Me", "People Ain't No Good" czy hipnotyzujące "The Carny", które na stałe weszły do jego żelaznego kanonu.
Potężny ładunek emocjonalny tego albumu i trasy brał się z brutalnej szczerości, która miała swoje źródło w osobistych przeżyciach artysty. Cave nie ukrywał, że "The Boatman's Call" stał się dla niego formą terapii po burzliwym rozstaniu z PJ Harvey. To bolesne doświadczenie dało mu, jak sam przyznał, "szaloną energię" i odwagę, by pisać o złamanym sercu w sposób otwarty i bezkompromisowy. Ta autentyczność rezonowała z publicznością, która w Warszawie nie oglądała rockowego show, lecz uczestniczyła w głęboko osobistym muzycznym wyznaniu.
Gdy Nick Cave zaśpiewał "Into My Arms" po polsku. Niezwykła historia koncertu we Wrocławiu
Jeśli warszawskie koncerty były intymną spowiedzią, to to, co wydarzyło się dwa lata później we Wrocławiu, było już prawdziwym muzycznym misterium. W 1999 roku, w ramach XX Przeglądu Piosenki Aktorskiej, na deskach Teatru Polskiego odbył się koncert "W moich ramionach". Nie był to typowy występ The Bad Seeds, a absolutnie unikalny projekt, w którym Nick Cave skrzyżował artystyczne ścieżki z polskimi artystami, między innymi ze Stanisławem Sojką. Pod batutą Mateusza Pospieszalskiego jego utwory, przetłumaczone przez Aleksandra i Romana Kołakowskich, zyskały zupełnie nowy, słowiański puls. Wspólne wykonanie "Into My Arms" jako "W moich ramionach" czy "The Weeping Song" jako "Pieśń o płaczu" na zawsze zapisało się w annałach polskiej muzyki.
Ten wrocławski koncert błyskawicznie zyskał status kultowego, a sam Cave nie ukrywał, że przygotowany repertuar był dla niego sporym artystycznym wyzwaniem. Wydarzenie uwieczniono na płycie CD, a później także na DVD, co pozwoliło tej magii dotrzeć do szerszej publiczności i zacementować legendę artysty. To właśnie te momenty, intymne koncerty w Warszawie i niezwykła kolaboracja we Wrocławiu, stały się prawdziwym objawieniem dla polskich fanów. Siła tych wspomnień jest tak potężna, że choć Poznań pozostaje tylko piękną legendą, to najlepiej świadczy o charyzmie artysty, który potrafi zahipnotyzować tłumy. To magnetyzm, który z pewnością ponownie przyciągnie legiony fanów pod scenę na lipcowym Open'er Festival.