Anthrax i wielki powrót. Oto recenzja albumu Cursum Perficio
Może ciężko w to uwierzyć, ale poprzednie dzieło jednego z przedstawicieli Wielkiej Czwórki Thrash Metalu pojawiło się na półkach sklepowych na początku 2016 roku. W muzycznym świecie to cała epoka. Nic więc dziwnego, że oczekiwania wobec następcy For All Kings były ogromne. W końcu o tym krążku mówiło się od dłuższego czasu. Wiele osób zadawało sobie pytanie: czy Anthrax, po latach milczenia, sprosta wymaganiom. Jeśli ktoś zapytałby mnie, czy zespół ma jeszcze coś świeżego do powiedzenia, odparł bym bez mrugnięcia oka, że tak.
Cursum Perficio dostarcza zestaw utworów, który po prostu się broni. Muzycy doskonale znają przepis na potężne, bezkompromisowe i nowoczesne uderzenie. Anthrax postawił na potężną produkcję (za sterami ponownie Jay Ruston), która zachowuje żywiołowy charakter metalu lat 80. i 90., dodając jej współczesnej selektywności i ciężaru.
– Kiedy zaczęliśmy pracę nad płytą, po prostu cieszyliśmy się, że jesteśmy razem w jednym pomieszczeniu. To było tak ekscytujące, że w pewnym sensie przypominało ponowne narodziny – powiedział, cytowany w informacji prasowej, gitarzysta Scott Ian. Na Cursum Perficio czuć radość z gry. Muzycy nie próbują też na siłę udowadniać, że są bardziej nowocześni niż kiedykolwiek. Zamiast tego biorą najlepsze cechy ze swojej twórczości i układają z tego płytę, która trzyma solidny poziom od pierwszej do ostatniej sekundy. Nie brakuje więc thrashowej energii, charakterystycznego groove’u i stadionowych refrenów. Największym atutem Cursum Perficio, bez dwóch zdań, jest równowaga między czadem a melodią.
Najlepsza rzecz
Nowe wydawnictwo Anthraxu rozpoczyna się od instrumentalnego intra, które płynnie przechodzi w The Long Goodbye. Panowie nie atakują nas od razu, tylko budują napięcie. Utwór posiada zaraźliwy zaśpiew "ooo", który fani na koncertach z pewnością szybko podchwycą. Tempo zdecydowanie przyspiesza wraz z singlowym It’s for the Kids. W tym przypadku mamy do czynienia z zespołem w najbardziej bezpośrednim wydaniu, który zaprasza do mosh-pitu. Tradycyjny galop połączony z punkową energią, z której Anthrax od zawsze słynął, zadowoli nawet najbardziej wybrednych słuchaczy. Dodam tylko, że numer natychmiast wwierca się w głowę.
Przed premierą Cursum Perficio grupa zaprezentowała także hardrockowy Everybody’s Got a Plan oraz The Edge of Perfection. Warto na dłużej zatrzymać się przy tej drugiej kompozycji, o której Ian powiedział, że to najlepsza rzecz, jaką w historii wydał Anthrax. Stwierdzenie może odważne, ale trudno się nie zgodzić z tym, że ten prawie siedmiominutowy kolos jest najlepszym fragmentem dwunastego albumu formacji. Jego konstrukcja pozwala muzykom wyjść poza utarte schematy. To podniosła i mroczna rzecz, w którym pierwsze skrzypce gra Charlie Benante. Perkusista po raz kolejny przypomina, dlaczego jego sposób gry był tak ważny dla rozwoju ekstremalnych gatunków. Zespół nie boi się tu zmian tempa, budowania napięcia i gęstych harmonii.
Drugim "gigantem" na Cursum Perficio jest utwór tytułowy. Spokojniejszy początek, który później jeszcze nie raz wraca, to tylko zmyłka, bo o dociążeniu nie zapomniano. Wszystko ma tu swoje miejsce. Zwolnienie-przyspieszenie-zwolnienie itd. Ozdobą jest na pewno gitarowa solówka Jonathana Donaisa. Największe brawa należą się jednak Joeyowi Belladonnie, którego czas się najwyraźniej nie ima. Brzmi tu majestatycznie, a na całym albumie udowadnia, że wokalne możliwości nadal ma spore. Co jeszcze znajdziemy na Cursum Perficio? Jest ukłon w stronę nowojorskiej sceny hardcore w NYC 93, z kolei Infectious posiada "kroczący" riff, który wgniata w ziemię. Jest prosty, ale niesamowicie skuteczny. Coś takiego od zawsze uwielbiałem w metalu. Głowa natychmiast się buja, dzięki niezawodnej sekcji rytmicznej Frank Bello-Charlie Benante, która rozumie się bez słów.
Łacińska fraza
Ocena albumu byłaby z pewnością wyższa, gdyby nie fakt, że pod koniec pojawiły się mniej udane strzały. T.O.M.B. z przyspieszeniem w środku oraz panterowaty Watch it Go ze skandowanym refrenem to zaledwie poprawne utwory, które bledną w porównaniu do reszty materiału. Na właściwe tory wracamy wraz z zamykającym My Victory. Sto procent współczesnego Anthraxu w Anthraxie. To najlepsza możliwa rekomendacja.
Tytuł całości (to łacińska fraza, którą można przetłumaczyć jako "ukończę swoją podróż") natychmiast wywołał falę domysłów w przestrzeni medialnej. Czy to oznacza, że mamy do czynienia z ostatnim studyjnym wydawnictwem grupy? – Nie wiem, czy nagramy kolejny album. Wydajemy tę płytę, a potem będziemy koncertować przez dwa lata. Wtedy wszyscy będziemy mieli po 65 lat i zobaczymy, jak się będziemy czuć. Możliwe, że po prostu będziemy wypuszczać pojedyncze utwory. Kto to wie? – odparł Ian dla Rolling Stone Brasil.
Niezależnie od wszystkiego, Cursum Perficio to doprawdy udane dzieło w dyskografii amerykańskiego Wąglika, z którego spokojnie można wykroić kolejne utwory do koncertowego repertuaru. I co najistotniejsze: nie będą one odbiegać poziomem od znanych klasyków. Tego nie trzeba oczekiwać od zespołu z ponad czterdziestoletnim stażem, ale jest to wartość dodana, którą należy podkreślić i docenić.
Najlepsze utwory z albumu: It’s for the Kids, The Edge of Perfection, Infectious, Cursum Perficio, My Victory
Ocena: 8.5/10