Wczesne lata 70. były teatrem absurdu, grozy i blichtru. Na scenach rockowych królowały gilotyny, żywe węże boa dusiciele, krwawe manekiny i makijaż tak gęsty, że mógłby ukryć tożsamość każdego zbrodniarza. Rodzice dostawali zawału na sam dźwięk jego imienia, a media prześcigały się w opisywaniu coraz bardziej szokujących spektakli. W centrum tego cyrku stał on – upiorny mistrz ceremonii, którego publiczny wizerunek był zaprzeczeniem wszystkiego, co stateczne i przewidywalne. A jednak to właśnie ten człowiek, który na scenie odgrywał rolę koszmaru każdego porządnego obywatela, miał zaskakująco trzeźwe spojrzenie na rolę, jaką artysta odgrywa w społeczeństwie. Ujął to kiedyś w słowach ostrych jak brzytwa w jego scenicznym rekwizytorium:
Jeśli słuchasz gwiazdy rocka, by dowiedzieć się, na kogo głosować, jesteś większym idiotą niż oni.
Te słowa, rzucone z charakterystyczną dla niego nonszalancją, nie były jedynie prowokacją. Były esencją filozofii człowieka, który doskonale rozumiał, że rock'n'roll to przede wszystkim iluzja.
Skąd wziął się ten potwór w makijażu?
Zanim Vincent Damon Furnier stał się Alicem Cooperem, był zwykłym nastolatkiem z Phoenix, biegaczem przełajowym w licealnej drużynie. Historia jego zespołu nie zaczęła się w mrocznej krypcie, a na szkolnym konkursie talentów w 1964 roku. On i jego koledzy z drużyny, przebrani za The Beatles, wykonali parodie ich piosenek, zmieniając teksty tak, by dotyczyły biegania. Z instrumentami ledwo co radzili sobie poza Glenem Buxtonem, ale publiczność ich pokochała. To był ten moment, w którym narodziła się idea zespołu.
Kupili instrumenty w lombardzie i zaczęli grać na poważnie, najpierw jako The Earwigs, potem The Spiders. To nie była opowieść o buncie, ale o pasji i zabawie. Nazwa "Alice Cooper" pojawiła się później, wybrana celowo, bo brzmiała niewinnie i swojsko – stanowiła idealny kontrast dla makabrycznego show, które powoli kiełkowało w ich głowach. Inspiracje czerpali nie z okultystycznych ksiąg, lecz z horrorów z Bette Davis, surrealizmu Salvadora Dalí i campowej estetyki filmu „Barbarella”. Stworzyli postać, teatralny awatar, który miał wstrząsnąć beztroskim światem dzieci-kwiatów.
Gilotyna, kurczak i prywatne życie Alice'a Coopera
Mit Coopera, jako scenicznego demona, narodził się niemal przez przypadek. Słynny „incydent z kurczakiem” z 1969 roku, kiedy to ptak rzucony ze sceny został rzekomo rozszarpany przez publiczność, stał się legendą za sprawą Franka Zappy, który doradził mu: "Cokolwiek robisz, nie mów nikomu, że tego nie zrobiłeś". Alice posłuchał. Legenda zaczęła żyć własnym życiem, a zespół świadomie ją podsycał, budując spektakle, które szokowały i fascynowały.
Ale potwór sceniczny i człowiek, który schodził ze sceny, to były dwie różne istoty. Podczas gdy Alice Cooper stał się ojcem chrzestnym shock rocka, Vincent Furnier walczył z własnymi demonami, głównie z potężnym uzależnieniem od alkoholu. W latach 80. jego kariera przygasła, a on sam wylądował na odwyku. To, co wydarzyło się później, było dla wielu większym szokiem niż jakikolwiek jego koncert. Cooper nie tylko wyszedł z nałogu, ale odnalazł wiarę, stał się praktykującym chrześcijaninem i… zapalonym golfistą. Mężczyzna, którego postać sceniczna stała się symbolem dekadencji, w życiu prywatnym odnalazł spokój w rutynie, rodzinie i sporcie, który jest zaprzeczeniem rock'n'rollowego chaosu.
Czy rock'n'roll to tylko teatr?
Dystans, z jakim Cooper traktował swoją sceniczną kreację, stał się jego znakiem rozpoznawczym. Często mówił o "Alice'ie" w trzeciej osobie, jak o postaci, w którą się wciela. Rozumiał, że jego zadaniem nie jest bycie moralnym autorytetem czy politycznym guru, a dostarczanie rozrywki na najwyższym poziomie. Wiedział, że fani nie przychodzą na jego koncert po to, by usłyszeć wykład o geopolityce, ale by zobaczyć wielki, mroczny i kiczowaty spektakl.
To właśnie ta świadomość pozwoliła mu przetrwać dekady na scenie, podczas gdy wielu jego rówieśników wypaliło się, traktując swoją rolę śmiertelnie poważnie. Nic tak dobrze nie podsumowuje tej dwoistości jak jego kultowa scena w filmie "Świat Wayne'a". Gdy bohaterowie, Wayne i Garth, padają przed nim na kolana, krzycząc "Nie jesteśmy godni!", Cooper, zamiast odgrywać gwiazdora, zaprasza ich na spokojną, intelektualną dyskusję o historii Milwaukee. I to jest być może największy żart i najprawdziwsza twarz Alice'a Coopera – człowieka, który zbudował karierę na straszeniu ludzi, a jednocześnie doskonale wiedział, gdzie kończy się scena, a zaczyna prawdziwe życie.