Kalifornijski mrok lat 70. miał swój zapach, smak i adres. Gdy gasły światła wielkich aren, a wrzask fanów cichł w oddali, elita rocka szukała schronienia. Znajdowała je na Sunset Strip, w barze Rainbow Bar and Grill, który szybko stał się nieoficjalną kwaterą główną branżowego szaleństwa. To nie było miejsce dla każdego. Bar był azylem dla tych, którzy na scenie odgrywali role bogów, a po zejściu z niej musieli jakoś unieść ciężar własnej legendy. Jak wspominał po latach jeden z najwierniejszych bywalców, Alice Cooper, nie chodziło o kurtuazyjne spotkania przy szklaneczce whisky.
Każdej nocy pojawiali się tam ci sami siedmiu czy ośmiu facetów – Harry Nilsson, ja, Mickey Dolenz, Bernie Taupin i Keith Moon, kiedy był w mieście. Właściwie był to rodzaj klubu towarzyskiego – klubu pijackiego – dla gwiazd rocka, które piły. I to piły na umór.
Tak narodziła się nieformalna legenda wewnątrz legendy – klub Hollywood Vampires. Jego nazwa była równie poetycka, co dosłowna. Wampiry, bo jego członkowie rzadko widywali słońce. Wampiry, bo wysysali z nocy ostatnią kroplę życia, balansując na krawędzi autodestrukcji. To była rockowa arystokracja w swoim naturalnym, toksycznym środowisku.
Kto zasiadał przy stoliku wampirów?
Ta menażeria była równie absurdalna, co fascynująca. Z jednej strony Alice Cooper, ojciec chrzestny shock rocka, który na scenie bawił się w dekapitację, a poza nią z uśmiechem prowadził pijackie igrzyska. Obok niego Harry Nilsson, przez wielu uważany za jednego z najwybitniejszych songwriterów swojego pokolenia. Głos anioła i wątroba diabła. Nilsson, przyjaciel Johna Lennona z jego słynnego „straconego weekendu”, był niepisanym prezesem tego stowarzyszenia. Dalej Mickey Dolenz, człowiek z innej bajki. Wokalista The Monkees, boysbandu skrojonego na potrzeby telewizji, próbował tu zmyć z siebie resztki cukierkowej sławy i udowodnić, że potrafi pić jak prawdziwy rockman. Był też Bernie Taupin, cichy geniusz, autor tekstów, bez którego nie byłoby Eltona Johna. On obserwował, notował w głowie, podczas gdy reszta płonęła. I wreszcie on. Keith Moon. Gdy perkusista The Who pojawiał się w mieście, reguły przestawały istnieć. Każda noc z nim była jak rosyjska ruletka z sześcioma nabojami w bębenku.
Co oprócz alkoholu serwował klub, którego samozwańczym prezesem był Alice Cooper?
Wampiry nie spotykały się, by dyskutować o progresjach akordów czy brzmieniu nowych wzmacniaczy. Ich klub był świątynią rockowego blichtru i rockowego upadku. Główną zasadą było przetrwać przeciwnika w alkoholowym maratonie. Była to ucieczka, ale też rywalizacja. Kto wypije więcej? Kto opowie bardziej niedorzeczną historię? Kto zniknie na dłużej i wróci z opowieścią, która zmrozi krew w żyłach? To było zamknięte bractwo, którego spoiwem nie była muzyka, lecz sława i jej skutki uboczne. Izolacja, presja, gigantyczne pieniądze i równie gigantyczna pustka, którą trzeba było czymś wypełnić. Alkohol lał się strumieniami, stając się paliwem dla anegdot, które dziś stanowią mroczną mitologię rocka. To właśnie tam, w oparach dymu i whisky, rodziły się i umierały przyjaźnie, rozpadały się zespoły i kruszyły ludzkie życiorysy.
Cena nieśmiertelności
Z perspektywy czasu opowieść Coopera brzmi jak epitafium dla tamtej epoki. Wiele z wampirów nie doczekało starości. Keith Moon i Harry Nilsson, dwa najbarwniejsze ptaki tego stada, spłonęli najszybciej, płacąc najwyższą cenę za życie bez hamulców. Ich talent zgasł równie gwałtownie, jak się rozpalił. Sam Cooper musiał zajrzeć w oczy własnym demonom. Po latach „zaćmienia”, kiedy nagrywał płyty, których tworzenia kompletnie nie pamiętał, stoczył walkę z alkoholizmem i wyszedł z niej zwycięsko. Przeżył, by opowiedzieć tę historię. Jego wspomnienie jest tak cenne, bo to nie tylko barwna anegdota, ale też świadectwo człowieka, który stał na skraju przepaści, spojrzał w dół i postanowił zawrócić. Rainbow Bar and Grill wciąż stoi na Sunset Strip. Ale duchy Hollywood Vampires dawno go opuściły, zostawiając po sobie legendę o czasach, gdy gwiazdy rocka naprawdę wierzyły, że są nieśmiertelne.