Nowojorskie CBGB w połowie lat 70. cuchnęło rozlanym piwem, tanim dymem i desperacją. W powietrzu unosiła się lepka energia, mieszanina buntu, ambicji i hałasu, która za chwilę miała eksplodować jako punk rock. W tym dusznym, chaotycznym kotle, gdzie rodziły się legendy skazane na szybkie spalenie, pojawiła się ona. Nie pasowała do stereotypu. Zamiast skórzanej kurtki nosiła prostą, męską koszulę, zamiast prostackich haseł – poezję Rimbauda. Była zjawiskiem osobnym, kimś, kto nie tyle chciał zniszczyć system, co zbudować własny świat na jego gruzach. I być może dlatego, nawet u szczytu sławy, potrafiła powiedzieć o sobie coś, co dla wielu jej współczesnych byłoby artystycznym samobójstwem.
Nie mam wyobrażenia o sobie jako o kimś w rodzaju gwiazdy rocka, gdy idę ulicą. Jestem człowiekiem, jestem przyjaciółką, jestem mamą, jestem pisarką i jestem artystką. Gram na gitarze elektrycznej i tym podobne, ale ostatecznie jestem po prostu osobą. Naprawdę nie żyję jak gwiazda rocka, ani ekonomicznie, ani społecznie. Poza aspektem podróżowania, nadal prowadzę dość proste życie.
Te słowa to nie fałszywa skromność. To manifest, którego korzenie sięgają czasów, gdy Nowy Jork był dla niej obietnicą, a nie sceną. Zanim powstał Patti Smith Group, była Patti, która ledwo wiązała koniec z końcem w hotelu Chelsea, dzieląc pokój, nędzę i marzenia z Robertem Mapplethorpem. To nie była relacja gwiazdy i fana, ale dwójki artystów, którzy obiecali sobie, że nigdy się nie opuszczą. On był, jak pisała po latach, „artystą jej życia”. Ich pakt nie dotyczył sławy, ale przetrwania i tworzenia. To z tej przyjaźni, z tej wspólnoty dusz, narodziła się jej siła. Kiedy zaczynała łączyć poezję z gitarowymi akordami Lenny’ego Kaye’a, nie myślała o stadionach. Myślała o ekspresji.
Czy poetka mogła zostać boginią rocka bez utraty duszy?
Kiedy w 1975 roku ukazał się album „Horses”, świat rocka oniemiał. Zaczynał się od bluźnierczego manifestu: „Jezus umarł za czyjeś grzechy, ale nie za moje”. To był strzał prosto w serce rockandrollowej mitologii, która karmiła się autodestrukcją i rolą ofiary. Smith od początku ustawiała się w kontrze. Jej androgyniczny wizerunek z okładki, uchwycony przez Mapplethorpe’a, był deklaracją wolności od płciowych i scenicznych ról. Była artystką, poetką z gitarą elektryczną w dłoni, a nie produktem wytwórni. Jednak sukces, napędzany trasami koncertowymi i rosnącą popularnością punk rocka, niósł ze sobą ogromne ryzyko. Scena domagała się ofiar, a rockandrollowy styl życia był jak rwący nurt, który pochłonął już zbyt wielu.
Przeznaczenie, a może zwykły przypadek, dało jej brutalne ostrzeżenie. 23 stycznia 1977 roku, podczas koncertu w Tampie na Florydzie, stało się coś, co mogło zakończyć wszystko. W ferworze występu, pełna scenicznej energii, zrobiła jeden krok za daleko i spadła z wysokości blisko pięciu metrów na betonową podłogę fosy orkiestrowej. Złamane kręgi szyjne oznaczały koniec trasy i początek długiej, bolesnej rekonwalescencji. To był moment przymusowego zatrzymania. Czas, w którym wirujące życie gwiazdy rocka zamarło, a na pierwszym planie znów pojawił się człowiek. Patti Smith, leżąc unieruchomiona, miała czas, by przemyśleć, kim jest i dokąd zmierza. Ten upadek mógł ją zniszczyć, ale zamiast tego pozwolił jej się na nowo odnaleźć.
Patti Smith i ten jeden moment, kiedy trzeba wybrać między sceną a życiem
Po powrocie na scenę była jeszcze silniejsza. Album „Easter” z 1978 roku przyniósł jej największy komercyjny hit, napisany wspólnie z Brucem Springsteenem „Because the Night”. Drzwi do globalnego gwiazdorstwa stały otworem. Mogła zostać ikoną na miarę największych rockowych herosów. Zamiast tego, zrobiła coś niepojętego dla branży muzycznej – wybrała miłość. Poznała Freda „Sonica” Smitha, byłego gitarzystę legendarnej grupy MC5. Był poetą, tak jak ona. Rozumieli się bez słów. Kiedy pobrali się w 1980 roku, Patti podjęła decyzję, która dla wielu fanów i krytyków była szokiem. Zdecydowała się odejść.
Przeniosła się z nim do St. Clair Shores w stanie Michigan i na blisko dekadę niemal całkowicie zniknęła z życia publicznego. W świecie, który wymagał ciągłej obecności, ona wybrała bycie żoną i matką. Urodziła syna Jacksona i córkę Jesse Paris. Wymieniła światła reflektorów na proste, codzienne życie. Nie było w tym goryczy ani żalu. To był świadomy wybór artystki, która wiedziała, że bycie człowiekiem, przyjaciółką i matką jest równie ważne, a może nawet ważniejsze, niż bycie gwiazdą rocka. Pokazała, że można stworzyć arcydzieło na miarę „Horses”, a potem po prostu zająć się wychowywaniem dzieci, bo tego właśnie potrzebowała jej dusza.
Ucieczka od mitu, czyli prawdziwy bunt jest gdzie indziej
Jej powrót na scenę, po śmierci męża i brata, był powrotem innej kobiety. Dojrzałej, doświadczonej przez stratę, ale wciąż pełnej tej samej, surowej energii. Jednak jej postawa się nie zmieniła. Nadal odrzucała etykietkę ikony, feministki czy rockowej bogini. Interesowały ją prawa człowieka, nie tylko prawa kobiet. Interesowała ją poezja, fotografia, pisanie. Muzyka była jednym z wielu języków, którymi mówiła, ale nigdy jedynym. Uciekła od mitu, który sama pomogła stworzyć. Udowodniła, że można być rewolucjonistką bez rzucania telewizorami przez okno hotelowe. Że można napisać jedno z najważniejszych zdań w historii rocka i jednocześnie prowadzić „dość proste życie”.
Kiedy patrzy się na jej drogę, cytat otwierający tę historię nabiera pełnego znaczenia. Nie jest to kokieteria, ale głęboko przemyślana filozofia życia. Patti Smith nigdy nie dała się zamknąć w złotej klatce sławy, bo od początku wiedziała, że jej prawdziwa tożsamość leży gdzie indziej. W przyjaźni z Mapplethorpem, w miłości do Freda Smitha, w wierszach pisanych nad ranem. Gitara elektryczna była tylko narzędziem. Prawdziwa rewolucja odbywała się w jej wnętrzu. Może na tym właśnie polegał najprawdziwszy punk rock.