Na pierwszy rzut oka scena Seattle z przełomu lat 80. i 90. wyglądała jak artystyczny chaos. Deszcz, flanelowe koszule, garażowe próby napędzane tanim piwem i poczuciem izolacji. Z tej wilgotnej, szarej aury narodził się dźwięk ciężki, mroczny i brudny – idealny soundtrack do buntu pokolenia X. Soundgarden byli tam od samego początku, na długo zanim media ochrzciły zjawisko mianem „grunge”. Wyznaczali ścieżki, którymi miały pójść Nirvana i Pearl Jam. Ale za wizerunkiem wiecznie zblazowanych facetów w wytartych dżinsach kryła się maszyna, która miała wkrótce wciągnąć całe miasto i jego muzycznych bohaterów. Kim Thayil, gitarowy mózg i współzałożyciel Soundgarden, po latach ujął to bez zbędnego patosu, z precyzją, z jaką konstruował swoje riffy.
Bycie gwiazdą rocka to tak naprawdę praca na pełen etat przez całą dobę i naprawdę nie da się od niej uciec.
Te słowa to nie narzekanie rozkapryszonej gwiazdy, ale chłodna diagnoza kogoś, kto przeszedł całą drogę od piwnicy do stadionu i z powrotem. Ktoś, kto był jednym z filarów zespołu od pierwszego do ostatniego dnia jego istnienia.
W cieniu "Superunknown": Praca, której nie dało się rzucić
Kiedy w 1994 roku album Superunknown katapultował Soundgarden na szczyty list przebojów, mit osiągnął apogeum. Zespół, który przez lata szlifował swoje brzmienie w niezależnych wytwórniach, stał się globalnym fenomenem. Z zewnątrz wyglądało to na spełnienie rockandrollowego snu. W rzeczywistości była to niekończąca się pętla nagrań, wywiadów, sesji zdjęciowych i tras koncertowych. Praca, o której mówił Thayil, nie polegała wyłącznie na graniu na gitarze. Polegała na byciu „Kimem Thayilem z Soundgarden” 24 godziny na dobę. Na spełnianiu oczekiwań wytwórni, mediów i milionów fanów. Nie było przycisku „off”. Nawet gdy gasły światła na scenie, rola trwała nadal. Razem z Chrisem Cornellem, Thayil był jedynym członkiem zespołu, który przetrwał w nim od założenia w 1984 roku aż do tragicznego końca w 2017. Widział wszystko: od pustych klubów po wyprzedane areny. I wiedział, że cena za ten sukces była mierzona nie tylko w sprzedanych płytach, ale i w utraconej anonimowości.
Polecany artykuł:
Jak Kim Thayil zbudował ścianę dźwięku z filozofii i sprzężenia zwrotnego?
Jego droga do rockowej sławy była równie nietypowa, co brzmienie jego gitary. Urodzony w Seattle, ale wychowany na przedmieściach Chicago syn imigrantów z Indii, nie pasował do stereotypu rockmana. Jego matka była nauczycielką muzyki, on sam, zanim na dobre poświęcił się graniu, studiował filozofię na University of Washington. Ta intelektualna podbudowa i punkrockowe korzenie z pierwszej kapeli, Bozo and the Pinheads, dały mu unikalną perspektywę. Nie był typem wirtuoza goniącego za techniczną perfekcją. Był architektem dźwięku. Jego znakiem rozpoznawczym stała się gitara Guild S-100, którą upodobał sobie nie dlatego, że była najlepsza, ale dlatego, że pozwalała mu na eksperymenty. Potrafił dmuchać w jej mikrofonowe przetworniki, by uzyskać dziwne, przesterowane sprzężenia – dźwiękowy chaos, który ujarzmiał w potężne, hipnotyczne riffy. To nie była praca odtwórcza; to było laboratorium, w którym Thayil, niczym szalony naukowiec, tworzył fundamenty brzmienia Soundgarden. Nawet gdy rola głównego kompozytora w zespole z czasem zaczęła się rozmywać, a każdy z członków przynosił własne pomysły, jego gitarowy stempel pozostawał nie do podrobienia.
Co zostaje, gdy milkną wzmacniacze?
Rozpad Soundgarden w 1997 roku mógł wydawać się ucieczką od tej całodobowej pracy. Thayil na chwilę zszedł ze sceny. Współpracował z Johnnym Cashem, Davem Grohlem w jego projekcie Probot, założył z Jello Biafrą i Kristem Novoselicem efemeryczny, polityczny skład No WTO Combo. Robił swoje, ale etykieta „byłego gitarzysty Soundgarden” przylgnęła do niego na stałe. Reaktywacja zespołu w 2010 roku była powrotem na stary etat, tym razem na własnych warunkach. Ale nawet to nie dało ostatecznej kontroli. Tragiczna śmierć Chrisa Cornella w 2017 roku brutalnie zakończyła historię zespołu, ale nie zakończyła pracy Kima Thayila. Pracy, która teraz polegała na byciu strażnikiem dziedzictwa, żywą legendą i ostatnim bastionem oryginalnego brzmienia. Słowa o niemożności ucieczki nabrały nowego, mroczniejszego znaczenia. Bo nawet gdy zespół przestaje istnieć, jego echo pozostaje. A bycie jego częścią to dożywotni kontrakt, bez klauzuli o wcześniejszym wypowiedzeniu.