Agresywny tłum pod pubem Red Lion. Jak doszło do tragedii z udziałem Keitha Moona?
4 stycznia 1970 roku Keith Moon, legendarny perkusista zespołu The Who, wybrał się do pubu "Red Lion" w miejscowości Hatfield. Nie była to zwykła wizyta towarzyska, ponieważ muzyk rozważał zainwestowanie w to miejsce i chciał je obejrzeć z bliska. Pod lokal podjechał swoim luksusowym Bentleyem w towarzystwie żony Kim oraz znajomych. Widok bogatej gwiazdy rocka w drogim aucie od razu wywołał niechęć u części lokalnych bywalców, głównie młodych ludzi z klasy robotniczej i skinheadów. Atmosfera gęstniała z każdą minutą, a zwykłe zaczepki szybko zmieniły się w otwartą agresję wymierzoną w artystę i jego bliskich.
Kiedy Moon wraz z towarzystwem próbował opuścić lokal pod koniec wieczoru, sytuacja wymknęła się spod kontroli. Agresywna grupa otoczyła Bentleya, zaczęła kopać w karoserię, rzucać monetami w szyby i bujać ważącym ponad dwie tony pojazdem, próbując go wywrócić. Wewnątrz samochodu wybuchła panika. Przerażone kobiety krzyczały, a Moon, który słynął z ekstrawaganckiego zachowania, ale w sytuacjach realnego zagrożenia bywał bezradny, stracił nad sobą panowanie. Czuł, że musi natychmiast uciekać, aby ratować żonę i przyjaciół przed rozwścieczonym tłumem.
Ucieczka w amoku i śmierć przyjaciela. Neil Boland pod kołami Bentleya
Wtedy do akcji wkroczył Neil Boland, 24-letni ochroniarz, szofer i jeden z najbliższych przyjaciół perkusisty. Wysiadł z auta, żeby uspokoić napastników i własnym ciałem utorować drogę dla samochodu. Keith Moon, który tamtego wieczoru sporo pił i nie posiadał nawet prawa jazdy, w przypływie skrajnego przerażenia przesiadł się z tylnej kanapy za kierownicę. Chciał za wszelką cenę wyjechać z miejsca, które przypominało pole bitwy. W ciemnościach, deszczu i panującym chaosie nie zauważył, że Boland przewrócił się tuż przed maską pojazdu.
Muzyk gwałtownie ruszył do przodu, nie zdając sobie sprawy, że jego przyjaciel znajduje się pod podwoziem. Bentley pociągnął mężczyznę przez kilka metrów w dół drogi. Moon zatrzymał się dopiero kawałek dalej, będąc przekonanym, że udało im się uciec przed linczem. Dopiero po chwili dotarło do niego, co się stało. Neil Boland trafił do szpitala z poważnymi obrażeniami czaszki, ale lekarzom nie udało się go uratować. Zmarł tej samej nocy, zostawiając zdruzgotanego muzyka z ciężarem, którego ten nie zdołał udźwignąć do końca swoich dni.
Wyrok sądu w Hertfordshire i trauma, która nigdy nie minęła
Choć brytyjski wymiar sprawiedliwości potraktował perkusistę łagodnie, jego koledzy z zespołu widzieli, że ta noc bezpowrotnie go zmieniła. Sędzia i ława przysięgłych uznali śmierć Bolanda za nieszczęśliwy wypadek. Argumentowano, że Moon działał w stanie wyższej konieczności, próbując ratować bliskich przed realnym zagrożeniem ze strony tłumu. Muzyk usłyszał jedynie zarzuty za jazdę pod wpływem alkoholu, bez ubezpieczenia i uprawnień, za co zapłacił grzywnę. Jednak w jego własnej głowie proces trwał do ostatnich dni życia.
Moon miał obsesję na punkcie Bolanda, często płakał z tego powodu i powtarzał: "To moja wina, zabiłem go" – stwierdził Roger Daltrey w trakcie rozmowy
Poczucie winy stało się głównym powodem pogłębiających się nałogów perkusisty. Moon zaczął pić już od samego rana, żeby zagłuszyć wspomnienia i nawracające koszmary senne. Bliscy wspominali, że muzyk często budził się w nocy z krzykiem, widząc przed oczami moment, w którym ciężki samochód przejeżdża po jego przyjacielu. Żadne wyroki uniewinniające nie były w stanie zdjąć z niego poczucia odpowiedzialności za śmierć Neila.
Alkohol, koszmary i przedwczesny koniec legendy The Who
Tragedia z 1970 roku przyspieszyła powolny upadek jednej z najbarwniejszych postaci w historii rocka. Moon, znany wcześniej z niszczenia pokoi hotelowych i wybuchowego temperamentu, stał się cieniem samego siebie. Jego małżeństwo z Kim rozpadło się w 1973 roku, a on sam coraz częściej zawodził na scenie. Podczas słynnego koncertu w San Francisco po prostu zemdlał za perkusją, a zespół musiał poprosić o pomoc fana z widowni, żeby dokończyć występ. Ostatecznie artysta próbował walczyć z alkoholizmem przy pomocy silnych leków uspokajających, co doprowadziło do kolejnej tragedii.
Keith Moon zmarł 7 września 1978 roku po przedawkowaniu leku o nazwie Heminevrin, który miał mu pomóc wyjść z nałogu. Wziął aż 32 tabletki, co doprowadziło do zatrzymania akcji serca. Miał wtedy zaledwie 32 lata. Biografowie i koledzy z zespołu są zgodni, że choć bezpośrednią przyczyną zgonu były substancje chemiczne, to prawdziwy koniec Keitha zaczął się osiem lat wcześniej pod pubem "Red Lion". Trauma, której nigdy nie przepracował, ostatecznie zniszczyła jego psychikę i wolę życia.