Göteborg, miasto, z którym jesteście kojarzeni, słynie ze swojego charakterystycznego, melodyjnego podejścia do ekstremalnego metalu. Jednak Avatar wypracował własne, unikalne brzmienie. Jak dużo, jeśli w ogóle, Twoim zdaniem jest tej göteborskiej tradycji metalowej wciąż obecne w DNA Avatara?
Johannes Eckerström: Wydaje mi się, że jest w nas tego sporo, niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Po prostu dlatego, że bez względu na to, jaką muzykę grasz, to muzyka, na której uczysz się grać, kładzie fundament pod to, co zaczynasz robić np., kiedy łapiesz za gitarę. Dopiero później wiele zależy od tego, w którą stronę skierujesz swoje kroki. Kiedy zaczynaliśmy grać w zespole, mieliśmy wtedy 14, 15, 16 lat, to przez te lata spotykaliśmy się i uczyliśmy się właściwie grać nie tylko wspólnie, ale w ogóle. Graliśmy covery, które były mieszanką technicznego, bardziej brutalnego death metalu oraz dużej ilości melodyjnego death metalu. Byliśmy zafascynowani The Haunted, In Flames i całą resztą formacji pochodzących z Göteborga. Więc to były podwaliny naszego zespołu i nawet do dziś zamiłowanie do tej muzyki i bardziej ekstremalnych jej odmian ma wpływ, chociażby na strojenie gitar i styl, jaki prezentujemy: bardzo grube struny, strojenie B-standard, wszystko wokół tego. Więc to są fundamenty, które nadal są w nas zakorzenione, nawet jeśli próbujemy wymyślić, nie wiem, jakiś rytm reggaetonowy – nie żebyśmy coś takiego robili, ale w naszych piosenkach można znaleźć mix wszystkiego – to nadal robimy to na tej bazie, która miała na nas ogromny wpływ w przeszłości. Jednak jeśli chodzi o to, co wydarzyło się i nadal dzieje się w Göteborgu, to w pewnym sensie sami dorastaliśmy, będąc tego fanami – tak samo, jak fan w Polsce czy gdziekolwiek indziej na świecie dorasta, słuchając tej muzyki. Bo ci goście, którzy rozsławili Göteborg na całym świecie, należą do pokolenia starszego od nas. Więc oczywiście było to wyjątkowe uczucie, że coś tak ważnego i tak fajnego wydarzyło się tak blisko domu i myślę, że bardzo nam to pomogło, dało nam to sporo pewności siebie. Myślę, że marzenie o zrobieniu kariery muzycznej jest trochę łatwiejsze, jeśli pochodzi się ze Szwecji niż z innych miejsc. I to był przywilej, który mieliśmy, to, że możesz myśleć: „Oczywiście, że możemy zostać gwiazdami rocka. Syn koleżanki mojej mamy jest gwiazdą rocka…”. Bo w Szwecji praktycznie każde małe miasteczko ma jakiś znany zespół. Na przykład The Hives pochodzą z Fagersty, a Fagersta to nie jest Sztokholm (Fagersta to przemysłowe miasteczko, które posiada około 11 tysięcy mieszkańców – red.). I takich przykładów jest wiele, praktycznie w każdym miasteczku w kraju znajdziesz jakiś znany zespół. Więc bardzo nam to pomogło. I nawet teraz, oczywiście po latach pracy nad własnym językiem muzycznym, własną tożsamością i całą resztą, nadal, jeśli spojrzysz na to, co głównie łączymy w naszej muzyce, to masz te ekstremalne korzenie, masz ostre wokale, masz szybkość i wszystko, co się z tym wiąże. Jednocześnie masz także melodię, chwytliwość, bardziej rock’n’rollową stronę i tradycyjny heavy metal. Robimy z tego coś własnego, ale jest to podobne do tego, jak np. In Flames mówi o swoich korzeniach. W pewnym sensie chodzi o podobny sposób myślenia – o tę ideę łączenia różnych elementów w jedną całość. Nie wiem, czy w ogóle odpowiedziałem na Twoje pytanie, ale tak właśnie czuję to, co nadal z tej tradycji jest obecne w naszej muzyce.
A skoro mówimy o Waszym własnym, unikalnym stylu: Avatar jest też bardzo dobrze znany ze swoich wyjątkowych występów na żywo. Kiedy komponujecie muzykę, czy już wtedy wyobrażacie sobie konkretny obraz albo moment, który wydarzy się na scenie? Czy budujecie w ten sposób wizję tego, co może stać się w przyszłości motywem danego albumu lub częścią występów na żywo?
J.E.: Tak, może się tak zdarzyć, ale nie jest to tak naprawdę częścią tego procesu. Muzyka jest po prostu muzyką i tworzysz ją dla samej muzyki, że tak powiem. Jednak w pewnym momencie, kiedy coś zaczyna brzmieć naprawdę ciężko albo mrocznie, czy jakkolwiek inaczej, wtedy pojawia się myśl: „O tak, wyobraź sobie do tego światła stroboskopowe”, albo coś w tym stylu. Taka rozmowa może się pojawić w trakcie pracy, ale tak naprawdę nie jest częścią tego, co sprawia, że powstaje dany utwór. Dlatego zawsze, kiedy tworzymy muzykę, staramy się chronić ją przed innymi aspektami tego, co robimy. Bo kiedy jesteś w zespole, jesteś jednocześnie częścią wielu różnych rzeczy w jednym momencie. Z jednej strony jest sztuka, a z drugiej – rozrywka. Z jednej strony to bardzo osobista forma ekspresji, bardzo introwertyczna rzecz, którą tworzysz. A z drugiej – show-biznes. I tak samo mocno, jak uwielbiam sztukę występowania na scenie, uwielbiam też coś tworzyć i pisać. Myślę, że skupianie się w danym momencie tylko na jednej roli chroni integralność tego procesu. Podczas pracy nad utworem unikam myślenia o show-biznesie i wtedy wiem, że w pełni stoję za tym, co stworzyliśmy, i czuję, że wszystkie intencje stojące za tą muzyką są autentyczne, że zrobiliśmy to z właściwych powodów, zgodnych z tym, kim jesteśmy jako zespół. I kiedy już czujemy: „Dobra, to teraz jest nasze małe dziecko”, wtedy możesz włożyć kapelusz z napisem: „Halo, świecie, patrzcie, co zrobiliśmy!” i zająć się tą drugą stroną. Jeśli siedzisz z gitarą i zaczynasz za bardzo myśleć o tym „Halo, świecie!”, i tym wszystkim, to robi się z tego niezły bałagan, a tego chcemy uniknąć.
Wiele osób uważa, że ciężka muzyka musi być poważna, aby nieść ze sobą głębsze przesłanie. Avatar włącza jednak do swojej wizji artystycznej wiele elementów teatralnych, groteskowych, a nawet absurdalnych. Czy obawiacie się czasem, że ta cała widowiskowość może przyćmić właściwy przekaz Waszej muzyki, albo zostać źle zrozumiana przez tych, którzy np. ocenią Was jedynie widząc zdjęcia na plakatach promujących Wasze koncerty? Słyszałam wiele takich głosów przed Waszym koncertem w Warszawie, kiedy w ubiegłym roku supportowaliście Iron Maiden. Wielu ludzi opuściło Wasz występ, bo mówili: „Sprawdziłem tę nazwę, zobaczyłem zdjęcia i postanowiłem darować sobie ten koncert”.
J.E.: Jeśli byśmy tego nie robili, może inni powiedzieliby: „Widziałem ich zdjęcia, wyglądali nudno”. Sam czasami tak robiłem. Uważam, że to też jest całkowicie w porządku, że ktoś może tak myśleć. Jednak ja chcę, aby Avatar funkcjonował na wielu różnych poziomach. Znowu mogę wrócić do tego, co mówiłem o pisaniu piosenek – o osobistej satysfakcji, jaką z tego czerpiesz, a potem o dzieleniu się tym ze światem. W podobnym sensie chcę, żeby nasze utwory działały na tych wszystkich różnych poziomach. I tak w naszych utworach jest przesłanie, nawet jeśli dla kogoś jest to jedynie piosenka o walczących sowach. Wyrażam siebie poprzez teksty oraz poprzez naszą sztukę, ale ostatecznie to jest drugorzędne wobec tego, czy mamy świetny riff, groove i po prostu heavy metal w naszych kawałkach. Bo właśnie na tym polega najważniejsza rzecz w heavy metalu – na heavy metalu. Więc jeśli ktoś czegoś nie dostrzeże w naszej muzyce, to też jest w porządku. Dla mnie ważne jest to, żeby można było, czerpać przyjemność z tego, co robimy na różnych poziomach i nie sądzę, żeby któryś z tych poziomów był mniej lub bardziej wartościowy od pozostałych. Porównałbym to do filmu. Nie mam jednego ulubionego filmu, ale kiedy ludzie mnie o to pytają, lubię mówić, że jest nim „RoboCop”. I myślę, że „RoboCop” jest dobrym przykładem, bo pamiętam, że kiedy byłem za mały, żeby go oglądać, słyszałem o nim i widziałem fragmenty, a przecież jest bardzo brutalny. Więc kiedy masz sześć lat, to jest po prostu ta świetna historia o superbohaterze, którą oglądasz jako dzieciak. Kiedy miałem 14 lat, to był moment, kiedy po raz pierwszy wróciłem bardziej świadomie do tego filmu. I nagle wtedy dostrzegasz całą satyrę, krytykę i wszystkie te rzeczy, które są w nim zawarte. Myślisz: „O, to jest naprawdę inteligentne, to jest naprawdę głębokie”, oczywiście, jak na czternastolatka. I wtedy odkrywasz tę kolejną warstwę, a teraz dostrzegam też inne, kiedy oglądam ten film jako dorosły. Być może nie przywiązuję już takiej wagi do tego, co ten film mówi, jak robiłem to wcześniej. I myślę, że wszystkie te sposoby czerpania przyjemności z „RoboCopa” są prawdopodobnie w porządku i wszystkie mają swoje uzasadnienie. A wracając do tego, co robimy – nawiązując do naszego koncertu przed Iron Maiden w Warszawie – nie wiem, czy niektórzy ludzie rzeczywiście opuścili wasz występ, ale ja tam byłem i pojawiło się też bardzo wielu ludzi. To była naprawdę fajna trasa. Mieliśmy ogromne szczęście podczas całego tego tournée, bo kiedy jesteś pierwszym zespołem występującym podczas wielkiego stadionowego koncertu, wcale nie jest oczywiste, że jeśli stadion mieści 50 tysięcy osób, to kiedy wychodzisz na scenę jako pierwszy zespół, będzie tam już 10 tysięcy ludzi. Jeśli jest ich 10 tysięcy, to już masz szczęście, prawda? A na wszystkich tych koncertach było bliżej 50 tysięcy niż 10.
Słyszałam też, że wiele osób przyszło tam specjalnie po to, żeby zobaczyć Avatara, a nie Iron Maiden…
J.E.: Mamy fanów w Polsce, więc tak również mogło się wydarzyć. W każdym razie bardziej nam to pomogło, niż zaszkodziło. A jeśli ludzie mają jakieś wyobrażenia na temat tego, co oznacza pomalowana twarz wokalisty czy coś w tym stylu – nic nie mogę na to poradzić. Ostatecznie, jednak kiedy ta wizualna strona Avatara zaczęła się kształtować, powód, dla którego wyglądamy właśnie tak, był taki, że przez lata szukaliśmy „tego czegoś”, ale właśnie dzięki temu poczuliśmy, że odnaleźliśmy samych siebie. Dla nas jest to bardzo autentyczny wyraz tego, jak postrzegamy naszą muzykę. Więc i tak robilibyśmy to, co robimy, mniejsza lub większa popularność nie ma na to wpływu. Po prostu jesteśmy sobą. Jak dotąd zostaliśmy całkiem nieźle wynagrodzeni za to, że jesteśmy sobą, ale to nie jest tak, że bycie kimś innym kiedykolwiek wchodziło w grę.
Istnieje cienka granica między teatralnością a autoparodią. Gdzie, jako artyści, wyznaczyliście sobie tę granicę i czego nigdy nie zrobilibyście, bo uznalibyście to za jej przekroczenie?
J.E.: To po prostu kwestia intuicji. I jeśli ostatecznie czujesz się z tym, co robisz dobrze, to właściwie jest to jedyna miara, jaką możesz zastosować. Więc nie ma tu żadnej wyraźnie określonej granicy. Wszystko zależy od konkretnego przypadku, a ponieważ lubimy też próbować różnych rzeczy i przesuwać granice, to czasami posuwamy się za daleko, a czasami nie posuwamy się wystarczająco daleko. To po prostu działa na zasadzie metody prób i błędów, która jest częścią artystycznego procesu. Jednak wydaje mi się, że szczególnie dlatego, że lubimy być bardzo szczerzy i bezkompromisowi w kwestii wszelkiego mroku, który eksplorujemy w naszej muzyce – ale, podoba nam się również idea dobrej zabawy i po prostu nie potrafimy się powstrzymać przed wygłupianiem się i byciem zabawnymi. I myślę, że jeśli czujemy, że robimy coś, co jest zabawne, zamiast robić coś, co jest żartem, i jest to bardzo subiektywna kwestia, więc tylko my sami możemy to ocenić, to wtedy ta granica nie została przekroczona. Jednak ludzie mogą odbierać to, co robimy, jako kompletną, cholerną błazenadę albo jako coś zupełnie niezabawnego. To bardzo osobista kwestia. Więc po prostu kierujemy się intuicją, żeby trzymać się tej granicy.
Jak wspomniałeś na początku naszej rozmowy, Wasze brzmienie kształtowało się na przestrzeni lat i każdy z albumów definiuje dany okres w Waszej karierze. W przyszłym roku będziecie w bardzo wyjątkowy sposób obchodzić 10. rocznicę wydania albumu „Feathers & Flesh”. Podczas specjalnego koncertu w Royal Albert Hall w Londynie zagracie kawałki z tego krążka w zupełnie nowych aranżacjach. Co ten album znaczy dla Ciebie dziś i dlaczego, Twoim zdaniem, jest on tak ważny, że zdecydowaliście się zorganizować z tej okazji celebrację?
J.E.: Myślę, że jest pewien rodzaj naszych fanów, którzy darzą ten album szczególnym uznaniem. To pomogło nam podjąć decyzję, bo uznaliśmy, że ludzie rzeczywiście przyjdą na taki koncert. Wiesz, teraz kiedy minęło od jego wydania 10 lat i wracamy do niego, pracując nad przygotowaniem tego koncertu, przede wszystkim zaczyna się on dla nas zmieniać w coś w rodzaju fotoksiążki. A kiedy realizujesz taki projekt, przygotowując specjalny koncert, naprawdę zatrzymujesz się i spoglądasz wstecz znacznie częściej niż zwykle. Możesz więc zatrzymać się na chwilę i docenić to, co udało ci się osiągnąć. Pojawia się w tym wszystkim coś niemal nostalgicznego. I to było bardzo ważne. Podobnie jak w przypadku „Black Waltz”, na którym wydarzył się cały ten „metalowy cyrk”, więc oczywiście to również jest dla nas bardzo istotny krążek. „Feathers & Flesh” był naszym pierwszym albumem koncepcyjnym. Później właściwie tylko „Avatar Country” (kolejny album, wydany w 2018 roku – red.) był od razu od początku w pełni rozbudowanym albumem koncepcyjnym. Samo doświadczenie związane z odkrywaniem, co właściwie oznacza stworzenie albumu koncepcyjnego, wpłynęło na wszystkie kolejne albumy – nawet jeśli nie pisaliśmy ich z myślą o konkretnej historii czy czymś w tym rodzaju. To jednak nauczyło nas patrzeć na całość z szerszej perspektywy, że nie chodzi tylko o to, że piszesz jedną piosenkę, potem kolejną, potem następną, wrzucasz je wszystkie na album i nagle pytasz: „Co to, do cholery, jest?”. Tworzenie albumu koncepcyjnego uświadomiło nam, że pytanie: „Czym to właściwie jest?” może być zadawane nieustannie w trakcie tworzenia całego albumu. I myślę, że pomogło to sprawić, że kolejne albumy stały się bardziej spójne artystycznie – zarówno pod względem przekazu, jak i ogólnego klimatu. Na przykład motyw lasu w „Don't Go To The Forest”. Nie każda piosenka na tym albumie jest o lesie, ale można znaleźć tę wspólną płaszczyznę, ten wielki parasol, który wszystko ze sobą łączy. „Hunter Gatherer” miał z kolei ten klimat science fiction, futurystyczną atmosferę i całą resztę, a „Dance Devil Dance” – tę duchową stronę. I właśnie ten sposób myślenia pomagał nam później jeszcze bardziej rozwijać koncerty na żywo i wszystko, co się wokół nich dzieje. Myślę, że właśnie w przypadku „Feathers & Flesh” zaczęło się to naprawdę gwałtownie rozwijać i z tego właśnie powodu ten album jest dla nas tak ważny.
„The Eagle Has Landed” jest jedynym utworem z tego albumu, który znajduje się obecnie na Waszej setliście. Przez lata ten kawałek stał się nie tylko utworem definiującym ten etap działalności zespołu, ale także jednym z ulubionych utworów publiczności. Kiedy go pisaliście, miałeś przeczucie, że będzie to wielki hit na koncertach? Co dla Ciebie jest najważniejszym elementem dobrego koncertowego utworu? Bo, jak wiemy, nie każda piosenka dobrze sprawdza się na żywo.
J.E.: Nie jestem pewien, czy wiem, co sprawia, że piosenka jest dobra na żywo, bo nie jestem gotowy powiedzieć, że prostszy utwór zawsze jest lepszy od bardziej skomplikowanego albo że krótszy jest lepszy od dłuższego czy że cięższy jest lepszy od łagodniejszego. Nie sądzę, żeby to o to chodziło… Może, kiedy utwór jest dobrze wyartykułowany, czyli to, czym miał on być, jest właśnie tak odbierane. Nie wiem, czy ma to sens... Chodzi o to, żeby jak najwięcej osób mogło jednocześnie odczuwać podobne emocje, które chcieliśmy w tym utworze przekazać. Jeśli więc utwór ma być smutny i w moim odczuciu jest bardzo smutny, bo ja go w taki sposób napisałem, nagrałem i wykonuję na scenie, to mam nadzieję, że ludzie poczują: „Jestem teraz smutny”. Właśnie wtedy jest to dobry utwór koncertowy – przynajmniej do tego celu, bo koncert jest oczywiście wspólnym doświadczeniem. I właśnie ta wyrazistość, ta umiejętność przekazania zamierzonego charakteru utworu, sprawia, moim zdaniem, że niektóre piosenki lepiej sprawdzają się na żywo niż inne. A w przypadku „The Eagle Has Landed”, pamiętam, że był to stosunkowo łatwy utwór do napisania na ten album. O ile dobrze pamiętam, Tim praktycznie sam przygotował do niego wszystkie partie instrumentalne i były inne utwory, z którymi mieliśmy więcej problemów w procesie twórczym, ale ten był właściwie od razu gotowy. Także wokale i cała reszta. Temat był jasny: „Okej, to jest orzeł, on przylatuje – to jest motyw przewodni”, i wszystko dość łatwo zaczęło się ze sobą łączyć. No i, wiesz, mamy tam świetny riff, więc to już jest dobry heavy metal. A do tego jest po prostu chwytliwy, ale w taki sposób, który zostaje w głowie – nie jest to chwytliwa melodia, która wpada jednym uchem i wypada drugim, więc ma w sobie wszystko to, czego dobry koncertowy kawałek potrzebuje.
Jeśli spotkamy się ponownie za 10 lat, kiedy będziecie świętować 10. rocznicę wydania „Don't Go In The Forest”, co chciałbyś, aby Avatar osiągnął i czego absolutnie nie chcielibyście utracić?
J.E.: Myślę, że bardzo dobrze wychodzi nam bycie przyjaciółmi. Tego właśnie dla nas chcę, abyśmy nadal nimi pozostali. Myślę też, że jako autorzy piosenek i wykonawcy wciąż mamy głód stawania się lepszymi w tym, co robimy, ale także uczenia się czegoś nowego, szukania wyzwań. Po prostu nadal bardzo nam zależy, w sposób, w jaki – mam wrażenie – nie każdemu zespołowi nadal zależy. Mamy w sobie trochę tego przekonania: „jesteśmy zbyt głupi, żeby to rzucić”. I nadal zamierzamy być zbyt głupi, żeby się poddać, i jednocześnie po drodze wciąż znajdować rzeczy, na których naprawdę bardzo nam zależy. Bo nawet teraz, choć jestem bardzo podekscytowany przygotowywaniem tego retrospektywnego projektu dotyczącego „Feathers & Flesh” i wiem, że będzie świetnie – piszę aranżacje chóralne, rozbudowuję materiał i robię wszystkie te rzeczy, żeby stworzyć z niego coś więcej – co jest super, ale to zaledwie jeden procent ekscytacji, jaką czuję na myśl o wszystkich tych piosenkach, których jeszcze nie napisaliśmy, o tym, co zrobimy jako kolejną rzecz. I właśnie tego podekscytowania, tej świadomości, że czeka nas coś dalej, i poczucia, że ważne jest, żeby móc zrobić kolejną rzecz – naprawdę chcę się tego trzymać i bardzo nie chcę tego stracić.
Pięknie to ująłeś! I choć osiągnęliście naprawdę wiele, to nie wspomniałeś o czymś, o czym z pewnością marzy wielu artystów, czyli np. zagraniu trasy jako headliner na największych stadionach świata czy coś w tym rodzaju. Nie myślicie o tym zupełnie?
J.E.: Oczywiście, myślimy o tym, bo opis naszej pracy, który sami sobie stworzyliśmy, brzmi: „pisać i wykonywać własny materiał”. To krok pierwszy. Potem eksponować wszystko, co stworzymy, tak szeroko, jak tylko jesteśmy w stanie – czyli ruszać w trasę, próbować trafić do radia, cokolwiek byle z własną muzyką, na której naprawdę nam zależy, ale w taki sposób, abyśmy nadal pozostali przyjaciółmi. To jest krok drugi. Więc tak, chcemy grać większe koncerty, chcemy dotrzeć do krajów, w których jeszcze nie graliśmy, chcemy, żeby zespół się rozwijał, ale to jest część tego, co robimy, nie jest to jednak najważniejsza rzecz na świecie. I jeśli ktoś pyta mnie o radę dotyczącą swojego zespołu, zawsze mówię: „nauczcie się czerpać przyjemność z rzeczy w trakcie ich robienia”. Nawet wtedy, kiedy spaliśmy na podłodze w vanie i nie mieliśmy co jeść, albo kiedy robiliśmy wszystkie te głupie rzeczy, żeby przez te wszystkie lata rozkręcić zespół – to również był najlepszy czas naszego życia. I myślę, że zacząłem też rozumieć, co to znaczy mieć szczęście. Bo tak, ciężko pracowaliśmy, oczywiście, że tak. I tak, myślę, że każdy powinien czuć, że zasługuje na to, co osiągnął. Sam potrafię sobie wmówić, że zasłużyłem na to wszystko. Jednocześnie to też kwestia cholernego szczęścia – szczęścia, że poznaliśmy tych wszystkich ludzi, że pojawiły się te wszystkie możliwości. Szczęście spotyka cię tylko wtedy, kiedy ciężko pracujesz. Więc oczywiście, trzeba ciężko pracować, ale bez szczęścia – kogo to, w ogóle, obchodzi?
Jesteście jednym z najciężej pracujących zespołów na metalowej scenie. Wydajecie nowe krążki mniej więcej w dwuletnich cyklach. Choć może trudno w to uwierzyć, to w przyszłym roku miną już dwa lata od wydania „Don't Go In The Forest”. Czy macie już może pomysł na nowy album?
J.E.: W zasadzie to nawet mamy pomysły chyba na dwa albumy...
Czyli zawsze myślicie z wyprzedzeniem?
J.E.: O tak, zdecydowanie. Wybiegam myślami co najmniej rok do przodu.
Niedawno wydaliście nowy singiel, ale czy zaczęliście już może prace nad czymś konkretnym na kolejny album?
J.E.: Zaczęliśmy tak naprawdę mnóstwo rzeczy...
Czy Wy w ogóle kiedykolwiek odpoczywacie? Patrząc na intensywność tras koncertowych promującej Wasze krążki, a także fakt, że regularnie nagrywacie nowe albumy, zdaje się, że nie dajecie sobie nawet chwili na złapanie oddechu.
J.E.: Staramy się, ale dzięki temu, że cały czas coś robimy, możemy też zwiększać albo zmniejszać intensywność pracy. Bo ważną częścią tworzenia muzyki i całego tego procesu jest również to, żeby mieć w nim dużą swobodę i wymyślać różne rzeczy – może nawet w ogóle nie myśleć o Avatarze, tylko usiąść z gitarą i po prostu coś robić. Bo teraz mamy taki zwyczaj, że kiedy siedzimy i coś wpadnie nam do głowy, nagrywamy to telefonem i już tam zostaje. To jest niezwykle pomocne, bo kiedy przyjdzie czas pracy nad krążkiem, nie musimy harować nad tym, jak szaleni, bo mamy garść pomysłów, które siedzą gdzieś z tyłu głowy i będą tam, dopóki czegoś konkretnego z nimi nie zrobimy. To jest ten minimalny poziom pracy, którą możesz wykonać kiedykolwiek. Potem kiedy zbliżasz się do momentu, w którym naprawdę chcesz coś z tego stworzyć, zwiększasz intensywność. Wszystko staje się bardziej skoncentrowane, poważniejsze, bardziej wymagające i tak dalej, aż w końcu zaczyna się to wszystko układać w coś konkretnego. Zabawa muzyką i takie zwykłe „brzdąkanie” na gitarze to część naszej codzienności, a potem w pewnym momencie robi się bardziej intensywnie.
Czy zatem możemy spodziewać się nowego albumu w przyszłym roku?
J.E.: Nie chcę składać żadnej deklaracji, ale ujmę to w ten sposób: ogólnie jesteśmy bardzo produktywni. Im mniej o nas słychać, tym bardziej jesteśmy produktywni, ale teraz jesteśmy akurat na etapie, kiedy bardzo dużo się o nas mówi, więc to pokazuje, jak produktywni jesteśmy dzisiaj.
Nie pozostaje nam zatem nic innego jak czekać na sygnały zwiastujące nowy krążek, bo na scenie w Polsce będziemy mogli Was w tym roku zobaczyć ponownie jeszcze w grudniu!